Wpisy archiwalne w kategorii
.Zwykłe przejażdżki
| Dystans całkowity: | 9571.66 km (w terenie 1967.40 km; 20.55%) |
| Czas w ruchu: | 653:56 |
| Średnia prędkość: | 14.48 km/h |
| Maksymalna prędkość: | 60.60 km/h |
| Suma podjazdów: | 850 m |
| Suma kalorii: | 15107 kcal |
| Liczba aktywności: | 555 |
| Średnio na aktywność: | 17.25 km i 1h 10m |
| Więcej statystyk | |
Przejażdżka - Z awarią w tle
Piątek, 17 grudnia 2010 | dodano: 01.01.2017Kategoria .2 Osoby, .LSTR, .Zwykłe przejażdżki, .Z Księgowym, .Z rodziną
Słonecznie, mroźno. Mało chmur, wiatr silny ze wschodu.
Pobudka po 9 rano. W necie odszukany przepis na banany w cieście. Przygotowanych zostało z kilkanaście, może zbyt spieczonych, ale jednak jadalnych. Na dworzu za oknem przyświecało słońce, a niebo było nieznacznie tylko zachmurzone. Trochę siedzenia w internecie. Około 11:30 ruszyliśmy z tatą do Modlina. Tam wkrótce mnie wysadził i odjechał, a mi zostało oczekiwać na przyjazd Księgowego. Z początku trwało to po zachodniej stronie ronda, potem przenosząc się na jego część wschodnią. Minęło może z 15 minut i w oddali mostu pojawił się rower. Tak, tym razem to Księgowy. 5 minut wcześniej inny jechał, o czym można było przekonać się dopiero, gdy ten zbliżył się na odległość kilku metrów.

NDM. Księgowy przybywa mostem do Modlin. Widok ku SSW
Krótkie powitanie i pogawędka toczyły się na poboczu ronda. Po kilku minutach i lekkim usprawnieniu hamulca przedniego ruszyliśmy w drogę zaproponowaną przez Księgowego, a więc wzdłuż skarpy. Właściwie on ruszył, a mój rower się stoczył. Niby jedzie, ja kręcę korbą, koło się toczy, ale coś nie gra, nie czuję oporów. Dojechało się na wypłaszczenie i można było sobie pokręcić, a rower stał w miejscu. Coś się stało w okolicach tylnych zębatek. Razem udaliśmy się pieszo w drogę powrotną, przeszliśmy most i ruszyliśmy w stronę targowiska. Schodząc w dół, obserwowaliśmy jak niektórzy zmotoryzowani mieli problemy z wydostaniem się po nieco oblodzonej drodze, co wymagało pewnego pchnięcia z ich strony. Obeszliśmy targowisko od północy, tam gdzie były garaże.
Zawitaliśmy do serwisu w dużym budynku, gdzie jeden obsługi stwierdził, że to trzeba nowe koło albo zaplatać, a i tak nie może, bo jednego ich kolegi od napraw nie było. Skierowaliśmy się do pobliskiego serwisu prowadzonego przez jednego człowieka, całkiem w porządku. U niego została kupiona DELTA brata w roku 2005. Moja była w Jabłonnie tego samego roku, tylko kilka miesięcy wcześniej.
W serwisie poczekaliśmy, pogadaliśmy i tam okazało się, że jest wyjście z tej sytuacji. Facet poszukał i znalazł pasującą część, trochę podłubał i gotowe. Przy okazji okazało się, że kojarzy Księgowego z jakichś zawodów czy innej imprezy.
Za całość zapłaciło się 40 zł, przy okazji ogrzewając się trochę. Gdy wyszliśmy i ruszyliśmy, Księgowemu przemarzały trochę palce u stóp. Trzeba było jeszcze trochę poprawić łańcuch, który był na biegu omykającym i pojechaliśmy przez targowisko, które zdążyło opustoszeć. Udało się nam podjechać tam, gdzie niektóre auta wymiękały i przejechaliśmy most. Dotarliśmy do punktu wyjścia. Ruszyliśmy wzdłuż skarpy podziwiając pokryty śniegiem taras zalewowy. Szczególnie miłe dla oka okazały się zarośla trzcin, które, choć suche i martwe, wspaniale wyróżniały się swą jasnobrązową barwą na tle śniegu.
Minęliśmy szkołę i wyjeżdżające z pobliskiej bramy auto, które z kolei wyminęło nas na podjeździe, przy którym trzeba było zsiąść i podejść. Księgowemu się udało. Ledwo ruszyliśmy, ujechało się może 500 metrów i druga tragedia. Pękła śrubka trzymająca siodełko. W rezultacie metal pouciekał na na śniegu. Ciekawe? Niespotykane? Śmiać mi się chciało. Ruszyliśmy z powrotem na skarpę i pojechaliśmy w stronę dworca PKP, a ściślej kładki nad torami, bo dworzec stał w remoncie. Po dotarciu tam, siodełko zostało położone na ramie, po czym rozpoczęło się przebieranie nogami jak kaczka. Kolana wysoko i do przodu, niewielka rozpiętość nóg i męcząco ogólnie, ale dawało radę jechać. Nie było sensu kontynuować wyjazdu.
Na kładce udało się przypiąć siodełko zipami do ramy tak, żeby tylko się trzymało. Księgowy wypróbował patent i po chwili przełamaliśmy się mikołajem. Sprawdził jeszcze rozkład i gdy okazało się, że pociąg będzie za godzinę, po krótkim namyśle ruszyliśmy znowu w stronę mostu. Przy końcu kładki spotkaliśmy jakąś babcię, którą mijaliśmy, gdy dotarliśmy do tego miejsca pół godziny wcześniej. Wtedy pytał ją o pociąg. Gdy teraz ona się zainteresowała, wyjaśnił jej, że długo by czekać na niego, więc jedziemy. Rozstaliśmy się przy wjeździe na most. Przez moment Księgowy zastanawiał się, czemu nie jadę w stronę Nowego Dworu, bo mu się coś geograficznie pomyliło.
Z początku pieszo, a jazda zaczęła się dopiero za murami twierdzy. Nieco ośnieżone drogi, zaprowadziły mnie do Zakroczymia, ale nie wjeżdżając do centrum, tylko wyjeżdżając na DK62 w okolicach stacji benzynowych. Tam ciężko było się przemieszczać, po do końca nieodśnieżonym pasie serwisowym. Za głównym skrzyżowaniem było już nieco lepiej. Zatrzymał się w pobliżu skrętu na Duchowiznę. TIR na środku drogi (były tam trzy pasy w sumie), a na bocznej drodze stał samochód, który miał jakieś problemy. Gdy weszło się w boczną, nastąpił telefon do domu, a w tym samym czasie rower mi się poślizgnął na lodzie.

