Podróże Weroniki - pamiętnik z początku XXI wieku

avatar Weronika
okolice Czerwińska

Szukaj

Znajomi na bikestats

wszyscy znajomi(37)

Moje rowery

Czarny 13211 km
Zielony 31509 km
Unibike 23955 km
Czerwony 17572 km
Agat
Delta 6035 km
Reksio
Veturilo 69 km
button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl

Archiwum

Wpisy archiwalne w kategorii

.Samotnie

Dystans całkowity:57197.72 km (w terenie 5031.65 km; 8.80%)
Czas w ruchu:3635:29
Średnia prędkość:15.71 km/h
Maksymalna prędkość:74.20 km/h
Suma podjazdów:800 m
Suma kalorii:76839 kcal
Liczba aktywności:891
Średnio na aktywność:64.19 km i 4h 05m
Więcej statystyk

Przejażdżka w okolicach Kroczewa

Wtorek, 5 kwietnia 2011 | dodano: 29.06.2013Kategoria .Samotnie, .Wyprawki w okolicy

Słonecznie, chłodno. Bardzo silny wiatr zachodni i północno-zachodni. Zachmurzenie 5/8. Przelotne bardzo niewielki opady. Około 10 w drogę, przetestować sprawność Delty. Raz do skrzyżowania, ale wnet nawrót, by dokonać kilku przeróbek i zaraz potem pojechać do Chociszewa. Skręt w prawo na ostatnim skrzyżowaniu przed DK 62. Gdy zaczęła skręcać ku SE, wjazd w polną drogę na północ i wyjazd na krajówce. Przejechało się po niej ku wschodowi, aż do przystanku i za nim skręt znów w pola. Zjazd do Goworowa, skąd dalej na wschód. Na wysokości szkoły w Goławinie wjazd w polną drogę, koło dwóch gospodarstw prowadzącą ku północy. Na powitanie wybiegło kilka psów, ale było mi wszystko jedno.

Pół kilometra dalej droga urwała się w polu. Skręt w lewo i w wkrótce w prawo, by przedostać się na miedzę. W niewielkim stopniu lawirowało się przez „drogę” wyjeżdżoną tam ciągnikiem. Dojazd do drogi gruntowej przez północną część Goławina, w której jeszcze nie było mnie do tej pory. Całą droga na wschód, aż do DK62 w pobliżu sklepu przy zakręcie w Wygodzie Smoszewskiej, jechało przez nowy obszar. Z krajówki wnet odbicie w stronę lasu Złotopolickiego. Przejazd przez niego, a pod koniec, zamiast wyjechać, tak jak dawniej się wyjeżdżało, nastąpiło lekkie odbicie w prawo, na fragment szlaku pieszego. Droga tam była obficie zaopatrzona w koleiny, ale można było jechać nieco obok, powyżej owej dróżki.

Tak dotarło się do Strugi. Przejście nad nią po prowizorycznym mostku, złożonym z dwóch pni drzew, metalowym drutem zabezpieczonych przed rozjechaniem. Do tego poręcz była niesamowicie się chybotliwa. Po lewej znajdował się użytek ekologiczny, gdzie struga rozlewała się stosunkowo szeroko, by potem wrócić do jednolitego koryta. Po drugiej stronie pieszo w górę, do asfaltu. Następnie nieco na zachód, by zaraz skręcić w prawo drogą, która pokryta była kocimi łbami. Dojechało się do równiny wykorzystywanej przez lotniarzy i innych powietrznych ludzi do swoich zabaw, dawniej lotniska. Przejazd przez nią, wspomagając się wiatrem. Nie czując jego oporu, mocno mnie zgrzało działanie słońca.

Po dotarciu do asfaltu, skręt na południe, by pół kilometra dalej wjechać w drogę gruntową, prowadzącą na wschód. Przejazd w pobliże DK 7. Potem przez kawałek pola, mniej więcej w jednej linii z granicą lasu, widocznego po drugiej stronie krajówki, a następnie na jej drugą stronę. Jechało się trasą doń równoległą, aż do okolic cmentarza w Kroczewie. Tam skręt na Wojny, lecz nim do nich wjechało, tuż przed zjazdem z górki skręt w drogę w lewo, kierując się ponownie w stronę DK 7. Po drodze trochę na mnie popadało, ale prawie się nie odczuło. Gdy w Niepiekłach pojawiła się możliwości przejechania na druga stronę krajówki, co zostało wykorzystane - wjechało się w las.

Za błotnistym obniżeniem skręt w prawo. Dojazd do wałów z wykopanego rowu odwadniającego pola. Wyjazd z lasu i przejście przez niesamowicie mokre łąki. Woda zalegała nawet kilkanaście metrów od rowu, mimo że były położone dużo wyżej od niego. Doszło się przez pola do łuku drogi gruntowej. Skręt w lewo. Wkrótce droga urywała się w dojedzie do domu, więc kontynuowało się w linii prostej po miedzy. Mijało się kupę kamieni w zagajniku, a chwilę potem znowu niosło mnie po gruntówce. Przejazd nią przez jakiś kawałek, utrzymując z grubsza ten sam kierunek, aż do asfaltu na drodze z Kroczewa do Naborowa. Tam poprawki w ustawieniu kierownicy i dalsze zmagania z wiatrem. Przejazd przez Naborówiec. W Kamienicy, zaraz za szkołą skręt na zachód, poznając nieznaną dróżkę, która od dawna mnie kusiła. Potem do Pieścideł, Przybojewa i prostą trasą nastąpił powrót do domu.
Rower:Delta Dane wycieczki: 49.00 km (17.00 km teren), czas: 04:00 h, avg:12.25 km/h, prędkość maks: 0.00 km/h
Linkuj | Komentuj | Komentarze(0)

Wydział

Środa, 16 marca 2011 | dodano: 29.06.2013Kategoria .2 Osoby, .Pół nocne, .Samotnie, .Wyprawki w okolicy, .Warszawa, .Z rodziną, .Z Księgowym Uczestnicy

Wiatr zachodni z niewielkimi zmianami od południa. Bardzo silny, ponad 30 km/h wzmagający się w ciągu dnia, z kulminacją w nocy. Zachmurzenie 7-8/8, do minimum 5/8 po południu. Temperatura 4 stopnie rankiem i 6 w mieście. Cały dzień utrzymywała się mniej więcej na tym samym poziomie.

Wyjazd około 8:30. Zjadło się tylko bułkę z serem. Bardziej prowizorycznie, gdyż nie chciało mi się jeść. Odkąd się wyruszyło, nie chciało mi się pić do Warszawy. Kurs przez Miączyn. Po wjechaniu na drogę gruntową zauważyło się, że w stosunku do poprzedniego przejazdu, była dużo bardziej sucha. Za zakrętami zejście z roweru, prowadząc go, dopóki nie przeszło się przez obszar wciąż silnie zabłocony. Trochę się męcząc, w końcu udało się dotrzeć do krajówki. Z trudem się nią jechało, walcząc zarówno z wiatrem, jak i jadącymi autami. Jakby w prezencie na specjalną okazję, trwało siłowanie się również z wiatrem, spychanym na mnie przez wspomniane pojazdy. Sakwa swoją drogą łapała nieco wiatru z boku i zwiększała poczucie niestabilności. Przejazd w wariancie LGM. Tak mi zleciał cały czas jazdy, do granicy Warszawy. Od NDM, zarówno ruch jak i wiatr przeszkadzały mi w mniejszym stopniu, gdyż trasa wiodła przez wsie i ku SE. Cały czas towarzyszyła mi muzyka.

