Podróże Weroniki - pamiętnik z początku XXI wieku

avatar Weronika
okolice Czerwińska

Szukaj

Znajomi na bikestats

wszyscy znajomi(37)

Moje rowery

Czarny 13059 km
Zielony 31509 km
Unibike 23955 km
Czerwony 17572 km
Agat
Delta 6035 km
Reksio
Veturilo 69 km
button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl

Archiwum

Wpisy archiwalne w kategorii

...Miejscowości wielkopolskie

Dystans całkowity:1366.88 km (w terenie 34.00 km; 2.49%)
Czas w ruchu:83:32
Średnia prędkość:16.36 km/h
Maksymalna prędkość:51.75 km/h
Liczba aktywności:5
Średnio na aktywność:273.38 km i 16h 42m
Więcej statystyk

Chłodnik majowy II - Bezchlebie

Poniedziałek, 1 maja 2017 | dodano: 10.05.2017Kategoria .Pół nocne, .Samotnie, .Wyprawy po Polsce, ..Gminy Polska, 2017 Łódzkie W, ...Miejscowości łódzkie, ...Miejscowości wielkopolskie

Kilkukrotne budzenie w nocy. Za zimno. Za chłodno. Aczkolwiek w śpiworze było całkiem, całkiem. Ostatecznie wylegiwanie trwało do około 12. Wydawało się, że jest ciepło, ale jednak nie aż tak. Co prawda było mi w tych warstwach już za gorąco, ale bez nich było za zimno. Bardzo silny wiatr ze wschodu początkowo dał mi popalić. Nic to, że słońce dogrzewało. Po godzinie ukazał się Brudzew. Myśli zaprzątane były chęcią na jakieś pieczywo, bo moje zapasy już się prawie wyczerpały. Były jeszcze cukierki, ale one nie syciły. W sklepie oczywiście pieczywa brak. W to miejsce zakupione dwa lody i ciastko z bitą śmietaną, która zniknęła na miejscu. W dalszą drogę kilka parówek. Potem pętla koło liceum z wielką halą sportową. Następnie jazda pod kościół, gdzie trwała kolejna przerwa, a po niej jeszcze jedna wizyta w kolejnym sklepie. Pieczywa nie było - czipsy miały służyć jako ekwiwalent.


11:06. Władysławów. Rzut oka z mojego nocleg ku SW


12:22. Brudzew. Kościół pw. św. Mikołaja z XV w. Organy wykonany przez warszawską firmę "Adolf Homan" w 1900 r.

Kurs wprost na południe. Niby można udać się było od razu na wojewódzką, ale zachciało mi się odwiedzić pobliską kopalnię węgla, albo chociaż przejechać przez tereny, które wkrótce mogłaby pochłonąć. Tuż za ostatnimi zabudowaniami wsi Bogdałów-Kolonia asfalt się skończył. Droga gruntowa miała szerokie dziury, gdzieniegdzie z wodą. Przejazd po bardziej płaskich i suchych terenach - wężykiem. Przy kanałku, stworzonym z wody wypompowywanej z kopalni, droga odbijała w prawo. Tam skręt, gdy już zrobiło się dostateczną liczbę zdjęć odkrywki i napatrzyło na ów krajobraz. Potem przejazd przez las do asfaltu, wyjeżdżając przy głównych budynkach kopalni, skąd przez głośniki na cały plac nadawano audycję jakiejś stacji radiowej. Tam też zniknęły ostatnie kanapki.


13:11. Droga za Bogdałowem, w kierunku kopalni węgla brunatnego. Widok ku S


13:20. Panorama KWB Adamów. Widok kilometr ku S od ostatniego domu w Bogdałowie. Widok ku SE


13:20. KWB Adamów.
 
13:20. KWB Adamów.


13:20. KWB Adamów.


13:21. KWB Adamów.


13:21. KWB Adamów. Hałdy piasku w południowej części odkrywki


13:21. KWB Adamów. 


13:26. Z odkrywki do Bogdałowa-Kolonii ku N


13:26. Wschodni kanał odwadniający do jeziora Bogdałów

13:30. Południowy kanał odwadniający do jeziora Bogdałów


13:48. Warenka. Budynki przy kopalni węgla brunatnego "Adamów"


13:54. Warenka. 50-lecie minęło w 2009 roku

Z wiatrem przemknięcie przez Turek. Tym razem Korytkowską, Jałowcową, Nową, przez park ze stawem, Kruszyńskiego, a z Gorzelnianej na chodnik przy głównej. Od zachodniego ronda przejazd Konopnickiej, Słowackiego, Zieloną i Południową. Za miastem teren się wznosił. Kilka przerw na tej trasie trzeba było zrobić. DW 470 nie znużyła, choć widoki były miejscami niezłe. Przez Malanów zjazd, na którym wpadła prędkość maksymalną tego dnia. Za Szadkiem ostatni przystanek na tej trasie. W Morawinie małe zakupy - lód i sucharki. Pieczywa brak. Skręt na wschód i zaczęła się walka z wiatrem. W Emilinowie skręt na Koźminek, w drogę na samym początku wsi. Przejazd Ciasną i Szkolną na rynek. Już bez szukania sklepów. Przerwa tuż za miasteczkiem.


14:13. Turek. Kominy Elektrowni Adamów


14:25. Turek. Ul. Polskiej Organizacji Wojskowej 7


15:34. DW 470. Grąbków. Jasna plama po prawej to okolice kościoła w Obrzębinie (7 km). Widok ku N


15:35. DW 470. Grąbków. Turek (9 km). Widok ku NNE


15:35. DW 470. Grąbków. Kościół w Turku


15:36. DW 470. Grąbków. Widok ku NE


15:43. Malanów. DW 470 ku SW


15:54. DW 470 na granicy powiatów


17:07. Młynisko. Mosty na Żabiance. Po lewej nowy most, z 2012, powstały w miejsce od lat nieistniejącego młyna


17:38. Koźminek. Opuszczony kościół ewangelicki z początku XX w.


17:38. Koźminek. Zachodnie resztki zabytkowego domu z XIX w. przy ulicy Ciasnej. Pożar zaczął trawić go 29.11.2015


17:41. Koźminek. Plac Wolności. Widok ku NE


17:42. Koźminek. Kościół pw. śś Jana Chrzciciela i Jana Ewangelisty z XV w.

Z wolna do Liskowa. Tam przejazd północną uliczkę, równoległą do głównej, która skręcała koło samotnego komina. Potem jeszcze odbicie w kierunku remizy. Droga za miejscowością świeżo po asfaltowaniu, ale jeszcze z jakimiś pracami wykończeniowymi. Zaczynało się chmurzyć. Jazda do Goszczanowa tak trochę na ślepo. Tam krótka przerwa. Powoli zbliżała się noc. Znów trochę na ślepo zmierzając do Warty. Kamizelka na plecy, uzupełnianie bidonów i przy okazji ocena - już niewiele zostało tej wody. Warta nie wywarła zbyt pozytywnego wrażenia. Może wiele w tej kwestii miały do powiedzenia kamienie ulic w centrum. Przejazd Kaszyńskiego, Świętojańską, Klasztorną, Górną, Parkową, Ogrodową. Jeszcze w międzyczasie zaczęła się niepotrzebna jazda na Sieradz, ale z niej nawrót, niedługo po wjechaniu do Dusznik. Wyjazd ulicą Tarnowskiego, która była w trakcie prac. Nie wiem czy asfaltowych, czy kamiennych. Jeszcze wiele było rozgrzebane. Przynajmniej oszczędziło mi to jazdy główną.


18:08. DW 471. Tuż przed Liskowem. Widok ku NE


18:15. Lisków. Komin na zachodnim krańcu Ul. Rzemieślniczej


18:19. Lisków. Kościół pw. Wszystkich Świętych z XIX w.


20:27. Warta. Kościół św. Mikołaja Biskupa z XIV w.

Fragment DW 710 nie był zbyt oblegany. Ot kilka aut zdążyło przejechać. Tu też jakieś prace. Obok mostu był postawiony drugi, ale nie udało mi się dostrzec, czy tymczasowy, czy już na stałe. Na północ skręt w Dzierżązni. W Brzegu leżenie na poboczu i obserwowanie światła księżyca, odbijające się w wodzie Jeziorska. Ponowna jazda rozpoczęła się, bo zaczynał się do mnie dobierać zimno, choć wiatr ucichł. Tuż przed Pęczniewem podobna sceneria, lecz wiele czasu tam nie minęła. Droga wiodła po grobli między dużymi stawami. W samej miejscowości długie kręcenie się po bocznych uliczkach. Do Zadzimia droga mi się dłużyła. Również księżyc obniżył swe położenie na tyle, że zrobiło się zbyt ciemno. Do tego wyraźna wilgoć w powietrzu. Na rynku wykończenie ostatnich słodyczami, a następnie kurs na południe po DW 479. Dłużyło mi się to, więc zaczęło się rozglądanie za noclegiem, ale nic ciekawego nie było widać. Zniechęcały mnie też obszary, gdzie wyraźnie ciągnęło chłodem od ziemi. W Rożdżałach naszła nawet myśl, czy aby nie przenocować w pobliskiej ruinie, kiedyś będącą chyba szkołą. Ostatecznie skończyło się na nocowaniu tuż za Czartkami.