Zakroczym (Duchowizna). DK 62 przy skrzyżowaniu, ze skrótem do Henrysina. Widok ku NNW
Przejazd przez las. Wjazd do Henrysina, potem Trębki. Zacinał silny mroźny wiatr. Uda mi przemarzały. Wyjazd na DK 62. Albo pieszo, albo jadąc poboczem, które było na szczęście dość dobrze zrównane, więc nie sprawiało większych trudności. Skróciło się drogę przez Miączyn, skąd po kilkunastu minutach wreszcie udało się znaleźć się w domu. Powoli udało się rozmarznąć. Ogólnie to było poniżej -10 stopni, a wiatr ze wschodu. Uda były już całe czerwone, a rower znalazł się w garażu.
Rower:Zielony
Dane wycieczki:
32.00 km (0.00 km teren), czas: 02:30 h, avg:12.80 km/h,
prędkość maks: 0.00 km/hPrzejażdżka - Porażka
Czwartek, 25 listopada 2010 | dodano: 01.01.2017Kategoria .Samotnie, .Zwykłe przejażdżki, .Z Kasią, .Z rodziną
Pochmurno i zimno. Pobutka rano, ale mimo to zbyt późno. Zamiarem moim było dotrzeć na ćwiczenia czwartkowe, chcąc tam dotrzeć rowerem. Zamiar się nie powiódł. Pół godziny upłynęło jadąc pod wiatr, aby dotrzeć do miączyńskiego podjazdu i wtedy przypomniało mi się, że nie została zabrana jakaś ważna rzecz. Wkurzyło mnie to. Powrót do domu nieco szybciej, z wiatrem i upływającym czasem. Z szcunków - minimalna szansa, by dotrzeć rowerem na czas, ale też chyba tylko wtedy, jakby była ładna pogoda, a rower sprawny w pełni. Wyprawa nie wypaliła. Z tatą do Zakroczymia, w pościg za autobusem. Poranne wydarzenia odcisnęły piętno na nastroju tego dnia, a na zajęcia i tak się nieco spóźniło. Wieczorem kręgle ze znajomymi Kasi.
Rower:Zielony
Dane wycieczki:
3.45 km (0.00 km teren), czas: 00:20 h, avg:10.35 km/h,
prędkość maks: 0.00 km/hPrzejażdżka - Miączyńskie wąwozy
Niedziela, 21 listopada 2010 | dodano: 01.01.2017Kategoria .Samotnie, .Zwykłe przejażdżki
Początek dnia
Pogodnie i przyjaźnie. Mało chmur. Po wstaniu, siedziałam przy kompie, jak zwykle w jesienno-zimowej porze. Grzebiąc w internecie, danych i innych sprawach, przyszło na myśl, że warto byłoby się wybrać gdzieś na chwilę. Słońce przyświecało, ale mi się nie chciało wyjść. Księgowy gdzieś z Agą jechali daleko, jak mi oznajmił poprzedniego wieczoru. Informacja ta nie wywarła silnego efektu, ale tak mnie natchnęło, że jednak też się ruszę na rower. Raczej nie wydawało mi się, że pojadę bardzo daleko, więc po prostu miały mnie ponieść koła. Nie było zupełnie pomysłu dokąd się udać (co nie było niczym nowym - zwykle preferowane było przez mnie spontaniczne wybieranie dróg podczas jazdy). Padło na to, by jechać wpierw w stronę Wisły.
DW 565. Widok ku NNW
Nad Wisłą
Przejazd przez całą dzielącą mnie od niej odległość, ale nie wyjeżdżając wprost z asfaltu, tylko skręcając w lewo, by przejechać przez drogę z kilkoma domkami nad Wisła, znajdującymi się zaraz za wałami. No i tam spotkała mnie niespodzianka w postaci wielkiego psiska, które popędziło za mną. Byłoby dobrze, gdyby tylko droga miała tam jakąkolwiek kontynuację, ale urywała się w polu. Wjechało się na ugorującą ziemię, kręcąc na najmniejszych biegach, starając się nie tyle uciekać, co jechać cały czas. W pewnym momencie pies na chwile odszedł ode mnie, a ja ziuu z roweru. Powoli przechodząc przez pole, dotarło się do wału. Wejście na niego i po zrobieniu zdjęcia, dalej na wschód. Obserwowało się jesienni usypiającą roślinność i wody rzeki po prawej.
Wałem w stronę Miączyna. Widok ku NW
Miączyn na wschód od dworku
Na końcu wału jazda wzdłuż ogrodzenia dość nowo pobudowanego domu. Zjazd z wału ma wschód, na drogę wzdłuż odgrodzenie owego domku. Poprzednia droga (którą wędrowało się podczas szkolnych wycieczek) w tamtym miejscu znalazła się na terenie działki owego domu. U krańca nowszej dróżki dojechało się do postawionego, niewielkiego osiedla domków jednorodzinnych. Po powrocie, w internecie udało się dostrzec, że są tam plany ewentualnego postawienia kolejnych domów, bo działki są regularnie podzielone i tylko czekają na chętnych. Póki co, w tym miejscu były chyba jakieś nieużytki, rosły jakieś chwasty, tak jak od dawna tam było. Nawet gdy w podstawówce chodziliśmy w te strony na wycieczki, na ogniska czy inne zajęcia szkolne. Opowiadano na tych wycieczkach, że w tym rejonie znaleziono kiedyś urny z prochami osób, że kamienie, które były w okolicy i stanowiły tam tak jakby murek, były odstrzeliwane uprzednio w kamieniołomach i widoczne były ślady podłużnych wgłębień na bocznej ścianie przynajmniej jednego z nich.
Miączyn SW. Osiedle domków nad Wisła. Widok ku SEE