Przerwa na granicy z Warszawą. Tam krótka przerwę. Dalej na wprost, mijając budowę mostu północnego. Za najbliższą stacją paliw, skręt w prawo. Po lewej mijało się park, a po prawej zabudowę. Dojazd na Wolumen, zostawiając go z prawej, podążając ku południu. Potem mijało się tory tramwajowe i wjeżdżało w uliczki międzyosiedlowe o kształcie łuków i kół. Wyjeździło się tam coś na kształt litery W lub S. Fortową na Reymonta i skręt w Kochanowskiego, a potem w Rudnickiego. Mijało się Powązki. Dalej do Alei Jana Pawła II i skręt w Stawki i Karmelicką, wyjeżdżając w parku, gdzie budowali dość potężna budowlę przyszłego Muzeum Historii Żydów Polskich, z grubsza przypominającą stadion, ale zbyt małym jak na niego. Objechało się ją od południa, następnie jadąc Anielewicza, potem zachodnimi i południowymi ścieżkami Ogrodu Krasickich, Miodową ostatecznie docierając do UW. Po seminarium zjazd Karową. Furmańska i ścieżką przy Wisłostradzie do Gdańskiego. Później Rondo Żaba i ulice: Horodelska, Rzeszowska i Podobna, biegnące w niedalekiej odległości od murów cmentarza przy Św. Wincentego. Na początku były asfaltowe, ale później przeszły w gruntowe w kiepskim stanie, lecz raczej bez błota. Przy Wincentego kontynuowało się jazdę chodnikiem.


Rozbiórka budynku ul. Powązkowska 46\50, ukończonego w latach '70. Widok ku NE


Budowa Muzeum Historii Żydów Polskich. Widok ku NEE


Kozia. Widok ku SSE


Kozia. Widok ku SSE

Posiedziało się u C. do 18, po czym powrót do Dworca Wileńskiego. Kasia busem, a ja dalej rowerem, okrążając cmentarz Bródnowski od zachodu. Potem były ulice 11 Listopada, Środkowa, Stalowa, Konopacka, Wileńska i tak dojechało się na Dworzec Wileński. Przeczekało się tam do 19:20, po czym Brzeską dalej na Dworzec Wschodni. Na peronie nr 4 było się o 19:50. O 20:02 miał wjechać pociąg z Włocławka, z Księgowym na pokładzie (na który ledwo zdążył). Przyjechało się jakieś 15 minut później. Wysiadł ze środkowego wagonu i wspólnie wyjechaliśmy z dworca na północ. Pojechaliśmy do Ronda Starzyńskiego i dalej ścieżkami wzdłuż Modlińskiej. W międzyczasie zatrzymaliśmy się na stacji benzynowej przy Kotsisa, gdzie Księgowy „wymienił olej”.


Księgowy wracający z wycieczki

Księgowy został w Jabłonnie, dokąd wracał. Mi przyszło udać się główną do NDM. Długo i po ciemku. Jedynymi pozytywami była muzyka w uszach i wiatr w plecy, choć i tak było ciężko. Nogi jeszcze nie przywykły i ogólnie było czuć zmęczenie. W NDM przejazd Sportową wzdłuż torów, koło lodowiska i hali sportowej. Przez rynek do mostu, na którym wydało się, że mnie wiatr przewróci. Szczególnie ciężko było pod koniec mostu. Przejazd przez Modlin, by w Gałachach naprzeciw nowego osiedla wsiąść do samochodu z tatą. Była 23:30 i około 120 km trasy.
Rower:Zielony Dane wycieczki: 123.00 km (4.00 km teren), czas: 08:00 h, avg:15.38 km/h, prędkość maks: 0.00 km/h
Linkuj | Komentuj | Komentarze(0)

Warszawa

Niedziela, 6 marca 2011 | dodano: 29.06.2013Kategoria .Samotnie, .Zwykłe przejażdżki, .Z rodziną

Tego dnia dosłownie udało się "zajechać" do NDM. Może nie tyle rowerem, co sam rower.
- kaseta x
- przednia ~ok poza środkowym blatem
- przerzutki ok
- koło tylne - dwie szprychy x
- nowe stery i linki, sztyca, nowa siodełko ok
- bagażnik ma nowe mocowania do ramy ok
Z trudem dojechało się krajówką do NDM, zjeżdżając na Gałachy drogą koło wieży elektrycznej. Koło Kasyna rower zabrał tata, a busem pojechało się do Warszawy, na wydziałowe zawody w kręgle.
Rower:Zielony Dane wycieczki: 23.00 km (3.50 km teren), czas: 02:00 h, avg:11.50 km/h, prędkość maks: 0.00 km/h
Linkuj | Komentuj | Komentarze(0)

Warszawa - Sprowadzenie roweru

Środa, 16 lutego 2011 | dodano: 29.06.2013Kategoria .2 Osoby, .Pół nocne, .Samotnie, .Zwykłe przejażdżki, .Z Kasią, .Z rodziną, .Warszawa Uczestnicy

Zakup roweru Kasi. Testowała go od Strumykowej do Światowida. Tam wsiadła w autobus, a ja rowerem na północ. Przez Poetów do Modlińskiej, wkrótce lądując w Jabłonnie. Spotkaliśmy się z Księgowym w pobliżu jego mieszkania. Razem ruszyliśmy boczną, leśną trasą do Rajszewa. Po kilometrach gadania, rozdzieliliśmy się przy głównej. Po ciemku, wraz z zimnym wiatrem, poniosło mnie ścieżką do NDM, gdzie koniec w aucie.


Strumykowa między sklepem i kościołem Franciszka z Asyżu. Widok ku NE

2011.01.15

Ponad półgodzinna, piesza wycieczka do zagajnika na zakręcie i powrót przez pola. Obserwacja śniegu, błota i efektów mikrohydrologicznych.


DW 565 przy zagajniku na zakręcie. Widok ku NW


DW 565 przy zagajniku na zakręcie. Po lewej ongiś biegła droga polna. Widok ku SEE


Po prawej zagajnik na zakręcie. W centrum drzewa przy DW 565. Widok ku


Po lewej Drzewa porastające wyraźny, N kraniec parowy kończącej się przy DW 565. W centrum woda, spływająca zwykle suchym dnem, prowadzącym do owej parowy. Widok ku SSW


Polna droga, która ongiś ciągnęła się do zagajnik na zakręcie, widocznego po lewej w tle. Po prawej widoczny niewielki zagajnik na wzniesieniu, odkąd zaczyna się zjazd do Wisły - w lewą stronę zdjęcia. Widok ku NWW


Widok ku N

2011.01.21


DW 565 nad Wisłą. Widok ku SSE


DW 565 nad Wisłą. Widok ku NW


DW 565 nad Wisłą. Opuszczony barak. Widok ku SE

2011.01.22


Gdzieś w Warszawie

2011.02.22


DW 565. Sarny. Widok ku NEE
Rower:Zielony Dane wycieczki: 26.00 km (3.50 km teren), czas: 02:00 h, avg:13.00 km/h, prędkość maks: 0.00 km/h
Linkuj | Komentuj | Komentarze(0)

Radzymin - Pierwszy śnieg na kołach

Niedziela, 28 listopada 2010 | dodano: 01.01.2017Kategoria .Samotnie, .Wyprawki w okolicy, .Z Kasią, .Z rodziną, ...Miejscowości mazowieckie

Kilkucentymetrowa warstwa śniegu. Pochmurno. Słaby wiatr. Stosunkowo ciepło jak na zimę.