22:52. Brzeg. Nocny widok na Jeziorsko i światła wsi Tomisławice


23:29. Pęczniew. Widok z grobli na staw


23:30. Pęczniew. Widok z grobli na staw


01:25. Rossoszyca. Staw na rzeczce Jadwichnie

Zaliczone gminy

- Brudzew
- Malanów
- Ceków-Kolonia
- Koźminek
- Lisków
- Goszczanów
- Warta
- Pęczniew
- Zadzim
Rower:Czarny Dane wycieczki: 147.78 km (7.00 km teren), czas: 09:43 h, avg:15.21 km/h, prędkość maks: 51.75 km/h
Linkuj | Komentuj | Komentarze(0)

II Kórnicki Maraton Turystyczny

Sobota, 6 sierpnia 2016 | dodano: 09.08.2016Kategoria .3-4 Osoby, .Maratony, .Nocne, .Podróżerowerowe.info, .Wyprawy po Polsce, ..Gminy Polska, .Z Kasią, .Z rodziną, ...Miejscowości wielkopolskie

Udział w maratonie był przez nas zaplanowany już od kilku miesięcy. Z tego powodu inne możliwe plany nie zostały zrealizowane. Pod względem gminnym też nie wpadło wiele, ale nie było potrzeby. Dużo nowych tras, choć ~55km już kiedyś przez mnie przejeżdżanych. Nowa bluza z długi rękawem, rękawiczki i kominiarka zostały w domu. O ile bez dwóch ostatnich można się było bez większych problemów obyć, o tyle brak jeszcze jednej warstwy dawał mi się w nocy we znaki. Prognozy był stosunkowo zgodne z rzeczywistością - pogoda wyśmienicie nadawała się na maraton, z niewielkimi tylko uchybieniami. Początkowo były plany, aby dotrzeć w piątek i tam przenocować, lecz tamtego dnia tylko rower powędrował do auta, podczas bardzo wietrznej nocy, po czym naszła pora zdrzemnięcia się w godzinach 21 - 02. Kasi nie udało się przespać tak dobrze jak mi, za to nadrobiła wszystko w czasie podróży autem. Mnie z kolei często nachodziły przebudzenia w samochodzie, ale i tak już swoje zdarzyło mi się odsapnąć.

Od okolic Sochaczewa do Kutna przejeżdżaliśmy przez strefę opadową, a dalej było już sucho. Zastanawiało mnie, czy Księgowy da radę, bo warunki były niesprzyjające jego zamysłowi. Przez chwilę przemknęła mi myśl, że lepiej by było, aby podjechał pociągiem, a potem wracał na wschód z korzystnym wiatrem. Do Kórnika wjechaliśmy od Środy Wielkopolskiej, z jedną przerwą na króliczej stacji. Na miejsce dotarliśmy ok 6:45. Wjechaliśmy wąską dróżką w alei drzew, prowadzącą do bazy maratonu, leżącego na terenie OSiR. Ludzie już byli rozbudzeni, sporo dopiero przyjechało, teraz składając swoje rowery (tak jak i my). Trzeba było jeszcze poprawić trochę przerzutki i hamulce, po czym obie maszyny były gotowe. Jeszcze tylko pójść, aby podpisać oświadczenie, odebrać numerki i batony. Jeden z zawodników oddał swoje Kasi, twierdząc, że i tak ich nie zje.

Po kilkunastu minutach grupy ruszyły. Wpierw 500, a potem 300. Tempo było umiarkowane, i tak wszyscy kumulowali się na rynku koło ratusza. Grup stworzyło się 7, z czego trzy na 500. Wyczytywani kolejno zajmowali miejsce na improwizowanej linii startu  Jak zwykle, kilka osób się nie pojawiło. W grupie przed nami trafił się pierwszy kapeć, zmieniany ledwo po rozpoczęciu jazdy. Nasz start odbył się w ostatniej paczce, jadąc trasą niemal jak rok temu. Grupka rozpadła się już koło Śródki (w Dziećmierowie widać było trójkę wracających po coś, a ponownie nas minęli na wiadukcie nad autostradą). Do Kleszczewa jazda we dwójkę. Za wiaduktem dogonienie Ag., z którą odtąd udało się przebyć większą część trasy. We Wróblewie jeszcze jedna osoba, która przystanęła i oznajmiła nam o punkcie odpoczynkowym w Czerniejewie. Była jakaś nadzieja, że ich tam dogonimy.

W Kostrzynie pierwsza drobna pomyłka. Na szczęście nie było ich wiele. Przy rynku, drogę zasugerowała mi tabliczką oznajmującą skręt na Pobiedziska. Widać za szybko chciało mi się tam dotrzeć. Przejazd pod krajówką. Prawie do Słowackiego, gdzie szybko coś udało się przekąsić i zaraz zawrócić. Od Iwna zaczął się odcinek bardziej malowniczy, choć o kiepskiej nawierzchni. Kurtka powędrowała do sakwy. Za Kociałkową Górką pierwsze podjazdy i zjazdy wyższe od wiaduktów. Pośrodku lasu, przez który prowadziła droga, znajdowały się piękne bagna, które chyba wszyscy odnotowali. W Pobiedziskach bardzo krótki postój, a wnet rozpoczął się kolejny znany mi już odcinek trasy.


09:56. Park Krajobrazowy Promno koło Kociałkowej Góry. Gonimy grupę. Widok ku E


09:56. Park Krajobrazowy Promno koło Kociałkowej Góry. Widok ku NE

Jazda "oby do Czerniejewa", gdzie miała być przerwa itp. Wjazd, przejazd, a tam głucho wszędzie (poza tubylcami). Odpoczynek na ławce w pobliżu kościoła, bo choć przyszło nam jechać wolniej, niż grupa przed nami, to nadal trochę za szybko na nasze możliwości. Oznakowanie na Wrześnię było tam trochę za bardzo mylące i ktoś z urzędu powinien się zainteresować i to poprawić. Za miasteczkiem odjazd trochę w przód i pogrążenie w myślach, szacunkach itp. Z prawej udało się dostrzec rowerzystę w lesie, przy wiacie z ławką. Później zaczął jechać z nami. Jak się okazało, był to Przemek, z którym wspólnie przejechaliśmy resztę maratonu. W poprzedniej miejscowości oddzielił się od grupy, a wspomniane oznakowanie wprowadziło go w błąd, kierując na Neklę.


10:20. Borówko. Koło skrętu do piaskowni firmy Kruszego Wielkopolskie Kopalnie sp. z o.o. Z trudem gonimy resztę. Widok ku SW


11:08. Czerniejewo. Centrum miejscowości. Niestety nie zastało się nikogo z innych zawodników, więc po przerwie jechało się już bez ścigania ich

Przez Wrześnię przejechaliśmy we czworo, z jednym postojem nawigacyjnym na rondzie przy Warszawskiej. Reszta przejazdu była bezproblemowa (pomijając stan nawierzchni) i nieco zbyt pospieszna. Za miastem Kasia zaczęła trochę zostawać w tyle. Na postoju w Gozdowie regulacja hamulca, który zaczął przycierać. Podróż wzdłuż Wrześnicy przebiegała malowniczo. Dolina rzeki głęboko wrzynała się w równinny teren, przez co znajdowaliśmy się jakby na pagórku z dobrym widokiem na tereny po drugiej stronie cieku. Przypominało mi to jazdę przez Wólkę Przybojewską w moich stronach.

Przez Ksawerów wyjechaliśmy w Pietrzykowie (aż do powrotu kilka razy zastanawiało mnie, czy pojechaliśmy zgodnie z mapą, czy trzeba było ruszyć przez Samarzewo). Tuż za rzeką przerwa na przystanku, tak jak rok temu, na wyprawie z pierwszego linka. W Ciążeniu wreszcie udało się ujrzeć pałac w pełnej krasie. Tym razem trasa minęła szybko, bo i w grupie, i z wiatrem, i za dnia. W Lądzie skręciliśmy na most za Wartę. Tam tereny bagniste, wybitnie niesprzyjające rozbijaniu namiotów. Mi i Kasi udało się dostać na tym odcinku przyspieszenia, choć mi większego, gdyż wnet miało się osiągnąć 100km, 1/3 trasy, oraz opuścić tereny zagrożone opadami wg prognoz sprzed dwóch dni.


13:27. Pałac w Ciążeniu

W Zagórowie przerwa na rynku i niewielkie zakupy. Tempo trochę spadło, częściej zaczęliśmy robić przerwy, choć w mojej opinii, trochę za mało. W Rzgowie mieliśmy skręcać na południe. Nim tak się stało, postanowiliśmy zrobić przerwę obiadową, tym bardziej że trafiła się okazja, a później raczej by nie było, aż do Pleszewa, gdzie już by się jej nie opłacało robić. Lokal był przygotowywany do wesela, ale znalazło się coś dla nas, więc uzupełniliśmy zużyte kalorie i mikroelementy. Były pyszne.


14:33. Zachodnie tereny wsi Skokum (widoczna po lewej). Pogoda do jazdy wyśmienita. Widok ku E


15:03. Rzgów. "Nadwarciańska" przy Targowej. Błogosławiony niech będzie posiłek temu maratonowi

Kolejna setka to walka z wiatrem do Grodźca - był boczny, a potem uciążliwy. Wyłączając się mentalnie, dopóki nie zjechaliśmy we Wronach. Była tylko jedna przerwa na przystanku w Białobłotach, a mój rower częściej jechał z tyłu, raz tylko wychodząc na czoło. W czasie przerwy, aż trzeba mi się było położyć, aby rozprostować trochę naprężenie w plecach. Odcinek ten został przez mnie przejechany w 2011 r. i też był męczący. Za Wronowem przejazd koło jakby rozkopanych wydm, a wnet wyjazd na DW 442. Jazda tam trochę się poprawiła, lecz nieznacznie i niedługo. W Choczy przejazd mostem, omijając centrum tejże miejscowości. Przerwa na skrzyżowaniu w Broniszewicach. Zmęczenie było wyraźne we wszystkich. Ścieżka rowerową, o lepszej jakości niż asfalt, przejechaliśmy do Czermina. Oczywiście ścieżka nie mogła w całości połączy obu wsi, ale tak to już jest...