Miączyn SW. W prawo dojazd do osiedla domków nad Wisłą. Na wprost droga do wyrobiska nad Wisła. Widok ku SSW
Osiedle i wyrobisko nad Wisłą w Miączynie
Dojazd do osiedla i skręt na północ. Jadąc przez nieużytki docierało się do parowy o ponad dwumetrowej głębokości. Dołem chyba biegła jakaś ścieżka lub dróżka. Nie schodziło się w dół, tylko wzdłuż niego na wschód. Wjazd w wysokie chwasty o cienkich łodygach i białych wiechach. Przebrnęło się przez nie do skrzyżowania. Te rozchodziło się w kilka stron. Na północ droga prowadziła na wysoczyznę po utwardzonej nawierzchni. Ku wchodowi biegła droga przez las, łącząc się w pewnym momencie z wcześniejszą. Od zachodu byłą to tylko niby droga, a na południe prowadziła nad Wisłę. Od niej dalej, jadąc po nawierzchni utwardzonej, skręcało się w prawo, tak jak utwardzenie biegło. Można było jechać też prosto w dół, po drodze polnej. Utwardzenie zamieniło się w drogę betonową, z takiej jakby kostki z dziurami, po której nie jechało się za dobrze. Dojechało się nią do jednego z domków. Podjeżdżało się pod bramę i zaraz potem zaczął się spacer wzdłuż ogrodzenia na wschód. Tak dotarło się pod drugi domek, a psy mieszkańców na mnie szczekały hałaśliwie. Stamtąd tak jakby powrót do zjazdu nad Wisłę. Zjazd i przejazd koło piasków, w których jak wieść niesie, przed wielu laty bawiło się dwóch chłopców, kopali w nim, po czym ich przysypało i udusiło.
Miączyn. Kilkadziesiąt lat temu, te zwały ziemi przysypały dwóch chłopaków ze skutkiem śmiertelnym. W tle ściana lasu z parowami. Widok ku NE

Miączyn. Kilkadziesiąt lat temu, te zwały ziemi przysypały dwóch chłopaków ze skutkiem śmiertelnym. Po lewej widoczny jeden z domków osiedla nad Wisłą. Widok ku NW
Parowy w Miączynie
Objechało się to smutne miejsce, wchodząc na jeden z wyższych puntów porośnięty lasem. Od tamtej pory łaziło się po lesie przez dłuższy czas. Wpierw dostrzec można było na górce pozostałości ogniska. Zejście na dół po przeciwnej stronie. Przedzieranie przez krzaki. Ogólnie było tam dość wilgotno i czuć to było po liściach. Zejście do wąwozu, który tym razem miał ponad 5 metrów głębokości. Rozpoczęło się przemieszczanie na północ, aż się dotarło do interesująco wyglądającego skrzyżowania wąwozów. Nie wspinając się w górę, można było wrócić ku Wiśle, udać się ku północy 3-4 trasami lub przemieszczać się na osi wschód-zachód. Padło na ostatnią opcje, tak by się nie cofnąć. Wkrótce potem wyjście z dna i wjazd na drogę, która prowadziła do jakiegoś gospodarstwa.
Miączyn S. Widok ku SW