Wyjście koło godziny 11. Kurs do salki, skąd wrócił rower i po krótkim pożegnaniu rozpoczęła się jazda. Po drodze wejście do nieodległej Żabki i zakup 10 snickersów oraz jabłkowy sok. Po poukładaniu sobie tego trochę w sakwie, obrany został kurs ośnieżonym chodnikiem w stronę Kobyłki. Po przekroczeniu nieużywanych torów kolejowych okazało się, że jestem w okolicy glinianek, gdzie padło na jazdę drogą biegnącą w ich pobliżu. Była słabej, jeśli nie byle jakiej jakości, choć śnieg maskował dziury. Kilka razy mijało się wielkie kałuże, powoli i ostrożnie wyszukując najlepszej przez nie drogi. Po pewnym czasie nie dało już rady wytrzymać. Skręt w pierwszą lepszą drogę, odchodzącą mniej więcej prostopadle od niej. Stamtąd wjazd w zabudowę jednorodzinną, a potem jazda ulicą równoległą do głównej. Z tej też w końcu przyszło zrezygnować, by wychynąć na główną.

Uważając na jadące auta, powoli zmierzało się w stronę kościoła. Nim do niego się dojechało, spotkała mnie niespodzianka w postaci remontowanej drogi. Dzięki temu był wolny trakt i trochę spokoju. Dojazd do rond, zostawiając z boku kościół. Przejechało się wzdłuż jego murów ku północy i po kilku kilometrach jazdy przez miasto osiągnięta została granica lasu, gdzie droga diametralnie zmieniała swe oblicze. Sunęło się po trochę ubitym śniegu. Mijało się drzewa, w większości iglaste, świeżo pobielone spadłym tej nocy śniegiem. Pierwszy on, a jakże obfity, totalnie odmienił wygląd wszystkich miejsc, przez które się jechało. Było mi żal, że komórka mi padła, a w aparacie nie było baterii.

Przejazd przez las nie sprawił problemu. Gorzej za nim, gdy wjeżdżało się do wsi Czarna. Droga prowadził nieco pod górkę, po drodze bardzo wiejskiej i z mnogością kałuż, które trzeba było zręcznie wymijać. Za ogrodzeniami czaiły się ogromne psiska. Wkrótce dojechało się do części bardziej zabudowanej, i zastanawiając się dokąd dalej jechać. Spoglądając na mapę, dopijane zostały resztki kupionego kilka dni wcześniej tymbarka. Chłodnego, zimnego, ale za to odświeżającego mnie znacznie. Dalej do drogi, którą już kiedyś rower mnie prowadził – w pobliżu domu z wielkim malowidłem na ścianie i ronda prowadzącego do Wołomina. Nie tam wszakże moja podróż wiodła, więc zamiast tego została przecięta rzeka, po czym nastąpił skręt w pierwszą drogę po prawej.

Przez dłuższy czas jechało się potem generalnie w jednym kierunku - ciągle na północ. Droga była stosunkowo prosta. W tym czasie przecinało się wieś, która we wspomnianej wyżej wyprawie przejeżdżana była, lecz w przeciwną stronę (Kraszew). Zaraz za nią były ruiny jakiegoś domu piętrowego, w stanie przypominającym nie ukończą budowę. Dalej mijało się jakieś zakłady z dużymi silosami, zlokalizowane w lesie przy drodze. Zaraz za lasem przecięcie torów kolejowych i wjazd na rozległa równinę. Tak docierało się do Woli Rasztowskiej. Skręt na wschód, na drogę w kierunku Jadowa, powtarzając w ten sposób część trasy z nocnej podróży do Węgrowa. Z początku jechało mi się chodnikiem, aż po sklep, przy którym nastąpił zjazd na jezdnię. We wsi Roszczep skręt na jakąś boczną drogę. Wśród pól przykrytych śniegiem i lodem dojazd w okolice Zaścienia. Tam obrany został kurs na zachód, który był dla mnie wtedy tylko stroną prawą, bo nie do końca udawało mi się zorientować się w swoim położeniu.

Wkrótce ujrzana została Radzymińska. Wpierw jazda na wprost, ale tą drogą pewnie by się ciągnąło wzdłuż głównej trasy, gdy tymczasem chciało mi się poznać coś nowego. Nieco trzeba było wykręcić, póki było można. Jakiś typek przechodzący zagadał, że chyba rower dobry mam (jeśli dobrze dało mi się usłyszeć). W odpowiedzi usłyszał krótkie "nie". Przejazd wiaduktem na drugą stronę ekspresówki. Tam czekało mnie rondo i wybór padł na „prosto”, a więc Dąbrówkę, gdzie znajdowała się siedziba tamtejszej gminy. Stamtąd na południe do Chajęt, gdzie jechało się już odśnieżonymi chodnikami. Potem na zachód do Guzowatki, a tam już znów mnie nieco zdezorientowało, więc skręt w prawo, tak żeby pod żadnym pozorem nie dotrzeć do Radzymina.

Wkrótce okazało się, że jadę na północ, więc nie zbliżam się do domu. Trzeba było na jednym z kolejnych skrzyżowań skręcić w lewo. Nim się to stało, mijało się terene zrzutu czy przechwycenia Cichociemnych wraz z kamieniem upamiętniającym. Wkrótce skręt w Ostrówku w lewo. Jechało się nawet przyjemnie. Przede mną, jakichś dwóch tubylców na rowerach zostało wyminiętych przez mnie, gdy zatrzymali się pod jakimś domem, a chwilę potem skończyła się utwardzona droga i zaczęły szerokie zagłębienia po wielkich kałużach, tudzież zmarznięte błoto albo nie do końca zamarznięta woda. Nieco trzeba było zwolnić, a w krytycznych momentach niemal iść, dwa razy bowiem omal nie przyszło mi się przewrócić. Szczęśliwie, nie jechało się długo tą drogą, choć wprowadzała ona pewne urozmaicenia na trasie i wyjeżdżało się na asfalt, koło gospodarstwa we wsi Józefów.

Kolejny odcinek to droga którą jechała grupa LSTR w czasie Okrążenia Zalewu Zegrzyńskiego, kiedy to pierwszy raz przejeżdżało się w tym gronie. Tylko odwrotnie i z pewnymi modyfikacjami. Trasa przez Kuligów, wsie tuż nad Bugiem, gdzie do rzeki było nawet mniej niż 100 metrów od drogi, a sama osada wyglądała nieco jak ośrodek domków letniskowych. Nawet autobusy miejskie tam jeździły. W Kuligowie w czasie tamtej wyprawy przyszło mi wyjechać z trasy, która wtedy biegła wzdłuż Bugu po zapiaszczonych drogach. Dalej toczyło się przez wydmę w jakimś lesie, przez wieś z jeziorkiem od północy, zapewne starorzeczem. Ostatecznie, gdy zapadał zmrok, dotarło się do Załubic, gdzie nastały przygotowania do jazdy nocnej. Potem czekała mnie droga do Beniaminowa. Po ciemku jechało się przez las z lodem i śniegiem na jezdni oraz poboczu. Od ronda jazda ścieżką rowerową, mimo że była cała ośnieżona. Przejazd przez most nad Kanałem Żerańskim i przecięcie zegrzyńskiego ronda. Za nim zjazd na ścieżkę i telefon do domu.

Były jeszcze jakieś siły, ale nie chciało mi się dalej w zimnie jechać po drodze, która znana już mi była aż za dobrze. Dojazd do Wieliszewa, zjazd na drogę w kierunku Komornicy i skręt w lewo na ostatnim możliwym skrzyżowaniu, tak żeby wyjechać na główną trasę jeszcze w Wieliszewie. Pożegnane zostało osiedle z bloków. Do rond dojazd ścieżką. Jeszcze raz kontakt z domem i zjazd z drogi w połowie odcinka od rond do wiaduktu nad niczym. Odśnieżony został rower i zdrapany lód, który zdążył się miejscami utworzyć. I tak czekało się jeszcze niecałe pół godziny, nim można było wsiąść do auta.