17:32. Białobłoty. W połowie walki pod wiatr. Widok ku E


19:04. Broniszewice. Chocz no w prawo


19:04. Broniszewice. We troje choczcie. Widok ku SE

Przed wieczorem wjechaliśmy do Pleszewa i przygotowaliśmy do jady nocnej przy skrzyżowaniu z DK 12. Ag. odbiła pod Netto, potrzebując odpoczynku i rozważając, czy kontynuować dalszą jazdę MTB o bardzo grubych oponach. Był to ~175km. Już we trójkę wpadliśmy w prawie bezprzerwową jazdę na podjazdach do Dobrzycy. Tam krótki postój nawigacyjny. Koło Pleszewa widzieliśmy pasmo chmur kierujące się ku NEE, jednak im dalej na zachód byliśmy, tym bardziej było jasne, że zbliża się ku nam. Widać było padający z nich deszcz i choć były one interesujące, to również niepokojące. Zostało raptem 10 km do Koźmina Wielkopolskiego. Długa ciemna droga. Koło Mogiłki zaczynało kropić i zerwał się wiatr silny, jakby szkwałowy. Wiedząc, że to już blisko, ale w tych warunkach nadal było to dramatycznie daleko. Deszcz nie był na szczęście zbyt intensywny. Koło Orli pojawiła się tablica, oznajmująca przybycie do celu, jednak gałąź zasłoniła dalszą cześć tablicy, z liczbą kilometrów nas od niego dzielących. W samym Koźminie wjechaliśmy na ścieżkę, która nie była długa, ale stromo zakończona...


20:02Pleszew. Marszewska (z lewej) i DK 12. Pożegnanie Ag.. Widok ku E

W kilka chwil dostaliśmy się do Gościńca U Maćka, gdzie czekał na nas kotlet i herbata. Rowery zostały przed wejściem nawet nie pilnowane. Kto by chciał w taką pogodę się tam znaleźć. Pycha obiadokolacja, która pozwoliła otrząsnąć się ze zmęczenia, głodu i chłodu. Gdzieś odtąd Kasia zaczęła mieć problemy ze ścięgnami achillesa, co skończyło się kilkudniowym obrzękiem. Mnie na czas przerwy rozbolała głowa, ale jakoś udało mi się z tym poradzić. Przemek zjadł tylko sałatkę. Ubraliśmy się na ciepło i ruszyliśmy w gwieździstą noc po zawierusze. Wiatr nie przeszkadzał, czy raczej nie rzucał się w oczy. Od zajazdu odjechaliśmy chodnikiem do kociołbistej Podmiejskiej. Z Zamkowej udaliśmy się na zachód, lecz zanim przyszło mi sprawdzić koło torów, że trzeba skręcić na północ, już reszta wyjechała zanadto naprzód i udało mi się ich doścignąć w Staniewie. Stamtąd odbiliśmy dróżką na północ, wjechaliśmy na DW 438 i z ulgą zjechaliśmy  z niej w Borzęciczkach.

W Rusku chcieliśmy zatrzymać się na przystanku, ale pierwszy był przez kogoś okupowany. Nie wiedząc któż acz, pojechaliśmy dalej i wkrótce zatrzymaliśmy się na kolejnym, położonym za serią zakrętów, których w tej wsi było sporo. Ów osobnik z poprzedniego przystanku okazał się forumowym Bit.. Dobrze było ujrzeć kogoś jeszcze, na nocnym odcinku, bo odkąd zostało nas tylko troje, od rozdzielenia z Ag. jechało się jakoś mniej przyjemnie. W grupie siła itp. Dodatkowa osoba, dodatkowa motywacja i raźniejsza jazda nocą. Było mi zbyt zimno, więc kamizelkę z pleców powędrowała na przód, jako dodatkową warstwę ocieplenia pod kurtką. Pocieszający był też fakt, że zbliżaliśmy się do końca pierwszej ćwiartki ostatniego etapu, która wkrótce wypadła w Jaraczewie. By określić dalszy kierunek jazdy i zrobić krótką przerwę, zatrzymaliśmy się na właściwej ulicy. Z pobliskiego budynku dobywały się dźwięki wesela, ale śpiewak fałszował niesamowicie. Żal mi się zrobiło weselników i ludzi w sąsiednich kamienicach.

Przez Golę na Niedźwiady, gdzie zaczynała się dziwnie pokręcona trasa. Wpierw w totalnej ciemnicy przejechaliśmy do wsi Mchy, gdzie po krótkiej przerwie ruszyliśmy twardą szutrówką przez las. Krócej by było przez Ługi i chyba nie byłoby większej różnicy pod względem nawierzchni, ale narzekania i tak by pozostały, jakiej drogi by nie wybrał. Było tylko mniejsze zło. Było ciężko psychicznie. Las się ciągnął, a droga wciąż szła w górę, co się zdawało, że koniec, to okazywało się suchą plamą ziemi. W końcu był zjazd do Włościejewic i tam przed sklepem (już zamkniętym, ale z ławkami) zrobiliśmy przerwę. Nie wiem, czy mi się nie zdrzemnęło przy okazji. Dalej z Błażejewa do Kadzynia. Dolsk, połowa tego etapu, był już blisko. Po prawej można było ujrzeć tabliczkę "Nowieczek 2". Postój, sprawdzenie mapy, nawrót. Kasia była najbliżej właściwego zjazdu, więc nie musiała wiele się cofać.

Podjazdy i zakręty Ostrowieczna w nocy był cokolwiek ciężkie. Chyba tylko mi się udało podjechać je w całości, ale z trudem. Nie wiem. Trochę to trwało, a każdy kilometr do Dolska, ciążył coraz bardziej. W końcu wyjechaliśmy na DW 434 i swobodnie zjechaliśmy do centrum. Podjechaliśmy na stację kawałek dalej, lecz była zamknięta. Nici z czegoś ciepłego. Wróciliśmy na rynek i kontynuowaliśmy jazdę wg zaplanowanej trasy. Na podjeździe do Lubiatówka się rozdzieliliśmy. Przemek poczekał w centrum wsi, ja na łuku, a Bit. przedzwonił, czy jechać wprost, czy na Jaskółkę. Do Mełpina droga była pełna zakrętów, ale bez kombinowania. Jechaliśmy przez las. Nie chciało mi się już używać lampki, bo zaczynał zbliżać się świt. Tu jechaliśmy trochę rozbici, bo było sporo zjazdów i podjazdów.

W Kadzewie przerwa na przystanku. Już świtało, a mój umysł zaczynał odpływać. Jechało mi się jakby raz z wyłączoną lewą, a raz prawą półkulą. Takie odczucie. Przemek dotarł do DW 432 i słusznie nas stopował, bo była ścieżka po prawej. Nie udało mi się jej dostrzec. Trochę się nimi przejechaliśmy przez Śrem, ale nie za dużo - na początku, na moście i pod koniec. Reszta trasy albo ich nie miała, albo nie z tej strony, albo była to kwestia zmęczenia umysłu. No i z tego powodu ominęliśmy stację, która mogła być otwarta. Krótki postój, wpierw na początku ostatniej ścieżki, potem w lesie przed Lucinami, gdzie widać było parowanie znad "gorących" stawów i zaraz potem przerwa na przystanku za lasem. Tam trochę posiedzieliśmy, przekąsiliśmy, a Bit. musiał pozostać ze względu na problemy ze zdrowiem. Potem jechał już sam krótszą trasą. Przemek ruszył przodem, my niewiele później.


05:49. DW 432. Luciny. Pożegnanie z Bit.

Było zimno. Kierownica zachodziła rosą. Jeszcze tylko jeden las i już był Zaniemyśl. Na rozjeździe skręt do Przemka, który z kimś rozmawiał przy parku. Trzeba było zrobić jeszcze jedną, męczącą pętelkę. ~4km od na NE od ostatnich zabudowań Zaniemyśla skręt w lewo. Śnieciska z murem po prawej, stawy, drzewa, dworek i gorzelnia, na które nie ma sił i czasu by patrzeć. Skręt na Bożydar, potem Winna i Jeziorskie Huty. Wyjazd w Łęknie. Kasi ścięgna już dostały solidny wycisk i jeszcze musiały trochę popracować. Odliczane kilometry do Kórnika. Przemek pojechał przodem. Prędkość wynosiła ~10km/h, Na rynek udało się dotrzeć na kilka minut przed pełną dobą, od rozpoczęcia naszej pętli. Pełne 24h od tamtego momentu wypadało w pobliżu komisariatu (samo 24h od wyjazdu spod OSiRu wypadło gdzieś między Zaniemyślem i Bninem). Na światłach trzeba było odczekać jakiś czas, bo nie udało się zdążyć na zielonym. Potem już tylko ostatni fragment. W alejce czekał Przemek i we trójkę przejechaliśmy przez ogrodzenie bazy.


08:13 Rekordowa pętla przez Kórnik. Widok ku NW

Rowery zostały przed budynkiem. Wręczono nam, do tego doszedł "uścisk prezesa", a co najważniejsze - posiłek. Kasi głód już dawno dawał się we znaki, a z zapasów zostały ze dwie rozwalone kanapki na dnie sakwy. Kasia wpierw usiadła, potem położyła się na ławce na słońcu, a po przyniesieniu frytek, przeniosła się na hamak, gdzie spała, aż do przyjazdu rodziny. Nim przyszła pora wyruszyć do domu, przyszła pora na pożegnanie się z tymi, którzy tam jeszcze pozostali i zdarzyło mi się jeszcze ujrzeć przybycie Yoszka z uszkodzoną (niegroźnie) nogą. Potem zakupy w pobliskim markecie i w drogę. Kasia w samochodzie spała przez większość trasy, a mnie atakowało kilkukrotne przebudzenie. Znaczne rozbudzenie nastąpiło w zasadzie dopiero od Torunia (trasa powrotna przez Biskupin, Nieszawę, Włocławek). W domu około 22.