Miączyńskie parowy nad Wisłą
Okolice drogi powiatowej
Przyszło wreszcie wracać. Wyjazd lichą drogą terenową z błotem, prowadzącą do gruntowej drogi powiatowej przez Miączyn, ale nie dość tego. Zjazd pierwszą, utwardzoną (choć nie asfaltową) drogą po lewej stronie, prowadzącą do osiedla nad Wisłą. Wyjechało się na skrzyżowaniu, wcześniej już opisanym niedaleko osiedla i nieużytków. Wtedy była odwiedzona odnoga W i S, a wjechało się odnogą N. Pozostało więc poznać odnogę ku E - była to dróżka leśna przez błota. Po drodze wypadła mi butelka wody, którą została zabrana na wszelki wypadek, choć woda i tak nie została użyta podczas wyjazdu. Widać było też w błocie tropy jakichś kopytnych. dróżką tą wnet skręciło się ku N, powracając na wspomnianą wyżej utwardzoną drogę w pobliżu skrzyżowania (tego leśnego odcinka z ową utwardzoną drogą, na jej łuku ku N i ku W. Powrót na górę do drogi powiatowej.Zjazd do skrzyżowania w pobliże piasków (o genezie fluwialnej) u wylotu parowy. Po NE jego stronie stała kapliczka. Ku południu i zachodowi była to właśnie droga powiatowa, a ku północy droga w parowie, prowadząca na wysoczyznę i pola. Na zachód droga, którą pierwszy raz mi się jechało. Mijało się dom przypominający trochę stylem jednorodzinny blok z okresu PRL. Dalej jazda wzdłuż ogrodzenia z siatki metalowej, za którą hasało dużo, dużych psów. Ogrodzenie ciągnęło się przez około 230 metrów, a ku północy podobnie. Blisko ćwierć tego ogrodzonego terenu to las. W rejonie zachodniego ogrodzenie, mniej więcej na osi N-S, granica wsi.
Okolice parowy w pobliżu granicy Wychódźca i Miączyna
Mijało się z jakimiś ludźmi, którzy wózek pchali lub ciągnęli oraz samochód, który z naprzeciwka jechał, mimo że droga to licha była. Jak wkrótce się okazało, była jeszcze gorsza. Stała się drogą tylko polną. Po prawej uprawy truskawek, nieco dalej widoczna zachodnia granica działki z lasem i psami. Po po lewej były drzewa, za nimi zaś duża parowa. Głębsza niż te nad Wisłą. Droga którą się podążało opadła w dół, tworząc niewielką dolinkę. Jednocześnie las był już mniejszy, wielkości kilku drzew, więc można było przejść na sąsiednie pole. Zejście z biegiem dolinki, bo nie chciało mi się wędrować dalej ku N. Trzeba było ominąć wielką kałużę, a w chwilę potem z pola wjechało się na drogę polną, zmierzając znów w stronę Wisły. Po prawej (zachodniej) trochę się teren wznosił, po lewej (wschodniej) wpierw widać było kontynuację dolinki, a nieco dalej już zbocza parowy oraz drzewa po jej wschodniej stronie. Po wschodniej stronie ściany owych drzew przejeżdżało się uprzednio ku N. Ktoś minął mnie ciągnikiem wkrótce po moim zjawieniu się na tej drodze.
Pola w pobliżu granicy (drzewa po prawej) między Wychódźcem i Miączynem. Widok ku N
Wspomnienie
Co ważne, koło tej parowy zdarzyło mi przechodzić w zimę 2007 czy 2008. Poniosło mnie wtedy na pieszą wycieczkę, idąc polami na wysoczyźnie przez ten wąwóz i drzewa, potem w stron nowych osiedli, za którymi dogonił mnie brat, i następnie cały czas już wzdłuż Wisły we dwójkę się szło. Doszliśmy do Miączynka, kilka razy się o mało nie przewróciliśmy na lodzie, goniły nas jakieś psy mniejsze. Przekraczaliśmy wielką Parowę Plebańską i wracaliśmy główną polną trasą miączyńską. Nogi były wtedy od butów nieco uszkodzone. Mama kiedyś opowiadała też, że dawniej chodziła w tych (abstrahując od parowów na granicach wsi) rejonach, gdy robiła jakiś spis bardzo wiele lat wcześniej.Epilog dnia
W miarę jak się zbliżało do ujścia parowy, poziom drogi i dna się wyrównał. Dno dotychczas raczej bezdrzewne, w końcówce było obrośnięte jakimiś krzewami i może pojedynczymi drzewami. Nosiło też wyraźne oznaki miąższej warstwy materiału fluwialnego, który się tam osadził. Polna droga prowadziła pozornie na czyjeś gospodarstwo. Wywoływało to we mnie obawy, lecz szczęśliwie wyjechało się na asfalt koło domów po E stronie drogi przy zakrętach. Ostatecznie, jadąc już szosą, wróciło się do domu. Droga prowadząca do tej ostatniej parowy od dawna mnie intrygowała, a nigdy wcześniej nie zdarzyło mi się odważyć, aby się tam przejechać rowerem.Rower:Zielony
Dane wycieczki:
9.00 km (0.00 km teren), czas: 00:45 h, avg:12.00 km/h,
prędkość maks: 0.00 km/hDo Zielonki przez Warszawę
Czwartek, 18 listopada 2010 | dodano: 01.01.2017Kategoria .Samotnie, .Zwykłe przejażdżki, .Pół nocne, .Z Kasią, .Z rodziną, .Warszawa
Pochmurno, mżawka, zimno. Wieczorem sucho. Opad ponownie przed północą.