W domu, nazajutrz po powrocie

Miejscowości mazowieckie

- Rżyska
- RSP Rasztów
- Michałów
- Rasztów
- Chruściele (-C)
- Zaścienie
- Dąbrówka
- Chajęty
- Guzowatka
- Kołaków
- Ostrówek
- Sokołówek (-C)
- Nowe Załubice
Rower:Zielony Dane wycieczki: 69.00 km (0.00 km teren), czas: 06:00 h, avg:11.50 km/h, prędkość maks: 0.00 km/h
Linkuj | Komentuj | Komentarze(0)

Warszawa - Gdy ręka w kole ląduje

Sobota, 27 listopada 2010 | dodano: 01.01.2017Kategoria ...Miejscowości mazowieckie, .Samotnie, .Wyprawki w okolicy, .Z Kasią, .Z rodziną, .Warszawa

Sucho, zimno, bez śniegu. W nocy pierwsze opady. Wiatr ze wschodu.

Tata podwiózł mnie do Modlina. Wysadził mnie koło ronda, blisko przystanku od północy. Szybkie przygotowanie i dalej przez NDM, kręcąc uliczkami części północnej. Mijało się targowisko (koło parkingu przerzucając rower przez barierkę, bo ktoś tak zaparkował, że przejść nawet się nie dało, a była tam droga na chodnik) i tamtejsze osiedla. Dojazd do torów przy ul. Leśnej. Przed nimi zjazd w lewo na wschód i dalej wzdłuż nich po drodze terenowej – wtedy z zamarzniętymi i zamarzającymi kałużami. Mijało się po lewej domy, a kilka metrów dalej mały lasek. Po lewej widać było jakaś wydmę chyba, na której ów lasku wyrósł. Tam przerwa i przebranie, bo masywna kurtka była mi nieco nazbyt ciepła. Zmieniła się konfiguracja ciuchów i było mi nieco lżej, ale też odrobinę za chłodno jak okazało się w dalszej trasie.


NDM. Linia kolejowa na E od Leśnej, po S stronie Lasu Księża Góra. Widok ku E

Jechało się dalej wzdłuż torów. Lasek miał może 50 metrów przy tej drodze. Po lewej zakłady przemysłowe z wysokim kominem, ogrodzone betonowym murem. Droga prowadziła coraz bardziej w dół, a tory dalej płasko po nasypie. Wokół mnie pojawiła się sucha, brązowa roślinność na terenach nieużytków między poprzednim zakładem i kolejnym, w którego stronę się jechało. Wzdłuż bocznicy kolejowej, ale chyba od dawna nieużytkowanej. Stał tam mały domek, zapewne dla dróżnika czy stróża jakiegoś, ale był opuszczony. Przejście koło niego i dalej na nasyp, by po krótkim z rowerem pojedynku na torach, przejść na drugą stronę. Tam była gruntowa dróżka pod nasypem, którą kontynuowała się ta jazda. Po lewej stronie torów nadal ciągnęły się przemysłowe. Chemię było czuć mocno, stosownie do rodzaju tego zakładu. Z niemałym trudem udało się dotrzeć do asfaltu. Skręt o 90 stopni, w kierunku południowym.


Teren Góry S, w pobliżu granicy z NDM i Bożą Wolą. Dębowa przy przejeździe kolejowym. Po prawej zakłady Reckitt Benckiser. Widok ku NWW

Niebawem pojawiła się Boża Wola, gdzie powstawało sporo nowych domów. Skręt w drugą ulicę po lewej, która była lichej jakości, ale była też pierwszą z tej strony, po której można było się przedostać do równoległego asfaltu. W Janówku Drugim w prawo i tą samą trasą, którą wraz z Kasią na wiosnę z wracało się z Legionowa. Mijało się sklep, w którym się zaopatrywaliśmy w lody, w czasie wyjazdu LSTR po okolicznych fortach. Wyprzedzone zostało dziecko jadące na rowerze, który przy pomocy chyba trzech rurek, miał dospawany drugi rower. Dojazd tam, gdzie kończyła się droga z kostki. Koło domu z charakterystycznym dachem skręt w prawo, po niewielkim podjeździe zatrzymując się, aby znowu przebrać, tym razem cieplej. Przejazd przez dość płaski teren. Na horyzoncie widać było drogę po lewej z kilkoma domami, gdzie też mnie poniosło. Przez Trzciany jechało się krótko, bo niebawem nastąpił wjazd w obszar leśny. Tam czekały mnie wyzwania związane z omijaniem różnorakich kałuż o różnym stopniu zmrożenia. Ostatecznie wyjechało się koło (chyba) leśniczówki. Było to w okolicach Rajszewa i tam też wyjechało się na trasę główną.

Dalej do Jabłonny. Podczas przejeżdżania przez las, nucąc sobie, nawet na głos w pewnym momencie coś pod nosem, w pewnym momencie nagle wyminęła mnie dwójka kolarzy. Lekko mnie to speszył, ale potem nic mnie to już nie obchodziło. Przed światłami wjazd na chodnik i dalej do świateł. Przerwa na przystanku, wypicie herbaty z termosu i dalej do Warszawy boczną ścieżka. Na pierwszym skrzyżowaniu (przy ul. Przyrzecze) przejazd na drugą stronę i tamtędy do fortu Piontek. Nasepnie ul. Prząśniczek do Czeremchowej, a potem do Mehoffera. Jadąc wśród drzew wyjechało się niedaleko dworca kolejowego, po czym przejeżdżało na drugą stronę. Tam w prawo w Polnych Kwiatów. Na skrzyżowaniu z Wałuszewską jakieś roboty drogowe. Możliwe, że kanalizacja. Dalej była Żyrardowska, z której nastąpił skręt w prawo, a kolejna Zegarynki, którą jechało się na wschód. Skręt w Ciupagi, przejazd obok zakładu karnego, za którym skręt w lewo, w gruntową drogę. Chwile tak jechało się, nim na ziemi oczy wypatrzyły porzuconą torbę z kartridżami do jakiegoś pegasusa czy innej maszyny.

Skręt na wschód, w drogę prowadzącą do nowo budowanych domów. Niestety była to ślepa droga. Nie poddając się, spacerem przez suche zarośla traw i innych chwastów, przechodząc od tyłu innego, nieco wcześniej wybudowanego, małego osiedla kilku domków, na którego drogę udało się dostać niebawem. Gdy już się wsiadło na rower, nie minęło pięć minut, gdy nastąpiło przewrócenie się w przód. Trzy ostatnie palce prawej dłoni wylądowały w obracającym się kole, ale też udało się szybko je wyciągnąć. Jakoś się udało pozbierać, ale ręka bolała tak, że ledwo dało radę nią ruszać, a palcami nie chciało mi się ryzykować. Dojazd do Płochocińskiej. Na światłach, stojąc na chodniku, udało się zdjąć rękawiczkę i oglądać swoje poszkodowania. W kilku miejscach była uszkodzona skórę, ale nie było poważniejszych ran. Palce bolały nadal, a choć można było nimi poruszać, to przez ponad miesiąc odczuwalny był jeszcze ten upadek, gdy za mocno ścisnęło się, albo coś nie tak zrobiło z którymś z palców.