Tym wyjazdem Kasia ustaliła swoje rekordy:
315 km na raz
312 km w 24h podróży


Pamiątkowy kawałek metalu. Dobrze, że nie trzeba było w nim pokonywać całej trasy

Zaliczone gminy

- Zagórów
- Rzgów
Rower:Czarny Dane wycieczki: 316.58 km (5.00 km teren), czas: 17:44 h, avg:17.85 km/h, prędkość maks: 0.00 km/h
Linkuj | Komentuj | Komentarze(3)

Wyprawka Zielonogórska IV - Wielkopolska SE

Poniedziałek, 14 listopada 2011 | dodano: 29.06.2013Kategoria >200, .Wyprawy po Polsce, 2011 Lubuskie E, .Samotnie, .Nocne, ..Gminy Polska, .Z rodziną, ...Miejscowości łódzkie, ...Miejscowości wielkopolskie

2011.11.11 - 14 Wyprawka Zielonogórska - cała trasa



Budząc się rankiem okazało się, że był przymrozek (- 4). Później temperatura wzrosła maksymalnie do 4 stopni. Praktycznie cały dzień było mgliście i szaro. Z niechęcią przyszło opuścić namiot, czy raczej jako tako ciepły śpiwór. Była najwyższa pora, by go zmienić. Warunki tej nocy były niekomfortowe. Zwinięcie bagażu do sakw i w drogę.

W Śremie skręt w Fabryczną, zjazd Krętą i dalej całą Mickiewicza, którą można było przebyć miasto w spokoju. Nim wyjechało się na DW 434, nastąpiło niepotrzebne zapuszczenie się w ślepą odnogę DW 432. Nie bardzo wiadomo było, gdzie też znajdzie się kolejny zjazd i usilnie był przeze mnie wypatrywany. Na szczęście niezbyt długo, by było to już za pobliskimi zakładami. Trasa była prosta - cały czas walić przed siebie na wschód. Taki jej przebieg, wraz z pogodą i wysiłkiem, jaki tego dnia wkładało w jazdę, sprawiły, że niewiele było radę zapamiętać, a tereny zlewały się w jedną szarą masę.

Zdarzało mi się oczywiście kilka miejsc uchwycić i odnotować:
- Skręt na wieś, kojarzącą się z nazwiskiem koleżanki
- Tak jakby opuszczony dom z prawej, przy drodze z paroma zakrętami, położony przed wsią
- Zerków, gdzie nastała nieco dłuższa przerwa, trasa wyginała się łukiem południowym, bo nie chciało mi się kombinować nad skracaniem nieznanymi, mniejszymi uliczkami, miejscowość z zauważalnymi różnicami wysokości i może z tych względów bardziej charakterystyczna. Tam też pogoda była najlepsza
- Trudny przejazd do i wzdłuż Gizałek. Bardziej psychicznie ze względu na pogodę, porę dnia i ruch aut.
- W lesie za nimi przerwa na przystanku. Taka dłuższa, przedzmierzchowa
- Ruiny gospodarstwa koło Kolonii Obory. Wciąż przed zmierzchem
- Długa droga przez las wzdłuż DW 443
- Wymęczone oczekiwanie na tablicę "Powiat Koniński"
- Jeszcze bardziej oczekiwany Grodziec, gdzie wreszcie zjechało się z DW na północ

Jako że jakiś czas temu skończyła się dzienna, mglista jazda, a zaczęła nocna, przewrotnie - kolejne miejsca zapamiętane zostały lepiej:
- Las graniczny koło Aleksandrówka, gdzie tuż, tuż mijało się granicę gmin, o czym przyszło mi się dowiedzieć o tym po powrocie
- Jakieś ruiny w przy drodze (chyba z lewej) w jednej z kolejnych wsi i głośne psy w tejże miejscowości
- Może kilka aut na tym odcinku
- Oświetlone Stare Miasto, gdzie przejechało się chodnikiem (zbyt duże zmęczenie na asfalt) i stałą tam podejrzana grupka ludzi
- Zachodnia obwodnica Konina, czyli jazda wzdłuż DW 25, z ładnym widokiem z mostu. Ten stał na takim odludziu, było ciemno, zimno, aż rosło wrażenie, że oddalam się od domu
- Dworcową na Dworzec. Było około północy. Tam sprawdzenie rozkładu - kolejny pociąg za kilka godzin. Expres z Berlina. Bilet wielokrotnie droższy, niż można było sobie pozwolić. Trochę posiłku w jako takim cieple. Ktoś mnie o coś podpytywał. Szybkie zmycie stamtąd, myśląc o tym, by złapać inny poranny pociąg na jednej z kolejnych stacji.

Konin opuszczony ulicą Wyzwolenia. Wyjazd na DW 266. Z trudem jechało się przez dzielnicę za Kanałem Ślesińskim. Podjazd mnie wymordował. Minął mnie samochód policji czy innej straży. Było to nieco stresujące, bo Pava, zakupiona we wrześniu, strasznie szybko zżerała baterie, toteż uruchamiana była z rzadka. Z tego też powodu zjechało się z DW 443 (gdzie ruch był spory i kontynuując jazdę nią, baterie szybko by się wyczerpały). To nie jest lampka na wyprawy, gdy nie ma się możliwości/chęci aby baterie (4!) doładowywać co i rusz.

W Lichnowie skręt na Milin. Trasa wiodła przez jakieś pustki (choć z zabudowaniami). Ponownie towarzyszyły mi zwały mgły i czuć się było jak na księżycu. Były drobne problemy nawigacyjne, bo mapa nie bardzo chciała mnie dobrze instruować, drogi były podobna jedna do drugiej, ale ostatecznie, bez nawrotek, udało się przez nie przedrzeć. Jedynym skutkiem było ominięcie Koła, przejazd wzdłuż torów w Starym Budzisławiu. Jadąc przez obie Budki było mi zimno. W Czołowie-Kolonia wjazd do lasu, choć wiadomo mi było, że nie jest to najlepszy pomysł. Pomimo tego, udało mi się wydostać w Chojnach na DK 92.

Dalej poszło sprawnie, choć niekoniecznie szybko. Wysiłek jednak dawał znać, a nie były to najprzyjemniejsze dla mnie warunki, no i był to pierwszy tak późny i tak duży wyjazd w życiu. Dużym atutem była pobieżna znajomość odcinka od Kutna, czy raczej jego okolic (zadecydowało to też o tym, że miasto opuszczone po północnej, nieznanej stronie Warty). Obwodnica Krośniewic była już ogarnięta, nie było wiec z nią problemu. Prawie... Zachciało mi się wjechać do miasteczka. Droga na wprost okazała się nieistniejąca. Skręt "na Włocławek", na łuku szukając jakiegoś miejsca, by przejść przez barierkę na drugą stronę (tak duże było zmęczenie, że "nie było" sił jechać na kolejny zjazd do miejscowości, które to położenie nie było mi znane).

Udało mi się wydostać na Błoniach. Odwiedzone zostało zakończenie starej trasy, po czym kurs do centrum. Nogi z trudem się poruszały. Wyjazd na DW 581, zdając sobie sprawę, że po budowie obwodnicy nie ma szans, by bez kombinowania wjechać od zachodu i północy do Krośniewic. Nie wiem kto to wymyślił. Powoli następowało oddalanie się od miejscowości. Udało się dostrzec jakąś ruinkę i chwilę tam odpocząć. Zawsze to cieplej niż na przystanku. Trwało to może z pół godzinki i wnet zaczęło świtać. Mimo rychłego wschodu słońca, nie było na co liczyć. Nowy dzień był równie szary co poprzedni, choć mniej mglisty.

Skręt na Niechcianów, potem przez Grochówek do Głogowca z odcinkiem szutrowym. Kutno omijane zostało przez Raciborów i Żurawieniec. Przez Komadzyn kurs na Oporów i był to najtrudniejszy odcinek, bo zaczęły się poranne wyjazdy do pracy, a u mnie nadchodziła kulminacja senności w czasie jazdy. Gdzieś po drodze trzeba było się zatrzymać i trochę odpocząć na ziemi. Senność na rowerze ponownie dopadła mnie jeszcze w Żychlinie, ale dalej już drogi były luźniejsze. Niebawem miała się zakończyć podróż, ale trzeba było poczekać jeszcze kilka godzin, tak gdzieś do południa. By nie tracić czasu (i spać na zimnie), czymś zająć ciało, by nie zasnęło oraz nie jechać tą samą, znana już trasą przez Luszyn, zachciało mi się trochę lepiej poznać tereny na południe od Kaczkowizny.

Z głównej zjazd w Orątkach Dolnych. W Chochołowie skręt na północ. By nie wracać na główną, skręt w prawo i jeszcze raz w lewo (koło oczka). Dojazd do ostatnich zabudowań na wschodzie i zjazd na łąki. Przemierzone zostało takie brzydko rysowane D, bo nie można było znaleźć przejazdu na drugą stronę kanałków. Na drogę wróciło się trochę na wschód od przedostatniego gospodarstwa. Powrót do Chochołowa trasą, którą by się przejechało na wprost, gdyby wcześniej nie skręciło się na północ. Z tamtego skrzyżowania przejazd do wsi Kruki, dalej Tretki i Gajew. Asfaltem do Złakowa Borowego, by przez Różańców dotrzeć do Kiernozi. Było to miejsce, gdzie mieli po mnie podjechać.