Pobudka dość późno, za oknem szara pogoda. Przygotowało się kanapki na śniadanie, trochę herbaty i skromne zapasy powędrowały do sakw. Ze wszystkim do forda, by przed 12 wysiąść pod koniec Modlina. Chwilę trwało nim się udało załadować wszystko na rowery. Przejazd przez oba mosty. Nad rzeką unosiła się mgła, albo to opad był tak drobny, że zdawał się być chmurą. W taką pogodę dojechało się do Czosnowa, gdzie wjechało się w ślepą dróżkę po prawej, która rozbiegała się na kilka odnóg. Dopóki tam nie powstała S7, dróżkami tymi można się byłoby wydostać, ale współcześnie trzeba było zawrócić.
Dojazd do DK7 i przejazd na drugą stronę. Jechało się drogą biegnącą wzdłuż tej trasy. W okolicach za Intercars'em, gdzie droga była dawniej poszarpana dziurami, teraz pokryta była grubą warstwą, jakby mocno ubitej ziemi z żużlem albo innym paskudztwem. Tam gdzie koła aut wyjeździły teren było płasko, a tam gdzie nie, to pozostała taka tarka, jaka zostaje na szutrze po przejeździe równiarka do dróg. Potem było na szczęście lepiej. W Łomiankach jechało się dalej, równoległą do krajówki, aż do skrzyżowania z Wydmową, z której po kilkunastu metrach wjechało się w Dolną. Na skrzyżowaniu za nami trwały jakieś roboty drogowe, więc żadne auta nam nie przeszkadzały. Potem wjazd w wątpliwej jakości ulicę Stary Tor, gdzie dziury i kałuże skutecznie nas spowolniły. Ulicą Pancerz powrót do DK7. Jadąc poboczem wjechało się do Warszawy. Potem skręt w prawo, w Heroldów i trasą koło Huty do metra.
Wyjście na stacji Ratusz Arsenał i chodnikiem przy Solidarności, dojechało się do muzeum Niepodległości. Tam przejazd na drugą stronę i dalej Bielańską, przez Plac Piłsudskiego, po czym wjazd boczną bramą na wydział. Tam ćwiczenia, na które nastąpiło spóźnienie o kilka minut, a trwały od 15 do 18. Po skończonych zajęciach w stronę Placu Zamkowego. Skręt w Miodową i zaraz potem w stronę teatru. Niebawem w prawo i zjazd na Trasę W-Z. Przejazd pod Zamkowym Placem, wjazd na chodnik za przystankami i dalej Radzymińską, którą było nieco ciężko jechać, trudno się zgrać z drogą. Za wiaduktem kolejowym skręt w prawo i po kilku kolejnych, trudnych manewrach, przejechało się ulicą Księcia Ziemowita, przechodzącą w Swojską, na końcu której się odbyła przerwa. Chwilę potem jechało się Janowiecką w prawie kompletnych ciemnościach, mijając kolejne działki o wątłej renomie.
Ostatecznie dojechało się do Ząbek na ulicy Warszawskiej. Zjazd w Chełmżyńską, a potem były kolejno: Szwolażerów, Kołłątaja, Sikorskiego. W związku z przebudowami dróg pod lasem: w Sosnową, Okrzei, Zieleniecka, znów Szwoleżerów i prosto do końca Ząbek. Trwała potem jazda ciemnym poboczem ul. Piłsudskiego do najbliższego zjazdu w prawo. Wśród latarni o pomarańczowym blasku przecinało się tereny zakładowe i dojeżdżało do torów kolejowych, do tego samego miejsca, gdzie zimą wyszło się na światło po nocnej wędrówce w lesie. Wyniosło nas do Zielonki Bankowej. Dalej Waryńskiego i Chopina na północ, potem Kopernika i Skargi. Rowery zostały przypięte do ogrodzenia plebanii, jako że tam byłyby chyba najbezpieczniejsze. Nim to się stało, przyjechał jeden z księży i trwało zwlekanie, aż nie zniknął z horyzontu.
Rower:Zielony
Dane wycieczki:
48.00 km (0.00 km teren), czas: 04:00 h, avg:12.00 km/h,
prędkość maks: 0.00 km/hPole
Niedziela, 24 października 2010 | dodano: 01.01.2017Kategoria .Samotnie, .Zwykłe przejażdżki, .Z rodziną
Rowerem wieczorem na drugie pole, gdzie standardowa o tej porze roku praca. Powrót po zmroku. Powrót przez asfalt przy parowie. Dziś było nas ciut więcej.
Rower:Zielony
Dane wycieczki:
1.00 km (0.00 km teren), czas: 00:05 h, avg:12.00 km/h,
prędkość maks: 0.00 km/hPole
Sobota, 23 października 2010 | dodano: 01.01.2017Kategoria .Samotnie, .Zwykłe przejażdżki, .Z rodziną
Rowerem wieczorem na drugie pole, gdzie standardowa o tej porze roku praca. Powrót po zmroku. Powrót przez asfalt przy parowie.
Rower:Zielony
Dane wycieczki:
1.00 km (0.00 km teren), czas: 00:05 h, avg:12.00 km/h,
prędkość maks: 0.00 km/hWarszawa - Przez Palmiry
Środa, 20 października 2010 | dodano: 01.01.2017Kategoria .Samotnie, .Zwykłe przejażdżki, .Pół nocne, .Z rodziną, .Warszawa
Chłodnawo i pochmurnie. W nocy piękny księżyc, przeświecający przez chmury. Pod koniec podróży niewielki opad.
Po zajęciach rowerem do metra. Wyjście na Marymoncie, a dalej do Nocznickiego. Skręt w Rokokową, aż do przejazdu kolejowego. W tym miejscu ulica skręcała, ale można było pojechać dalej prosto, co mnie nęciło ile razy nią się jechało. Teraz nadeszła na to pora, więc się po prostu ruszyło. Jakościowo słaba i mało używana. Ciągnęła się wzdłuż chaszczy. Domy były po lewej stronie, w odległości około ćwierć kilometra. Ciekawie było spojrzeć na ul. Radiową z tej perspektywy. Droga dotarła do budynku, w którym ktoś chyba pilnował porządku na torach. W każdym razie ktoś tam był i auto stało. Droga w tym miejscu skręciła do tego budynku, a dalej straciła resztki utwardzenia.