Przejazd nad kanałkiem, ale jechało tak dużo aut, że trochę mi się przemarzło, nim udało mi się skręcić w lewo z chodnika. Zaraz potem skręt w Warzelniczą i jakąś drogą z kostki do Ostródzkiej. Mijało się salon kosmetyczny "Kleopatra", a potem skręt w Leona Berensona. Droga ciekawa, wijąca się, a przede wszystkim - w ciągu kilku lat, mniej więcej równolegle z budową obwodnicy Jabłonny, powstało tam osiedle, którego nie było na zabranej na drogę mapie. Gdy udało się dotrzeć do ul. Kątów Grodziskich, przejechało się za jakimś sklepem i dalej parło na wschód. Do Marek wjazd ulicą T. Kościuszki. Dalej Sosnową, przecięcie Radzymińskiej, jazda Szkolną, wjazd w Ząbkowską. Skręt w Mazurską i wyjazd koło cmentarza. Dalej wzdłuż granicy lasu do Zielonki i jeszcze mała runda przez ulicę Warmińską w zachodniej Zielonce. Dojazd do Kasi, zostawiając rower w salce. Potem pociągiem do Wileńskiego i stamtąd 178 na Ursus prawie do końca trasy, by dotrzeć do koleżanki na jej urodziny.

Miejscowości mazowieckie

- Trzciany (+C 2008.07.18)
Rower:Zielony Dane wycieczki: 47.00 km (0.00 km teren), czas: 03:30 h, avg:13.43 km/h, prędkość maks: 0.00 km/h
Linkuj | Komentuj | Komentarze(0)

Przejażdżka - Porażka

Czwartek, 25 listopada 2010 | dodano: 01.01.2017Kategoria .Samotnie, .Zwykłe przejażdżki, .Z Kasią, .Z rodziną

Pochmurno i zimno. Pobutka rano, ale mimo to zbyt późno. Zamiarem moim było dotrzeć na ćwiczenia czwartkowe, chcąc tam dotrzeć rowerem. Zamiar się nie powiódł. Pół godziny upłynęło jadąc pod wiatr, aby dotrzeć do miączyńskiego podjazdu i wtedy przypomniało mi się, że nie została zabrana jakaś ważna rzecz. Wkurzyło mnie to. Powrót do domu nieco szybciej, z wiatrem i upływającym czasem. Z szcunków - minimalna szansa, by dotrzeć rowerem na czas, ale też chyba tylko wtedy, jakby była ładna pogoda, a rower sprawny w pełni. Wyprawa nie wypaliła. Z tatą do Zakroczymia, w pościg za autobusem. Poranne wydarzenia odcisnęły piętno na nastroju tego dnia, a na zajęcia i tak się nieco spóźniło. Wieczorem kręgle ze znajomymi Kasi.
Rower:Zielony Dane wycieczki: 3.45 km (0.00 km teren), czas: 00:20 h, avg:10.35 km/h, prędkość maks: 0.00 km/h
Linkuj | Komentuj | Komentarze(0)

Przejażdżka - Miączyńskie wąwozy

Niedziela, 21 listopada 2010 | dodano: 01.01.2017Kategoria .Samotnie, .Zwykłe przejażdżki

Początek dnia

Pogodnie i przyjaźnie. Mało chmur. Po wstaniu, siedziałam przy kompie, jak zwykle w jesienno-zimowej porze. Grzebiąc w internecie, danych i innych sprawach, przyszło na myśl, że warto byłoby się wybrać gdzieś na chwilę. Słońce przyświecało, ale mi się nie chciało wyjść. Księgowy gdzieś z Agą jechali daleko, jak mi oznajmił poprzedniego wieczoru. Informacja ta nie wywarła silnego efektu, ale tak mnie natchnęło, że jednak też się ruszę na rower. Raczej nie wydawało mi się, że pojadę bardzo daleko, więc po prostu miały mnie ponieść koła. Nie było zupełnie pomysłu dokąd się udać (co nie było niczym nowym - zwykle preferowane było przez mnie spontaniczne wybieranie dróg podczas jazdy). Padło na to, by jechać wpierw w stronę Wisły.


DW 565. Widok ku NNW

Nad Wisłą

Przejazd przez całą dzielącą mnie od niej odległość, ale nie wyjeżdżając wprost z asfaltu, tylko skręcając w lewo, by przejechać przez drogę z kilkoma domkami nad Wisła, znajdującymi się zaraz za wałami. No i tam spotkała mnie niespodzianka w postaci wielkiego psiska, które popędziło za mną. Byłoby dobrze, gdyby tylko droga miała tam jakąkolwiek kontynuację, ale urywała się w polu. Wjechało się na ugorującą ziemię, kręcąc na najmniejszych biegach, starając się nie tyle uciekać, co jechać cały czas. W pewnym momencie pies na chwile odszedł ode mnie, a ja ziuu z roweru. Powoli przechodząc przez pole, dotarło się do wału. Wejście na niego i po zrobieniu zdjęcia, dalej na wschód. Obserwowało się jesienni usypiającą roślinność i wody rzeki po prawej.


Wałem w stronę Miączyna. Widok ku NW

Miączyn na wschód od dworku

Na końcu wału jazda wzdłuż ogrodzenia dość nowo pobudowanego domu. Zjazd z wału ma wschód, na drogę wzdłuż odgrodzenie owego domku. Poprzednia droga (którą wędrowało się podczas szkolnych wycieczek) w tamtym miejscu znalazła się na terenie działki owego domu. U krańca nowszej dróżki dojechało się do postawionego, niewielkiego osiedla domków jednorodzinnych. Po powrocie, w internecie udało się dostrzec, że są tam plany ewentualnego postawienia kolejnych domów, bo działki są regularnie podzielone i tylko czekają na chętnych. Póki co, w tym miejscu były chyba jakieś nieużytki, rosły jakieś chwasty, tak jak od dawna tam było. Nawet gdy w podstawówce chodziliśmy w te strony na wycieczki, na ogniska czy inne zajęcia szkolne. Opowiadano na tych wycieczkach, że w tym rejonie znaleziono kiedyś urny z prochami osób, że kamienie, które były w okolicy i stanowiły tam tak jakby murek, były odstrzeliwane uprzednio w kamieniołomach i widoczne były ślady podłużnych wgłębień na bocznej ścianie przynajmniej jednego z nich.


Miączyn SW. Osiedle domków nad Wisła. Widok ku SEE


Miączyn SW. W prawo dojazd do osiedla domków nad Wisłą. Na wprost droga do wyrobiska nad Wisła. Widok ku SSW

Osiedle i wyrobisko nad Wisłą w Miączynie

Dojazd do osiedla i skręt na północ. Jadąc przez nieużytki docierało się do parowy o ponad dwumetrowej głębokości. Dołem chyba biegła jakaś ścieżka lub dróżka. Nie schodziło się w dół, tylko wzdłuż niego na wschód. Wjazd w wysokie chwasty o cienkich łodygach i białych wiechach. Przebrnęło się przez nie do skrzyżowania. Te rozchodziło się w kilka stron. Na północ droga prowadziła na wysoczyznę po utwardzonej nawierzchni. Ku wchodowi biegła droga przez las, łącząc się w pewnym momencie z wcześniejszą. Od zachodu byłą to tylko niby droga, a na południe prowadziła nad Wisłę. Od niej dalej, jadąc po nawierzchni utwardzonej, skręcało się w prawo, tak jak utwardzenie biegło. Można było jechać też prosto w dół, po drodze polnej. Utwardzenie zamieniło się w drogę betonową, z takiej jakby kostki z dziurami, po której nie jechało się za dobrze. Dojechało się nią do jednego z domków. Podjeżdżało się pod bramę i zaraz potem zaczął się spacer wzdłuż ogrodzenia na wschód. Tak dotarło się pod drugi domek, a psy mieszkańców na mnie szczekały hałaśliwie. Stamtąd tak jakby powrót do zjazdu nad Wisłę. Zjazd i przejazd koło piasków, w których jak wieść niesie, przed wielu laty bawiło się dwóch chłopców, kopali w nim, po czym ich przysypało i udusiło.