Nie było już ochoty na jechanie dalej przed siebie, a punkt ten stanowił przyzwoite miejsce na zakończenie podróży (zamiast zakańczać w połowie trasy na jakimś odludziu). Sił też już nie było, ale wciąż panowało tyle chłodu i tyle jeszcze czasu miało minąć, a wieś ta nie była mi dobrze znana, tak dokładniej, od podszewki, mimo kilku wizyt, więc udało się wykrzesać jeszcze utrudzone opary, jeszcze jeden wysiłek. Okrążenie rynku. Skręt w Parkową, przejazd między parkiem i Osiedlem Marii Walewskiej. Skręt na południe między ostatnimi zabudowaniami. Uliczkami między nimi, od tyłu wyrysowane zostało kanciaste, jakby pisane kalkulatorem, "W". Wyjazd na DW 584, skręt w Piękną, Leśną, północne Krzywe Koło. Powrót na rynek, zakup czegoś dla ciała, po czym jeszcze trochę oczekiwania, nim udało się paść w aucie.

Kolejny rekord mi się udał - listopadowe przekroczenie 200km w postaci 233km w 24h, a 270km bez snu w 30h.

Zaliczone gminy

- Książ Wielkopolski
- Nowe Miasto nad Wartą
- Żerków
- Czermin
- Gizałki
- Grodziec
- Rychwał
- Stare Miasto
- Kramsk
- Osiek Mały
- Nowe Ostrowy
Rower:Zielony Dane wycieczki: 279.77 km (15.00 km teren), czas: 22:27 h, avg:12.46 km/h, prędkość maks: 34.59 km/h
Linkuj | Komentuj | Komentarze(0)

Atak na Wielkopolskę IV - Rekord dobowy

Środa, 7 września 2011 | dodano: 29.06.2013Kategoria >300, .Samotnie, .Wyprawy po Polsce, ..Gminy Polska, 2011 Wielkopolska E, ...Miejscowości łódzkie, ...Miejscowości wielkopolskie

2011.09.04 - 07 Atak na Wielkopolskę - cała trasa



Mimo późnej pory spoczynku, udało się obudzić i wstać już o 7:10. Spakowanie nie zabrało więcej niż 10 minut. Wjazd do Plewisk. Skręt w Ogrodową, a potem Kolejową. Jazda po głównej, z przymusowym postojem przy torach. W Poznaniu w pół godziny po starcie. Kurs w pobliże stadionu, który był w trakcie budowy na Euro 2012, ale kształt właściwy już posiadał. O 8 przed sklepem, by odebrać swoje zamówienie, ale był jeszcze zamknięty. Nie chcąc tracić czasu, zachciało mi się odwiedzić sąsiednie gminy.


Stacja elektroenergetyczna "Plewiska". Widok ku SE


Budowa stadionu przy Bułgarskiej. Widok ku NWW

Wałbrzyska, Strzegomska, dróżka na wschód od Staffa, przy granicy zabudowy i sama ulica Staffa oraz Leśmiana.Odcinek terenowy koło działek i wyjazd na ścieżkę przy DW 307. Za Poznaniem skręt do Przeźmierowa, gdzie wpadły zakupy. Padał deszcz. Przez Chyby do Kiekrza. Tam Muzealną i Wiatraczną. Ponownie w stronę Poznania, lecz odbijając w Złotnicką i docierając do Suchego Lasu. Głównymi ulicami wjechało się do Poznania, skręcając w Dąbrowskiego. Ulicą Polska powrót do sklepu, gdzie udało się wreszcie odebrać co trzeba, ale ze względu na kapcia, trzeba było dokupić jeszcze dętki i zająć się naprawą przy budynku.


Kiekrz. Muzealna. Widok ku N


Granica Kiekrza i Poznania u zbiegu Poznańskiej i Chojnickiej. Widok ku NNW

Na szczęście pogoda wróciła do normy. Przestało padać i zaczynało się rozpogadzać. Miecznikowska, Trybunalska i Marszałkowska wyprowadziły mnie na Grunwaldzką. Przejazd na Św. Marcina, zjazd do Marcinkowskiego, przez rynek, wyjazd Wielką i Garbary na Estkowskiego. Jazda główną skończona skrętem w Świętopełka, Leszka, Chociebora i Gorzysława. Ludosławy do Radziewoja wzdłuż stawu Antoninek. Przejazd przy północnych krawędziach ogródków działkowych, tory przekraczając drugim z przejazdów (w połowie łuku), a teren ten opuszczając na Kirkora. Dalej do końca Jasina jazda albo równoległym do głównej pasem bocznym albo ścieżkami rowerowymi.


Grunwaldzka. Willa Flora. Widok ku N


Most Uniwersytecki. Budynki Międzynarodowych Targów Poznańskich. Widok ku SW


Święty Marcin. Po lewej Zamek Cesarski. Widok ku NEE


Po prawej kościół pw. św. Marcina. Widok ku SEE


Paderewskiego 10. Widok ku NEE


Stary Rynek. Po lewej Waga Miejska. W centrum Ratusza. Widok ku NE


Stary Rynek. Ratusz. Widok ku NNW

O 14 wyjazd na asfalt, pociskając wraz z wiatrem. W godzinę udało się przedostać do Zasutowa, nieco przed nim powoli tracąc siły, które pozwalały utrzymać prędkość chwilową na poziomie 35km/h, a dotychczasowa średnia wzrosła do ~20 km/h. o 15:30 przejazd przez Wrześnię. Po 17:30 wjazd do Konina i wtedy zaczęły się schody. Po drugiej stronie Warty teren wznosił się do 141 m n.p.m. za Brzeźnem. Tam trzeba było zrobić przerwę i porządnie odsapnąć. Kolejne kilometry przebiegały bardziej spokojnie. W Gozdowie skręt do Koła, gdzie przyniosło mnie o 19. Było to pierwsze opuszczenie DK 92, odkąd wjechało się na nią pod koniec Swarzędza.


DK 92. Siedlec. W centrum kościół pw. św. Mikołaja. Widok ku E


Wjazd do Wrześni po DK 15. Widok ku NE


Kawnice. DK 92. Po lewej kościół pw. św. Matki Bożej Pocieszenia. Widok ku SEE


Konin. DK 92. Widok na Wartę ku SWW


DK 92 w okolicy Bud. W centrum Bazylika Najświętszej Maryi Panny Licheńskiej. Widok ku N


DK 92 w okolicy Bud. W centrum Bazylika Najświętszej Maryi Panny Licheńskiej. Widok ku N


DK 92 w okolicy Dąbrowicy Starej. Widok ku E

Wpadły liche zakupy w słabo zaopatrzonym sklepie, choć była ochota na coś ciepłego. Nic takiego nie udało się dostrzec, więc trzeba było zadowolić się prowiantem suchym, popitym sporym sokiem. Na krajówkę powrót podjazdem na Sienkiewicza. Był już wieczór, a wkrótce zapadła noc, która na pewno towarzyszyła mi już przed Kłodawą, do której udało się dotrzeć o 20:30. Przez cienkie, ale gęste chmury przeświecał jasny księżyc, a dla mnie przy okazji rozpoczął się kolejny, tym razem całonocny test lampki. Po godzinie jechało się obwodnicą Krośniewic, a o 22 wjazd do Kutna. Skręt w Zbożową, wzdłuż torów do Troczewskiego i Grunwaldzką znów na DK62. Przejazd wraz z przerwą zajął mi blisko godzinę.


Koło. Ratusz. Widok ku NW


DK 92. Kłodawa. Widok ku SSE


DK 92. Kutno. Widok ku SEE

Północ zastała mnie w pobliżu granicy powiatów. Jadąc przez Zduny trwała walka z wyłączającą się lampką. Nie starczyło akumulatorków na całą noc + wykorzystywanie jej poprzedniej nocy. Odtąd włączana tylko po to, by zasygnalizować swoją obecność jadącym z przodu. Spadło mi też przez to tempo jazdy, choć nadal było przyzwoite. Była 1:30, gdy wjechało się do Łowicza. Niecałą godzinę później wjazd do województwa mazowieckiego. Wkrótce potem przejazd przez Sochaczew, a dalej trasą przez Mistrzewice, z uwzględnieniem Kamionu.


DK 92. Ostatnia granica województw przekraczana na wyprawie. Widok ku NEE

W Wyszogrodzie o 4:45. Wjazd Mostową, dalej koło targowiska i wyjazd Czerwińską. Nie było ochoty, by jechać po DK 62, więc w Chmielewie odbicie na Garwolewo. Tempo jazdy iście tragiczne, ale było już bardzo niewiele do końca. W Nowym Boguszynie, około 5:30 widać było przejaśnienia na horyzoncie, choć promienie jeszcze nie wychyniętego słońca były zagłuszane przez warstwy chmur tak, że widać było tylko wąski pasek blasku między nimi i lasem. By jeszcze nieco wydłużyć podróż, powiodło mnie przez Roguszyn, a stamtąd już wprost do domu, gdzie udało się dotrzeć o 6:18.


Początek nowego dnia i koniec wyprawy

W sumie przejechane zostało 367,75 km w 19:38h jazdy. Od 7:26 z Poznania do 6:18 dnia dzisiejszego w domu. Było to poprzedzone trzema dniami "rozgrzewki". Udało mi się ustalić własny, nowy rekord dystansu dobowego jak wyżej, a także dwudobowego (570,73km).