Końcowy odcinek linii nr 938 Warszawa Jelonki – Radiowo. Widok ku N

Końcowy odcinek linii nr 938 Warszawa Jelonki – Radiowo. Widok ku SEE
Dalsza jazda przyniosła niespodziankę. Po drugiej stronie torów stał opuszczony budynek, więc warto było wybrać się na rekonesans. Trwało to tak krótko, jak mały był budynek. Piętrowy, bez szyb, z piwnicą. Albo warsztat, albo też coś z kolejami, bo bezpośrednio przy torach stało. Z góry rozciągał się lepszy widok na okolicę. Dalej na zachód. Droga polna, miejscami gruz. Mijało się coś na kształt skrzyżowania, ale jechało się dalej. Tak droga się skończyła. Nie zawracało mi to jednak uwagi. Przez pole-łąkę była kontynuacja do Radiowej, więc tam kurs. Efekt był taki, że wyjechało się koło czyjegoś warsztatu samochodowego. Przejazd przez otwartą bramę, ale za którą nic nie stało. Można pomyśleć, że właściciel terenu nikogo nie spodziewał od strony torów. I tu był błąd.
Na światłach przerwa, by zmienić nieco ubiór. Z grubej kurtki na nieco lżejszy odpowiednik. Umęczyło mnie to, bo suwak nie działał jak należy. Po drugiej stronie, w Mościskach, zjazd na połowę Chabrowej, równoległą do 3 mają. Wierzbową powrót na główną i niebawem dojechało się do Lasek. Nieco mnie tam pogubiło. Skręt na północ zaraz za rondem koło kościoła. Małymi uliczkami jechało się wzdłuż lasu po lewej stronie. Dojazd do zakładu dla ociemniałych i wjazd na trakt partyzancki. Była już wieczorna szarówka i minimalna widoczność. Tak rozpoczęła się nocna jazda przez Kampinoską Puszczę.
Traktem przejazd do Sierakowa. Tam już drogę oświetlały latarnie. Przejazd asfaltem do końca wsi, aby dalej przeć na zachód. Wyjazd z zabudowy i po jakimś czasie mijało się kilka luźno położonych domów. Mijało się je. Spieszno było jechać dalej. Jazda o tej porze przez las dawała niesamowite doświadczenia. Zdarzyło się, że niemal dokładnie tą sama trasą już mi się zdarzyło jechać wcześniej, ale odbyło się to w dzień. Mimo tego nie udało mi się jednoznacznie stwierdzić, ani gdzie dokładnie jestem, ani jak daleko mi zostało do jakiejś cywilizacji. Rosło pragnienie, by jak najprędzej się przebić do drogi znanej sobie drogi. Chciało mi się dotrzeć do domu jak najrychlej. Udało się wydostać i jechać po kocich łbach, czy raczej ich poboczem, o ile się dało. Nie było już zbyt dobrego światła, a zdarzał się na tej trasie jadące samochody. Gdy pojawiły się plansze z mapą, zatrzymały mnie nieco dłużej, by móc określić, którędy dalej jechać. Ponadto był czas na skomunikowanie się z mamą przez telefon. Telefon już wysiadał. Ustalone miejsce spotkania zostało na Czosnów przed wjazdem od NDM.
Z ulgą powitane zostały Palmiry, mijając je z radością. Od tamtej pory rozpoczął się asfalt. Droga miejscami miała jakieś nierówności, a poza tym była w sam raz do jazdy. Kompletna ciemność, sporadycznie jadące auta i wijąca się droga. Księżyc w pełni oraz pojedyncze chmury, które wyglądały jak cienie, gdy przemieszczał się przed jego tarczą. Od dawna brakowało mi takich, ale doświadczenie było zbyt krótkie. Ostatecznie dojechało się do wsi pod lasem, przejeżdżając przez nią. Pojawiła się DK7, która została przecięta. Stamtąd jeszcze drogą bez zabudowy dojazd naprzeciw kościoła w Łomnie. Pozostał mi tylko ostatni odcinek do Czosnowa (gdzie rower wylądował w samochodzie, którym przyjechała mama), którą przejechało się dość szybko. Cały ten etap przejechany na wyższych biegach. Całości towarzyszyła muzyka z MP3.
Rower:Zielony
Dane wycieczki:
30.00 km (9.00 km teren), czas: 02:00 h, avg:15.00 km/h,
prędkość maks: 0.00 km/hWarszawa - Do Sulejówka
Sobota, 16 października 2010 | dodano: 01.01.2017Kategoria .Samotnie, .Zwykłe przejażdżki, .Z Kasią, .Warszawa