Miączyn. Kilkadziesiąt lat temu, te zwały ziemi przysypały dwóch chłopaków ze skutkiem śmiertelnym. W tle ściana lasu z parowami. Widok ku NE


Miączyn. Kilkadziesiąt lat temu, te zwały ziemi przysypały dwóch chłopaków ze skutkiem śmiertelnym. Po lewej widoczny jeden z domków osiedla nad Wisłą. Widok ku NW

Parowy w Miączynie

Objechało się to smutne miejsce, wchodząc na jeden z wyższych puntów porośnięty lasem. Od tamtej pory łaziło się po lesie przez dłuższy czas. Wpierw dostrzec można było na górce pozostałości ogniska. Zejście na dół po przeciwnej stronie. Przedzieranie przez krzaki. Ogólnie było tam dość wilgotno i czuć to było po liściach. Zejście do wąwozu, który tym razem miał ponad 5 metrów głębokości. Rozpoczęło się przemieszczanie na północ, aż się dotarło do interesująco wyglądającego skrzyżowania wąwozów. Nie wspinając się w górę, można było wrócić ku Wiśle, udać się ku północy 3-4 trasami lub przemieszczać się na osi wschód-zachód. Padło na ostatnią opcje, tak by się nie cofnąć. Wkrótce potem wyjście z dna i wjazd na drogę, która prowadziła do jakiegoś gospodarstwa.


Miączyn S. Widok ku SW


Miączyńskie parowy nad Wisłą

Okolice drogi powiatowej

Przyszło wreszcie wracać. Wyjazd lichą drogą terenową z błotem, prowadzącą do gruntowej drogi powiatowej przez Miączyn, ale nie dość tego. Zjazd pierwszą, utwardzoną (choć nie asfaltową) drogą po lewej stronie, prowadzącą do osiedla nad Wisłą. Wyjechało się na skrzyżowaniu, wcześniej już opisanym niedaleko osiedla i nieużytków. Wtedy była odwiedzona odnoga W i S, a wjechało się odnogą N. Pozostało więc poznać odnogę ku E - była to dróżka leśna przez błota. Po drodze wypadła mi butelka wody, którą została zabrana na wszelki wypadek, choć woda i tak nie została użyta podczas wyjazdu. Widać było też w błocie tropy jakichś kopytnych. dróżką tą wnet skręciło się ku N, powracając na wspomnianą wyżej utwardzoną drogę w pobliżu skrzyżowania (tego leśnego odcinka z ową utwardzoną drogą, na jej łuku ku N i ku W. Powrót na górę do drogi powiatowej.

Zjazd do skrzyżowania w pobliże piasków (o genezie fluwialnej) u wylotu parowy. Po NE jego stronie stała kapliczka. Ku południu i zachodowi była to właśnie droga powiatowa, a ku północy droga w parowie, prowadząca na wysoczyznę i pola. Na zachód droga, którą pierwszy raz mi się jechało. Mijało się dom przypominający trochę stylem jednorodzinny blok z okresu PRL. Dalej jazda wzdłuż ogrodzenia z siatki metalowej, za którą hasało dużo, dużych psów. Ogrodzenie ciągnęło się przez około 230 metrów, a ku północy podobnie. Blisko ćwierć tego ogrodzonego terenu to las. W rejonie zachodniego ogrodzenie, mniej więcej na osi N-S, granica wsi.

Okolice parowy w pobliżu granicy Wychódźca i Miączyna

Mijało się z jakimiś ludźmi, którzy wózek pchali lub ciągnęli oraz samochód, który z naprzeciwka jechał, mimo że droga to licha była. Jak wkrótce się okazało, była jeszcze gorsza. Stała się drogą tylko polną. Po prawej uprawy truskawek, nieco dalej widoczna zachodnia granica działki z lasem i psami. Po po lewej były drzewa, za nimi zaś duża parowa. Głębsza niż te nad Wisłą. Droga którą się podążało opadła w dół, tworząc niewielką dolinkę. Jednocześnie las był już mniejszy, wielkości kilku drzew, więc można było przejść na sąsiednie pole. Zejście z biegiem dolinki, bo nie chciało mi się wędrować dalej ku N. Trzeba było ominąć wielką kałużę, a w chwilę potem z pola wjechało się na drogę polną, zmierzając znów w stronę Wisły. Po prawej (zachodniej) trochę się teren wznosił, po lewej (wschodniej) wpierw widać było kontynuację dolinki, a nieco dalej już zbocza parowy oraz drzewa po jej wschodniej stronie. Po wschodniej stronie ściany owych drzew przejeżdżało się uprzednio ku N. Ktoś minął mnie ciągnikiem wkrótce po moim zjawieniu się na tej drodze.


Pola w pobliżu granicy (drzewa po prawej) między Wychódźcem i Miączynem. Widok ku N

Wspomnienie

Co ważne, koło tej parowy zdarzyło mi przechodzić w zimę 2007 czy 2008. Poniosło mnie wtedy na pieszą wycieczkę, idąc polami na wysoczyźnie przez ten wąwóz i drzewa, potem w stron nowych osiedli, za którymi dogonił mnie brat, i następnie cały czas już wzdłuż Wisły we dwójkę się szło. Doszliśmy do Miączynka, kilka razy się o mało nie przewróciliśmy na lodzie, goniły nas jakieś psy mniejsze. Przekraczaliśmy wielką Parowę Plebańską i wracaliśmy główną polną trasą miączyńską. Nogi były wtedy od butów nieco uszkodzone. Mama kiedyś opowiadała też, że dawniej chodziła w tych (abstrahując od parowów na granicach wsi) rejonach, gdy robiła jakiś spis bardzo wiele lat wcześniej.

Epilog dnia

W miarę jak się zbliżało do ujścia parowy, poziom drogi i dna się wyrównał. Dno dotychczas raczej bezdrzewne, w końcówce było obrośnięte jakimiś krzewami i może pojedynczymi drzewami. Nosiło też wyraźne oznaki miąższej warstwy materiału fluwialnego, który się tam osadził. Polna droga prowadziła pozornie na czyjeś gospodarstwo. Wywoływało to we mnie obawy, lecz szczęśliwie wyjechało się na asfalt koło domów po E stronie drogi przy zakrętach. Ostatecznie, jadąc już szosą, wróciło się do domu. Droga prowadząca do tej ostatniej parowy od dawna mnie intrygowała, a nigdy wcześniej nie zdarzyło mi się odważyć, aby się tam przejechać rowerem.
Rower:Zielony Dane wycieczki: 9.00 km (0.00 km teren), czas: 00:45 h, avg:12.00 km/h, prędkość maks: 0.00 km/h
Linkuj | Komentuj | Komentarze(0)

Z Zielonki przez Zaborze

Piątek, 19 listopada 2010 | dodano: 01.01.2017Kategoria .2 Osoby, .LSTR, .Samotnie, .Pół nocne, .Z Kasią, .Z Księgowym, .Warszawa, .Wyprawki w okolicy

Na początku słonecznie. Przed wieczorem coraz bardziej pochmurno. W nocy mgła.