Zaliczone gminy

- Komorniki
- Poznań
- Rokietnica
- Suchy Las
- Swarzędz
- Kostrzyn
- Nekla
- Września
- Strzałkowo
- Słupca (M+W)
- Golina
- Konin
- Krzymów
- Kościelec
- Koło (M+W)
- Grzegorzew
- Chodów
- Krośniewice
- Kutno (W+M)
- Krzyżanów
- Bedlno
Rower:Zielony Dane wycieczki: 367.75 km (7.00 km teren), czas: 19:38 h, avg:18.73 km/h, prędkość maks: 38.15 km/h
Linkuj | Komentuj | Komentarze(0)

Środek Polski II - Przez Włocławek

Piątek, 24 września 2010 | dodano: 08.02.2017Kategoria .2 Osoby, .LSTR, .Wyprawy po Polsce, >200, ..Gminy Polska, .Z Księgowym, 2010 Środek Polski, ...Miejscowości kujawsko-pomorskie, ...Miejscowości łódzkie, ...Miejscowości mazowieckie, ...Miejscowości wielkopolskie Uczestnicy

2010.09.23 - 24 Środek Polski - cała trasa


Nocleg

Bezchmurnie. Wiatr z południa i nieco od wschodu, wieczorem słabszy. Ciepło. Noc była zimna, jednak ubrania i śpiwory zapewniły dostateczne, choć nie najlepsze warunki snu. Długo nie zasypialiśmy gadając, przy czym moje wypowiedzi co chwila były podkreślane kolejnymi smarknięciami. Kilka razy zdawało nam się, że słyszeliśmy psy i jakieś maszyny. Do głowy przychodziły mi pomysły, że może za drzewami zaraz był jakiś dom, a my śpimy prawie pod ogrodzeniem, którego nie zauważyliśmy rozbijają się tam o zmierzchu. Szczęśliwie, domy były wystarczająco daleko i w końcu zapadliśmy w sen, w tę świetliście księżycową noc. Mój był przerywany rozwijającą się chorobą oraz szukaniem jak najlepszej i najcieplejszej kompozycji mojego ciała z ubraniami i śpiworem. Pogoda tego dnia była podobna do czwartkowej. Noc powrotna z początku cieplejsza, zimno zrobiło się pod koniec podróży.


Nocleg w Orszewicach. Widok ku NW

Góra Świętej Małgorzaty

Zebraliśmy się stosunkowo sprawnie, jednak rekordów prędkości tu nie biliśmy. W oddali, w pobliżu wczorajszej trasy, znajdowało się gospodarstwo, na zapleczu którego ludzie ładowali coś na tira. Byłoby jak dla mnie wszystko w porządku, gdyby odległość była trochę większa. W mojej opinii mogliśmy być łatwo zauważeni, co motywowało mnie do jak szybszego zwijania się stamtąd. Ruszyliśmy polną drogą, co z rana nie było takie proste. Droga dochodziła do innego gospodarstwa, więc kilkanaście metrów przed nim, czmychnęliśmy w pole i tak doszliśmy do asfaltu. Stamtąd powoli wtoczyliśmy się do Góry Św. Małgorzaty, jak zwała się miejscowość. Przybyliśmy dokładnie w chwili, kiedy dzwonił pierwszy dzwonek na lekcje. Nie nasze. Zatrzymaliśmy się w tamtejszym barze, gdzie Księgowy zamówił sobie herbatę i hamburgera. Po chwili zastanowienia również i mnie poniosło do środka, ale po herbatę i zapiekankę. Jedliśmy na dworzu. To znaczy Księgowy jadł. Gdy zapiekanka była gotowa, to w ciągu minuty, może pół, bardzo szybko w każdym razie zniknęła. Herbata znikała wolniej. Cieszył mnie ten zakup, zdrowie moje bowiem pogarszało się i dało się odczuć to wyraźnie.

Wzgórze kościelne w Górze Świętej Małgorzaty

Po posiłku spacer na wzgórze czy raczej pagórek, utworzony wieki temu, na którym wznosił się kościół. Podeszliśmy z rowerami po stromym zboczu. Księgowy próbował podjechać, lecz pokonały go krawędzie, jakby po schodach i dołączył do mnie w powolnym, pieszym szturmie. Na górze wiało szczególnie silnie i gdyby nie drzewa, które otaczały teren kościoła, to zupełnie by nas przewiało. Minusem było to, że jedyne miejsce z którego rozciągał się wspaniały widok na rozległe połacie równin, oczywiście był zasłonięty. Może gdyby wejść na wieżę, to by był lepszy. W celu zrobienia panoramy, poszukaliśmy innego miejsca i weszliśmy na „zaplecze” terenu kościelnego, od południowej strony, zaraz za pomieszczeniami księdza. Zajrzeliśmy jeszcze do wnętrza kościoła - tylko przedsionek był otwarty. Po tych atrakcjach zjechaliśmy utwardzonym podjazdem o dużej stromiźnie.


Góra Świętej Małgorzaty. Widok ku NW


Góra Świętej Małgorzaty. Widok ku SW


Góra Świętej Małgorzaty. Widok ku SSE

Kolegiata w Tumie

Płaską, prostą drogą mijaliśmy kolejne domu z czerwonej cegły. Dojechaliśmy do tak znanej z polskiej historii (czy raczej podręczników) wsi Tum. Rozpoznaliśmy ją przede wszystkim po zagęszczeniu domostw wspomnianych wyżej. Sprawiała wrażenie bardzo niewielkiej. Naszym celem oczywiście była kolegiata, więc podjechaliśmy pod nią niemal na sam koniec wsi. Wyjazd na przód. Objechało si tyle, ile się dało cały zabytek. Czasem trzeba było iść, bo od zachodu było wąskie przejście między murem i ogrodzeniem domu, a od południa pola. Od strony drogi teren pokrywała łąka z licznymi kopcami kretów. Budowla została obficie obfotografowana, jednak przybyliśmy za wcześnie, gdyż dla zwiedzających była otwierana od 11. Przyjechała tam również wycieczka autobusem, ale im też się nie udało. W odległości kilku metrów stał mniejszy i nowszy od tamtego kościół. Wyjazd na krajówkę był krótki, może około kilometra od kolegiaty. Przed naszymi oczami widoczne były zabudowania Łęczycy. Widać ją było również z terenu koło kolegiaty i tam było to milsze dla oka niż z głównej drogi do miasta. Tam zamiast drogi i drzew w jezdni, przed miastem widać było pola i lasy.


Tum. Po lewej kościół pw. Najświętszej Maryi Panny Królowej i św. Aleksego. Widok ku W


Tum. Kościół pw. Najświętszej Maryi Panny Królowej i św. Aleksego. Widok ku SWW


Tum. Kościół pw. św. Mikołaja. Widok ku NNW


Tum. Kościół pw. Najświętszej Maryi Panny Królowej i św. Aleksego. Widok ku NW

Dziwny ktoś w Łęczycy

Zatrzymaliśmy się pod zamkiem, który leżał niedaleko od pierwszych zabudowań. Akurat wychodziła stamtąd wycieczka z podstawówki. Przeczekaliśmy i podjechaliśmy do wjazdu, gdzie uwieczniliśmy nasz pobyt w tym miejscu. Ruszyliśmy w poszukiwaniu bankomatu dla Księgowego, apteki dla mnie i sklepu z jedzeniem dla nas. Bankomat znalazł się przy rynku, ale innego banku, niż on potrzebował, więc gdy znaleźliśmy sklep, w pobliżu którego stał ten właściwy bankomat, Księgowy nieco się zirytował. Zrobiliśmy małe zapasy, głównie picia, zjedliśmy po jakimś wypieku, pączku, drożdżówce czy innym jakimś (mi się trafiło chyba coś z białym serem). Wcześniej udało się kupić w aptece gripex, a podczas pakowania podeszła do mnie jakaś starsza kobieta i się pytała czy pale papierosy. Totalnie nie było mi wiadome o co jej chodziło. W życiu zdarzyło mi się spróbować zapalić 2-3 razy i to na długo przed tą wyprawą. Smród wydostający się z papierosów mnie odrzuca, wywołuje rodzaj nerwowego duszenia. Miejsca nasycone dymem papierosowym wywołują chęć natychmiastowego opuszczenia takiego miejsca, a ewentualny pobyt na siłę w takich miejscach, najczęściej wymaga zakrywania się ciuchem czy czymś, by choć w ten sposób odfiltrować część tego okropieństwa. Niestety, nie z własnej woli zdarzało mi się przebywać w pomieszczeniach, nasyconych dymem papierosowym, i nie byłam w stanie nic z tym zrobić. Na moją przeczącą odpowiedź zniknęła tak szybko, jak się pojawiła, pozostawiając mnie w zmieszaniu (dziwny ktoś, kto zadaje dziwne i głupie pytania ni stąd ni z owąd...), podczas zbliżania się w stronę sklepu.