Pogodnie, ale zimno i wietrznie.
Zaczęło się od tego, że trzeba było zebrać co nieco w Trębkach. Padła decyzja, że jadę tam tylko rowerem i tak się stało. Trasa przez Miączyn i DK62. Za Goławinem, w połowie obszaru prawie niezabudowanego, zjazd na polną drogę w prawo. Polami poturlanie trochę w dół. Była tam niewielka dolinka, a w każdym razem obniżenie, którym spływała woda. Gdy tylko miała taką okazję. Przejazd lawirując w stronę czyjegoś domu, gdzie wybrana trasa mnie poprowadziła. Urwała się i zakończyła w zaoranym polu. Wejście na nie, ruszając w stronę DK 62. Gdy udało się dotrzeć do miedzy, nastąpił spacer wzdłuż niej, aż do dróżki prowadzącej m.in. do wspomnianego domu. Wyjazd na asfalt i zjazd z niego już za skrętem na Kamienice, zaraz za kolejnym domem. Biegła tam droga polna w stronę lasu Złotopolickiego. Trzeba było wyminąć ciągnik, który stał na drodze, a właściciel z kimś gadał. Droga zakończyła się pod lasem i krótki fragment trzeba było jechać skrajem pola. Jechało się tak do drogi, którą jakiś czas temu ktoś zablokował przed wjazdem i sobie nieco urolnił. Szkoda, bo przez to nie można już swobodnie jechać z tej strony do lasu. Zwinnie przejechało się przez barierkę, kilka minut później będąc na polu, gdzie przez godzinę czy dwie trwała pomoc w czynie rolnym.
Dalej w stronę Kroczewa, ale nie docierając tam. Skręt w prawo, odtąd jadąc mniej więcej po granicy powiatów. Droga się skończyła i jechało tym, co zostało wyjeżdżone przez samochody, albo polem, albo miedzą. Wyjazd koło DK 7. Tam jazda wzdłuż niej, w stronę Zakroczymia. Tam przejazd. Wiaduktem, koło cmentarza i przez Modlin (Bema i wzdłuż boiska). Omijało się centrum NDM, główną jadąc dość żwawo do Jabłonny. Po drodze wyprzedali mnie Księgowy z Agnieszką, ale z auta i nie było ich widać. Potem pisali na forum, że mnie widzieli i dzwonili, ale komórka nie została odebrana – w końcu była wyłączona.
Skręt w stronę legionowskiego rynku, szukając sklepu, gdzie można by kupić bilet, ale w żabce nie było, a reszta już pozamykana. Małe zakupy i dalej na perony. Sprawdzenie rozkładu na peronie i powrót na normalny obszar. Okazało się, że postawili biletomat przy wyjściu z podziemia. Tylko tak sprytnie, że idący ulicą można go nie rozpoznać, jak to ze mną było. Zakupione co trzeba i lądując znów na peronie. Minęło kilkanaście minut i podjechała SKM. Dla mnie chyba efektywniej jest jechać cały czas rowerem, bo i chyba szybciej, niż liczyć na pojawienie się kursującego co półgodziny składu. Przejazd w ostatnim przedziale. Tylko jedna, oprócz mnie, osoba z rowerem tam jechała. Wyjście na Gdańskim i dalej przez Stare Miasto na wydział, gdzie przypięty został rower. Dalej tramwajem na Wileński, potem na Wschodni, by wraz z Kasią i jej dwójką znajomych udać się wprost do Sulejówka, gdzie był film, karaoke itp. w dużej grupie ludzi.
Rower:Zielony
Dane wycieczki:
54.00 km (0.00 km teren), czas: 04:00 h, avg:13.50 km/h,
prędkość maks: 0.00 km/hZa Czerwińsk jesiennie
Czwartek, 14 października 2010 | dodano: 01.01.2017Kategoria .2 Osoby, .Zwykłe przejażdżki, .Z Kasią
Pogodnie, choć nieco chłodno i wietrznie. Do Czerwińska kurs drogą nad Wisłą. Na początku jechało się wałem i lasem, wielokrotnie zmieniając kierunek ruchu i kilka razy będąc nad Wisłą. Ostatecznie, w zmęczeniu trwało przedzieraniem się przez chaszcze, wyjeżdżając w Wilkówcu PRZED lasem od strony wsi. Później trwało staranie, aby unikać ewentualnych błotnych pułapek. Do Czerwińska wjazd po przejechaniu mostkiem nad strumykiem i dalej pośród starej zabudowy. Przy rynku przerwa na małe zakupy, a po podejściu na górę, posiłek koło kościoła.