Rankiem rowery zostały odpięte w miarę szybko, żeby nikt nas o nic nie pytał. Podeszło się do ryneczku, Kasia pojechała zostawić rower u wujka. Ja w kierunku Ząbek. Przejazd drogą koło kościoła, kanałek i jazda Jagiellońską, a następnie Mazowiecką pod lasem. Przejście na drugą stronę ul. Piłsudskiego i zjazd na leśną drogę. Z niej wjazd w las i jak to bywa w takich sytuacjach – kręcenie się tak, by nie potrafić tego łatwo opisać. Więc szczegóły pominę. Było widoczne, że ten obszar złożony był w przytłaczającej większości z brzóz. Od jednego z głównych traktów krótka dróżka odchodziła do młodnika, od którego jazda prowadziła już na przełaj. Skończyła się na asfalcie w pobliżu torów. Jadąc dalej na zachód, skręt w działki niedaleko leśniczówki, z których trzeba się było wycofać, bo nie chciało mi się jechać w tę stronę, a tworzyła się nadzieja na łatwy przejazd do reszty miasta. Skręt jeszcze w ul. Rychlińskiego, która była remontowana. Stamtąd w ul. Orzeszkowej ku normalnej trasie. Dalej w Batorego i koło szkoły wjazd w uliczko-chodnik, a następnie ulicami Dąbrowskiego i Łąkową jazda koło domów jednorodzinnych, aż do Klamrowej. Skręt w nią z powodu ogrodzenia ogródków działkowych. W tym miejscu widać było jakąś ruinę i ogólnie lekkie zaniedbanie od strony działek. Leninowską dojazd do Działkowej, a trzymając się pobocza udało się dotrzeć do Radzymińskiej.


Las między Ząbkami i Zielonką, ok. 400 m po W stronie DW 631. Widok ku NWW

Kolejny etap lawirowania uliczkami: Kościerska, Ładna, Gniazdowska, Korzystna, Mleczna, Zarębska, Blokowa, Bohuszewiczówny, Mleczna, Warsa, Guliwera, Sawy, Rolanda, Reichera, Drewnowskiego, Rolanda, Gilarska i w końcu Św. Wincentego. Chwilę czekania, nim Kasia dojechała po tym, jak pomyliła autobusy i po czym nastąpił spacer do C. Po niecałej godzinie dojechał na Bródno Księgowy. Z mojej strony nastąpił wtedy wyjazd na skrzyżowanie z Budowlaną, gdzie miał już być i czekać, lecz się pomylił i czekał przy Smoleńskiej, prawie na początku Cmentarza. Poczekawszy chwilę, następnie się ruszyło już we dwie osoby, gadając po trochu. Ścieżkami i chodnikami Budowlanej oraz Chodeckiej. Wiaduktem pieszo-rowerowym przejazd nad Trasą Toruńską i ulicą Ojca Aniceta niejako uciekając przed koparką, którą ostatecznie puściło się przodem. Droga była zbyt wąska, jak na mijające się później auta. Zmieniło się trasę na Zbyszka z Bogdańca, którą dojeżdżało się do Białołęckiej. Pod koniec ulicy Zbyszka mijało się grupkę dzieci, chyba na wycieczce po okolicy. Dwójka, która szła w pewnym oddaleniu od reszty, zachowywała się nieco zwierzęco.


Gilarska między Rolanda i Świętego Wincentego. Widok ku NW

Początek Białołęckiej przejechany poboczem, potem normalnie. Za kanałem jazda ulicą Cieślewskich. W pobliżu aresztu, przed Księgowym (który się wkurzył) przejechał samochód, który zbyt gwałtownie skręcił i się na nas wpychał. Następne ulice to Zegarynki, Pionierów i Ołówkowa, gdzie się postój. Podczas sprawdzania trasy przeze mnie, Księgowy miał lekką scysje z Agą przez telefon, bo się spieszyliśmy w jej stronę. Miał wziąć z Jabłonny pojemnik na jajka, żeby zabrać od rodziny Agi. Nie udało się z powodu niedostatecznej ilości czasu na ten zabieg.

Pojechaliśmy dalej wzdłuż torów kolejowych na północ i skręciliśmy do lasu. Po jakimś czasie wjechaliśmy na betonowe płyty, którymi zdarzyło się jechać rok wcześniej w deszczu i gdzie sprezentowany został kapeć w kole. Ciężka jazda skróciła nam pozostałą odległość no i obyło się bez awarii. Dotarliśmy do drogi na Augustów i znaleźliśmy się na drugiej stronie dzięki pasom dla pieszych, położonych po naszej prawej stronie. Przejechaliśmy Aleją Sybiraków i wjechaliśmy na tereny koło ogrodzenia po lewej stronie. Wyjechaliśmy na chodnik nieco dalej. Gdy od południa pojawił się wyjazd z ulicy, przejechaliśmy na stronę północną, ominęliśmy robotników, którzy wykopywali ziemie przy rurze, co wyglądało tak jakby jeden wrzucał coś z jednej strony, a drugi, oddalony o 5 metrów dalej wybierał to co doleciało. Nie było tak, ale takie można było odnieść wrażenie.

Tyle z właściwej jazdy przez miasto. Przejechało się przez tory, ale nie tam, gdzie znajdował się przejazd, tylko po stronie prawej od zakrętu. Tak jakby nie jechało się wedle biegu drogi, ale prosto przed siebie. Księgowy wszystko starał się zrobić na rowerze, we mnie więcej ostrożności. Potem jechało się na północ, wzdłuż linii kolejowej, po ścieżce wychodzonej czy też wyjeżdżonej. Księgowy wspominał że jeździł tędy w młodości i że jako dziecko na tej linii wsiadał ze znajomymi, na wolno sunący pociąg towarowy i tak jeździli kilkaset metrów, po czym wyskakiwali. Najpierw wywalali rowery do „strefy zrzutu”, a później sami opuszczali maszyną. Raz się okazało, że pociąg ich wyrolował i pojechali dalej niżby chcieli.

Droga biegła po raczej pustym terenie, z rzadka porośniętym krzakami czy pojedynczymi drzewami. Po lewej były domy, w pewien sposób odgradzające się od torów, bardziej poprzez sposób zabudowania niż budowę ogrodzeń. Gdy za bardzo się zbliżyło do drogi, pojawiło się terenowe skrzyżowanie i skręt w prawo. Mijało się „strefę zrzutu” i wjeżdżało do małego lasu. Jadąc wzdłuż południowej krawędzi wewnątrz lasu, oddalało się od torów. Wyjazd na szuter i znów rozpoczęło się zbliżanie do torów, ale już ich nie było widać. Droga nieco się wzniosła, nim się wyjechało na główną w Łajskach. Skręt w lewo i dojazd do ronda, gdzie kiedyś Kowal, w czasie okrążania go, przytarł pedałem o krawędź albo asfalt, aż iskry poszły.

Kurs na północ, a przed torami skręt w lewo. Jechało się po niemal pustych obszarach w stronę Narwi. Minęło nas tylko kilka aut, mimo że teoretycznie nie powinni się tam poruszać, bo była to droga techniczna dla pojazdów zmechanizowanych. Przecięło się odcinek NDM – Wieliszew, lądując w pobliżu wodociągów. Skręt w lewo, a gdy skończyło się ogrodzenie, nastała dłuższa przerwa. Adam gada i jje. Ja słucham i jem. Po przerwie wjazd w las i tak dojechało się do domków działkowych nad zalewem, a nieco dalej do plaży i wału, którym pojechało się na zachód, przeciwnie do niegdysiejszej trasy Mazovii 24h.