Zamek w Łęczycy. Widok ku NEE


Łęczyca. Ratusz. Widok ku NWW


Łęczyca. Rynek. Widok ku NW


Łęczyca. Kościół pw. Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny. Widok ku NW

Od Łęczycy ku NW

Wyjechaliśmy z miasteczka, choć z trudem, ze względu na sporą liczbę aut jadących główną. Gdy nam się to udało, ruszyliśmy drogą, która była położona dość wysoko ponad powierzchnię otaczających ją pól. Odcinek ten, do następnego skrzyżowania wydawał się podróżą przez pustkowia na rubieżach cywilizacji. W Topoli wmanewrowaliśmy się na pas do skrętu w lewo i po pojawieniu się zielonego światła ruszyliśmy tamże. Zaraz potem skręciliśmy w prawo na Kłodawę. Zrobiło się nieco ciężej. Odczuliśmy siłę wiatru z południa. Niedługo po skręcie w prawo, zatrzymała się jakaś kobita pytająca nas o drogę do D... Udzieliliśmy wskazówek utwierdzając ją, że dobrze myślała, którą trasa jechać. Przejechaliśmy przez Siedlec, gdzie wpierw pojawiły się drzewa po lewej, sugerujące mi myśl, że za nimi stać musiał dworek, którego nie ujrzeliśmy. Dalej stał budynek, kiedyś będący chyba młynem, a jeszcze dalej kościół po prawej. Niedaleko czekał nas podjazd, którym ostatecznie opuściliśmy płaską równinę. Co prawda wyjechaliśmy nieco wyżej, ale krajobraz nadal nie był nazbyt wyraźnie zarysowany. W zasadzie było widać tylko było brak totalnej płaskości obszaru. Później gdzieniegdzie także pagórki i doliny.


Między Dąbiem i Siedlecem. Widok ku NNW


Między Jackowem i Jaworowem. Widok ku NW


Granica województw między Radzyniem i Rycerzewem. Widok ku NW

Okolice Kłodawy

Przejechaliśmy jeszcze kilka wiosek, jeden większy las, gdzie człowiek z naprzeciwka idący poboczem, zapytał mnie czy idzie w stronę parkingu. Szczęśliwie 50-100 metrów wcześniej udało mi się kątem oka zarejestrować obecność takiego, więc uzyskał potwierdzenie. Za lasem ukazała się wreszcie wyraźniejsza rzeźba terenu, dużo pól, dużo zbóż i czasem domy. Przecięliśmy tory. Po lewej stronie drogi zobaczyliśmy w oddali napis. Nie byliśmy w stanie go odczytać, ale jak się słusznie domyślaliśmy, okazał się on należeć do budowli zakładu wydobyci soli w Kłodawie. Wkrótce po tym dogoniliśmy ciągnik, a że jakoś tak się nabrało rozpędu, to i przyszło go wyprzedzić. Przerwa na rozjeździe, czekając na Księgowego, który został za maszyną. Ciągnik wyprzedził moje stanowisko oczekiwania, a Księgowy nieco później.


Kłodawa. Kopalnia Soli. Widok ku SWW

Razem przejechaliśmy na drugą stronę DK 92, skąd z łatwością dotarliśmy na rynek. Odpoczęliśmy na ławce, posilając się po raz pierwszy od Łęczycy. Stamtąd skierowaliśmy się do wyjazdu ku NE. Jechaliśmy urokliwymi wioskami z niezłą drogą i ładnymi widokami. Raz mieliśmy incydent, że robotników samochody stały na całej szerokości drogi, z czego jeden zatrzymał się "na moment" i przed chwilą musiał nas wyprzedzić. Musieliśmy jakoś sobie poradzić i ominąć przeszkodę. Później droga nas prowadziła kolo piaskowni, gdzie stały wielkie kopce wydobytego surowca, wyglądające niemal jak piramidy, a wrażenie to potęgowały jasne barwy, silnie odbijające promienie słońca. Przejechaliśmy przez szutry w lesie i po kilku kilometrach dojechaliśmy do Przedeczy, miejscowości ze starym, zalatującym gotykiem kościołem i jeziorem o ~2km długości. W tym czasie trwały jakieś roboty drogowe w mieście, a przed kościołem ustawiał się konwój pogrzebowy. Na rynku skręciliśmy ku północy, przy czym ja trochę później, by jeszcze zrobić zdjęcia. Księgowego udało się dogonić na lekkim podjeździe u wylotu z miejscowości. Potem jechaliśmy długo i monotonnie, ledwo rejestrując otoczenie.


Zbójno. Widok ku W


Przedecz. Kościół pw. Świętej Rodziny. Widok ku W

Na północ do Włocławka

Zatrzymaliśmy się przy sklepie Cettach i zrobiliśmy krótki-dłuższy odpoczynek na zjedzenie kilku słodkich przekąsek. Zmęczenie się z nas wydostawało. Dalej zauważaliśmy bardziej czerwone płaty ziemi na niewielkich pagórkach, wszystkie mniej więcej na tej samej wysokości, niżej których była jaśniejsza ziemia. Nasze umysły pobudził zjazd w dolinę jeziora Kromszewickiego i uciążliwy podjazd do Chodeczy. Gdy tylko wydostaliśmy się na płaskie, od razu pojechaliśmy dalej nie oglądając się za siebie. Przez 20km jechaliśmy praktycznie bez zatrzymywania, skupiając się na samej jeździe po bardzo równinnym, ale wysoko położonym obszarze. Zatrzymaliśmy się dopiero w Kruszynie i odpoczywaliśmy na przystanku. Z wioski czekał nas zjazd do przedmieść Włocławka i postanowiliśmy jechać główną drogą.


DW 269. Granica województw między Chrustowem i Cettami. Widok ku NEE

Przerwa we Włocławku

Do miasta wjechaliśmy główną trasą. Skręciliśmy w prawo i dalej jechaliśmy ścieżką, która nagle zamieniła się w chodnik i to taki niezbyt fajny. Skończyło się to przejazdem na lewą stronę, gdy dokładnie na ukos wypatrzyliśmy pizzerię DaGrasso. Oczywistą rzeczą – zmęczeni po tak długiej podróży posililiśmy się tam, pół na pół, dużą hawajską z frutti di mare. Wykorzystaliśmy tamtejsze WC i nieco wypoczęliśmy , a w każdym razie najedliśmy. Po przerwie przemieszczaliśmy się ulicami: Zbiegniewskiej, Robotnicza, Kapitulna (która pod koniec była potwornie rozkopana), skręciliśmy w Kilińskiego przejeżdżając nad małą rzeczką i wjeżdżając w Toruńską, którą jechaliśmy rzecz jasna w stronę Torunia. Po kilometrze upewniliśmy się, że to nie tędy droga. Dowiedzieliśmy się tego u tubylca, po czym wróciliśmy do miejsca, gdzie mogliśmy odbić, by wciąż widząc Wisłę, dobrnąć do mostu Rydza-Śmigłego. Jakoś tak wyszło, że jazda tymi drogami omijała całe stare miasto, które samo w sobie pozostało mi nieznane. Zasugerowało mi to powrót, gdy będę w okolicy. Przejechaliśmy most. Księgowy podsumował, że lepiej to wygląda niż z zapory, po której już kiedyś jechał. Faktycznie, widok był ładny, zwłaszcza w stronę, gdzie Wisła zmierzała.


Włocławek. Przebudowa Kapitulnej. Widok ku NE


Włocławek. Wyszyńskiego. Ujście Zgłowiączki do Wisły. Widok ku N


Włocławek. Most Marszałka Rydza-Śmigłego. Widok ku SE

DK67 do Lipna

Po drugiej stronie czekał nas podjazd rodem z gór. Najniższe biegi i do przodu. Udało się jechać cały czas, aż zrobiło się na tyle płasko, by nie musieć się znów męczyć. Księgowy został nieco z tyłu. Jechaliśmy dalej w stronę Lipna, a po słońcu już było widać, że zbliża się zmrok. Obszar był nieco pagórkowaty, ale poza jednym jeziorem Ostrowite, nie udało mi się zarejestrować ich więcej. Pod względem psychicznym, jechało się nam niemal tak, jak do samego Włocławka, kiedy to znużeni jechaliśmy i jechaliśmy.


Bogucin. DK 67. Widok ku N


Fabianki. DK 67. Widok ku NNE


Krzyżówki. DK 67. W centrum Jezioro Ostrowite. Widok ku SSE

Okolice Lipna

Lipno osiągnęliśmy przed zmrokiem. Miasteczko w sporej i rozległej dolinie  Do centrum same zjazdy, tylko rynek i obrzeża na wzniesieniach. Zajechaliśmy na jeden z placyków, gdzie było dużo ludzi, ale gdy Księgowy zwęszył naciągacza, wnet ruszyliśmy. Przejechaliśmy rzeczką Mień i zatrzymaliśmy się pod sklepem, gdzie chciało mi się po prostu usiąść na chodniku i zacząć odpoczywać, wpatrując się w mapę. Trwało to kilka minut. Ruszyliśmy w górę, z mi zachciało się nieco rozruszać nogi i dostać się na pieszo. Górą biegła krajówka, której trzymaliśmy się przez kilka kolejnych godzin nocnych. Przed wyjazdem z miasta zajechaliśmy na stację, gdzie Księgowy zaopatrzył się w Tigera – jego ulubiony wtedy napój na nocną jazdę. Po zakupie Tigera ruszyliśmy na jazdę przez ponad pół nocy.