Wyjazd na zaporę w Dębę i prosto na Nasielsk. Za lasem skręt na Nunę. Zaczął się etap wiejski, wprost do celu prowadzący, tak jak poprzednio na wiosnę podczas w Wielkanocy. Dojechało się tam już po zmroku około 16:30. Poczęstowano nas kotletami z ogórkami i ziemniakami. Z godzinę przesiedziało się, jeśli nie więcej. Wyjazd w księżycową już noc i jazda w stronę w Wkry, jak na wiosnę, ale bez zjeżdżania na dół, tylko od razu na południe wzdłuż rzeki. Droga był szutrowa albo kałużowa, z ewentualnymi kamieniami. Była to jazda bez świateł lampek, z powodu względnej jasności nieba. Dojazd do Goławic, gdzie nastąpiło rozstanie. Powiodło mnie na drugi brzegu Wkry, a przejeżdżając nad nią, nieco mnie wyziębiło. Po drugiej stronie skręt ku południu. Jechało się prawie w kompletnych ciemnościach, nie licząc księżyca i miejscami stojących lamp, jeśli była akurat jakaś wioska. Mijało się oświetlony ośrodek turystyczny. Gdy droga zmieniła bieg na wschód, przyszła pora na przerwę przy skrzyżowaniu. Byłą tam mała ruina, ale tylko powierzchowne zerknięcie i nawrót. Skrzyżowanie składało się z asfaltowej drogi od strony rzeki i terenowych od południa i zachodu. Skręt w ten pierwszy. Była to trasa opadająca w dół, ale z taką obfitością kałuż, że spadło moje dość szybkie dotychczas tempo.

Pierwszy etap był bezludny całej okazałości. W oddali, po lewej i po prawej był las, a między nimi i drogą tylko pola. Las po prawej był położony wyżej, a w lewo teren opadał. Płożyła się też obficie mgła. Sprawiało to niesamowite wrażenie w księżycowym blasku. Drugi etap ciągnął się wzdłuż domów, raz drogą szutrową, raz asfaltową. Kolejny był znów względnie pusty – jazda wzdłuż granicy pól wielkiego gospodarstwa. Wyprowadziło mnie do czegoś wyglądającego na kanał, ale nie było mi wiadome, czy coś tam płynęło. Było tam za to dużo śmieci wyrzuconych przy przejeździe. Po drugiej stronie znajdowała się ogromna kałuża, w którą prawie nastąpiło przewrócenie. W powietrzu unosił się fetor. Może dlatego nazywają ten obszar „Odpadki”.

Wyjazd na drogę do Zakroczymia, na której co chwila się trzeba było stawać. Zjazd z niej na trasę wzdłuż DK 7, tę przekraczając wiaduktem bardziej północnym. Dalej wzdłuż 7, kierując się w stronę Kroczewa, ale skręt w pierwszą w lewo i prawie polna drogą wyprowadzając mnie bliżej Trębek. Tam nastąpiło pewne zwątpienie w siły - nie wiedząc czy dojadę do domu, czy może tata gdzieś przejedzie (jak się okazało nieco wcześniej faktycznie przejeżdżał), ale ostatecznie udało się dojechać po nieszczęsnej DK 62. Koniec jak zwykle przez Miączyn.
Rower:Zielony Dane wycieczki: 98.50 km (22.00 km teren), czas: 07:00 h, avg:14.07 km/h, prędkość maks: 0.00 km/h
Linkuj | Komentuj | Komentarze(0)

Do Zielonki przez Warszawę

Czwartek, 18 listopada 2010 | dodano: 01.01.2017Kategoria .Samotnie, .Zwykłe przejażdżki, .Pół nocne, .Z Kasią, .Z rodziną, .Warszawa

Pochmurno, mżawka, zimno. Wieczorem sucho. Opad ponownie przed północą.

Pobudka dość późno, za oknem szara pogoda. Przygotowało się kanapki na śniadanie, trochę herbaty i skromne zapasy powędrowały do sakw. Ze wszystkim do forda, by przed 12 wysiąść pod koniec Modlina. Chwilę trwało nim się udało załadować wszystko na rowery. Przejazd przez oba mosty. Nad rzeką unosiła się mgła, albo to opad był tak drobny, że zdawał się być chmurą. W taką pogodę dojechało się do Czosnowa, gdzie wjechało się w ślepą dróżkę po prawej, która rozbiegała się na kilka odnóg. Dopóki tam nie powstała S7, dróżkami tymi można się byłoby wydostać, ale współcześnie trzeba było zawrócić.

Dojazd do DK7 i przejazd na drugą stronę. Jechało się drogą biegnącą wzdłuż tej trasy. W okolicach za Intercars'em, gdzie droga była dawniej poszarpana dziurami, teraz pokryta była grubą warstwą, jakby mocno ubitej ziemi z żużlem albo innym paskudztwem. Tam gdzie koła aut wyjeździły teren było płasko, a tam gdzie nie, to pozostała taka tarka, jaka zostaje na szutrze po przejeździe równiarka do dróg. Potem było na szczęście lepiej. W Łomiankach jechało się dalej, równoległą do krajówki, aż do skrzyżowania z Wydmową, z której po kilkunastu metrach wjechało się w Dolną. Na skrzyżowaniu za nami trwały jakieś roboty drogowe, więc żadne auta nam nie przeszkadzały. Potem wjazd w wątpliwej jakości ulicę Stary Tor, gdzie dziury i kałuże skutecznie nas spowolniły. Ulicą Pancerz powrót do DK7. Jadąc poboczem wjechało się do Warszawy. Potem skręt w prawo, w Heroldów i trasą koło Huty do metra.

Wyjście na stacji Ratusz Arsenał i chodnikiem przy Solidarności, dojechało się do muzeum Niepodległości. Tam przejazd na drugą stronę i dalej Bielańską, przez Plac Piłsudskiego, po czym wjazd boczną bramą na wydział. Tam ćwiczenia, na które nastąpiło spóźnienie o kilka minut, a trwały od 15 do 18. Po skończonych zajęciach w stronę Placu Zamkowego. Skręt w Miodową i zaraz potem w stronę teatru. Niebawem w prawo i zjazd na Trasę W-Z. Przejazd pod Zamkowym Placem, wjazd na chodnik za przystankami i dalej Radzymińską, którą było nieco ciężko jechać, trudno się zgrać z drogą. Za wiaduktem kolejowym skręt w prawo i po kilku kolejnych, trudnych manewrach, przejechało się ulicą Księcia Ziemowita, przechodzącą w Swojską, na końcu której się odbyła przerwa. Chwilę potem jechało się Janowiecką w prawie kompletnych ciemnościach, mijając kolejne działki o wątłej renomie.

Ostatecznie dojechało się do Ząbek na ulicy Warszawskiej. Zjazd w Chełmżyńską, a potem były kolejno: Szwolażerów, Kołłątaja, Sikorskiego. W związku z przebudowami dróg pod lasem: w Sosnową, Okrzei, Zieleniecka, znów Szwoleżerów i prosto do końca Ząbek. Trwała potem jazda ciemnym poboczem ul. Piłsudskiego do najbliższego zjazdu w prawo. Wśród latarni o pomarańczowym blasku przecinało się tereny zakładowe i dojeżdżało do torów kolejowych, do tego samego miejsca, gdzie zimą wyszło się na światło po nocnej wędrówce w lesie. Wyniosło nas do Zielonki Bankowej. Dalej Waryńskiego i Chopina na północ, potem Kopernika i Skargi. Rowery zostały przypięte do ogrodzenia plebanii, jako że tam byłyby chyba najbezpieczniejsze. Nim to się stało, przyjechał jeden z księży i trwało zwlekanie, aż nie zniknął z horyzontu.
Rower:Zielony Dane wycieczki: 48.00 km (0.00 km teren), czas: 04:00 h, avg:12.00 km/h, prędkość maks: 0.00 km/h
Linkuj | Komentuj | Komentarze(0)