Różne pomysły na tę wyprawę

Teraz kilka słów odnośnie planów wyprawy. Przedwczoraj, w czasie rozmowy wpierw ustalaliśmy, że pojedziemy byle gdzie. Potem trwało precyzowanie, że od nas możemy pojechać, albo na SWW, albo NW, a potem się zobaczy, jak będziemy jechać i którędy wracać, ważne żeby dotrzeć jak najdalej w oznaczonym czasie. Gdy tak się dalej dyskutowało, przyszło mi na myśl, że można by oba warianty połączyć i tak wyszedł szkic pętli przez Włocławek. Na Google Earth i innych serwisach można było przejrzeć sposoby dojazdu do miasta i z grubsza udało się to zrealizować. Modyfikacje nastąpiły od lasu za Wyszogrodem do Piątku, ale mniej więcej się pokrywały. We Włocławku zupełnie schrzaniliśmy, ale dzięki temu poznaliśmy inne obszary, których być może byśmy nigdy nie zobaczyli. Do Lipna szkic zakładał jazdę bardziej przez wioski, a z Kłodawy powinniśmy skręcić w inną drogę tak, żeby nie trafiać na główną. Mimo tych incydentów, wciąż było dobrze. Z Lipna chciało mi się jechać dalej na północ, nawet do Działdowa, tak, żeby po raz pierwszy jednego dnia odwiedzić cztery województwa, ale skończyło się na trzech, z czego po raz pierwszy poniosło mnie rowerem do wielkopolskiego i na Kujawy. Pierwszy nocleg wypadł pomyślnie, mniej więcej tak jak w szacunkach. Jeśli chodzi o noc drugiego dnia, to sprawa wyglądała tak: Księgowy chciał nazajutrz być już u A.. Oznaczało to, że rozważał powrót szynobusem z Sierpca. Gdybyśmy przenocowali po drodze, wsiadłby na tory, a mi pozostało wracać samotnie. Pasowało mi to, ale też było stratne, bo mogliśmy zamiast tego udać się jeszcze trochę w kierunku północnym i tam przenocować. Księgowy przejechałby do Sierpca ze 30km następnego dnia, a przeze mnie zostałyby odwiedzone jeszcze rejony Działdowa, dopiero wtedy wracając. Ten plan był wykonalny, jednak padło na wariant alternatywny. Zamiast nocować, moglibyśmy od razu ruszyć nocą. W ostateczności i tak gdzieś byśmy rozbili obóz. W ten sposób osiągnęliśmy swoje cele o własnych siłach, z czego mnie przywiało do domu w stanie osłabienia, chorując w następne dni.

DK10 od Lipna do Góry

Szczęśliwie przyświecał nam księżyc, ale dopiero po północy bardziej to zauważyliśmy. Z Lipna wyjechaliśmy o zmroku i przez kilkanaście kilometrów było nawet dobrze. Na jakimś przystanku krzyczały jakieś dziewczyny, którym Księgowy coś odkrzyknął. Gdy w lesie zobaczyliśmy po prawej coś w rodzaju postoju z ławeczką i daszkiem, zjechaliśmy tam i przygotowaliśmy się do dalszej drogi, zakładając odblaski, lampki i rozruszaliśmy się przed nocą. Z początku jechaliśmy przed siebie tak jak do Lipna i Włocławka, ale w miarę zbliżania do domu, postępu nocy i zmęczenia, coraz bardziej rozwiązywały się nam języki. Przynajmniej ustępowało znużenie. W międzyczasie zatrzymaliśmy się na przystanku, żeby odpocząć. Dość szybko dotarliśmy do Sierpca, gdzie staliśmy koło cmentarza. Gdy zobaczyliśmy zbliżających się ludzi, mimo wszystko postanowiliśmy ruszyć i ewentualnie zatrzymać w innym miejscu. W ten sposób Sierpc pożegnaliśmy i ku Drobinowi zdążaliśmy. Ten etap odbył się w pobliżu już przejechanej przeze mnie trasy, leżącej nieco na północ. Sam Drobin ominęliśmy bardzo szybko.

Przerwa w Górze i w Dzierzążni

Kolejnym punktem była stacja paliw przed lasem, o tej porze zamknięta, położona jakiś kilometr od Góry. Nieco się rozprostowywaliśmy i wkrótce znów pędziliśmy. Podjechaliśmy pod Górę i znaleźliśmy się na odcinku do Płońska, który już był mi znany, choć jeszcze nie o tej porze. Wpierw było pusto i bezludnie, lecz wnet zaczęło się pojawiać więcej domów, aż powstał niemal pełen ich ciąg wzdłuż szosy. Tak powitaliśmy Dzierzążnię, gdzie mieszkała znajoma, u której kiedyś przyszło mi być na dwóch ogniskach w liceum. Zatrzymaliśmy się na stacji benzynowej, która podczas licealnych ognisk była punktem zaopatrzenia. Księgowy chciał  kupić coś do picia. Nie podobało mu się otoczenie i przebywający tam o tej porze ludzie, którzy niemile kojarzyli mu się z miastami.

Kurs na Nacpolsk

Wnet ruszyliśmy dalej, skręcając na Nacpolsk. Nie włączaliśmy świateł, poza krótkimi momentami. Było naprawdę jasno. Ten odcinek toczył się stosunkowo szybko, ale bardziej z powodu naszego zaangażowania w gadanie i wspominanie rożnych historii z życia, niż w skutek tempa jazdy. Przez to niemal nie zauważyliśmy kilku dużych i szybkich psów. Wpierw były to odległe odgłosy z prawej strony, tak psa, jak i łańcucha. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie lokalizacja, jaką przypisywaliśmy tym odgłosom. Najbliżej położone nam gospodarstwo leżało jakieś sto metrów przed nami, tuż koło drogi, kolejne widoczne było z pół kilometra w głębi pól. Odgłosy pochodziły właśnie od strony pól i mieliśmy pewność, że ani nie z pierwszego podwórka, ani nie z tych odległych, bo na to był zbyt donośne.

Nocny atak psów

Z początku zbagatelizowany został ten problem, mając swoje doświadczenia z psami i rowerem. Księgowy miał swoje, więc traktował to zdarzenie odmiennie. Wyszło na jego, gdy okazało się, że dźwięk kieruje się w naszą stronę, pobrzękując ciągnącym się łańcuchem niczym pies Baskervillów. Urwane bydle goniło nas. Wnet ukazało swą masywną budowę, która jawiła się naszym oczom w półmroku lekko zadrzewionej drogi. Księgowy zaczął się oddalać gwałtownie. Ja bardziej powoli, zależnie od tempa pościgu. Bestia goniła wytrwale i zajadle dotrzymywało mi kroku. W pewnym momencie, nieco mnie już wkurzyło. Wydarł się ze mnie zachrypnięty ryk, który miał nieco zmieszać paskudę, a zarazem udało mi się w ten sposób poznać kiepski stan mojego zdrowia. Wkrótce potem udało mi się dogonić Księgowego. Byliśmy porządnie zmęczeni ucieczką, choć mi udało się zachować nieco więcej sił, nie zrywając się tak nagle. Mimo wszystko, dało się odczuć tę przygodę na późniejszym etapie. Przebrnęliśmy do Nacpolska, a tempo wyraźnie spadło.

Nocny powrót

Minęliśmy Żukowo i skręciliśmy na Srebrną. Jazda w tę stronę, pod względem zmęczenia kojarzyła mi się z powrotem z Jury, tuż przed Księgowego praktykami we wrześniu 2008, gdy jechaliśmy ledwo, ledwo. Można by rzec, że teraz było podobnie. Zatrzymaliśmy się na poboczu niedaleko wsi i odpoczywaliśmy, ostatni raz wspólnie w tej podróży. Usiedliśmy i zbieraliśmy siły do ostatniego etapu. Przez Srebrną przemknęliśmy szybko, bo pamiętany był przez mnie jeden z dawniejszy pościg psów z tej okolicy, a mieliśmy już dosyć ich na tę noc. Wjechaliśmy w las i powoli doczłapaliśmy się do skrzyżowania, gdzie po kolejnych kilku chwilach się pożegnaliśmy i udaliśmy w swoje strony. Księgowy turlał się do Naruszewa, a stamtąd przez Przyborowice i Goławice do A., gdzie dojechał okrutnie wymęczony. Ja na południe, obserwując mgłę płożąca się w lesie i gdzieniegdzie na polach. Warstwa jej cienka, wprowadzać mogła w nastrój tajemniczości. Rozważane było, którą drogę obrać, tak żeby się już bardziej nie męczyć, aby skrócić resztę trasy. Skończyło się tak jak wtedy, gdy pierwszy raz przekroczyło się 200km jednego dnia. Za Radzikowem, przed wyrobiskami piasku, skręt w pola w stronę lasku, a za nim pagórkiem z piachem od południowej strony. Przeturlanie przez polne drogi do Chociszewa i przejazd przez wieś, by ominąć DK 62. Ostatnie chwile spędzone zjeżdżając w dolinę Wisły, docierając pod bramy domu. Następne kilka dni trwało chorowanie.

Zaliczone gminy

- Łęczyca (M+W)
- Daszyna
- Grabów
- Kłodawa
- Przedecz
- Chodecz
- Choceń
- Włocławek (W+M)
- Fabianki
- Lipno (W+M)
- Skępe
- Szczutowo

Miejscowości łódzkie




Miejscowości wielkopolskie




Miejscowości kujawsko-pomorskie




Miejscowości mazowieckie

- Blinno
- Józefowo
- Gójsk
- Całownia
- Mościska
- Karolewo
- Mieszczk
- Studzieniec
- Borkowo Kościelne
- Mieszaki
- Kisielewo
- Grąbiec
- Żytowo
- Jeżewo
- Stropkowo
- Szumanie (-C)
- Mańkowo
- Chabowo Świniary
- Chabowo
- Dobrosielice Zalesie
- Świerczyn Bęchy (-C)
- Nowa Wieś
- Nagórki Olszyny
- Nagórki Dobrskie
- Warszewka
- Rogotwórsk
- Sokolniki (-C)
- Dłużniewo Małe
- Dłużniewo Duże
- Marychnów (+C 2007.08.15)
- Karwowo
Rower:Zielony Dane wycieczki: 255.00 km (0.00 km teren), czas: 14:00 h, avg:18.21 km/h, prędkość maks: 0.00 km/h
Linkuj | Komentuj | Komentarze(0)