Wilkówiec SW. Jazda przez nadwiślański las w pobliżu kamienia. W centrum W kraniec Kępy. Widok ku SEE

Wilkówiec SW. Nadwiślański las między kamieniem i Zdziarką. Widok ku SW

Zdziarka SE. W tle nadwislański las przy granicy wsi. Przy lewej krawędzi drzewa porastające zbocza i parowy, wzdłuż standardowej drogi przez las. Widok ku E

Czerwińsk (Praga). Widok ku SSW

Czerwińsk. Rynek z asfaltową nawierzchnią. Widok ku NW
Za miasteczkiem jazda DK 62, często zjeżdżając na pobocze. Za pierwszym zakrętem, w połowie drogi do stacji benzynowej, zjazd w prawo na polną dróżkę, która może sto metrów miała. Dojazd do stoku dość stromego. Po prawej był dom, przede nami pola, a zaraz za nimi las ciągnący się do Wisły, którą było ledwo widać. Po prawej były również krzaki, więc szło się wzdłuż nich, odnajdując drogę prowadzącą na dół. Sprowadzone zostały rowery, przy okazji robiąc mnóstwo zdjęć. Dojście do lasu i jazda wzdłuż jego granicy na zachód. Mijało się pracującą rodzinę na pobliskim polu.

Wola w pobliży skrętu na Majdany. Zjazd w Dolinę Wisły. Widok ku S

Wola w pobliżu 23A, w pobliżu skrętu na Majdany. Zjazd w Dolinę Wisły. Widok ku N
Przejazd z pół kilometra i wąski (lecz szeroki w kierunku prostopadłym do przebiegu naszej jazdy) pas drzew. Za nimi nastąpiło zbliżenie się do domów. Jeden nie miał pełnego ogrodzenia. Przy kolejnym skręt w stronę rzeki i przerwa przy jednej z mniejszych odnóg, odgradzających sporą wyspę z polnym dojazdem. Było sporo błota i wody. Może na przyszłość zaopatrzyć się w gumiaki? Chciało się tam wrócić, ale ku nam wyszedł duży pies, więc trzeba było spokojnie i nie ruszać się zbyt intensywnie. Gdy zaczął się wracać, my zaraz za nim. W końcu schronił się na terenie gospodarstwa, do którego wjazd był z drugiej strony i szczeknął kilka razy. Gospodarstwo się obeszło. Pies tylko na nas spoglądał, czy nie chcemy wejść na jego teren, ale nie robił już nic więcej.

Wola S. Droga w Dolinie Wisły. W tle dom nr 33. Widok ku NWW

Wola S. Droga w Dolinie Wisły. Po lewej dom nr 24A. Widok ku E

Wola SW. Droga w Dolinie Wisły, prowadząca na Konfederatkę (za plecami). Przy lewej krawędzie dolina cieku, rozdzielająca gminy. Widok ku NNE
Dojście do DK62 w dolince, zaraz za dużym, pierwszym od Czerwińska zjazdem. Przejście nad strumieniem, płynącym kilka metrów niżej. Po drugiej stronie skręt w szutrową drogę w prawo. Idąc i jadąc w górę, trwała obserwacja otoczenia – drzewa od strony cieku, przed nimi pola, a po lewej stronie tylko pola. Las przed nami dochodziło do drogi i w tamtym miejscu pojawiło się kilka domów. Droga zakręciła w prawo, choć widać było możliwość bardziej terenowej jazdy prosto. Po lewej stronie było więcej zabudowań, po prawej przede wszystkim małe pola i kilka razy dochodzący do drogi las. W nim to skrywała się parowa, w której płynął ciek o źródłach w Janikowie. Z tej trasy zjazd w lewo, na pola. W tamtej chwili widać było kilka ciągników i kilkunastu ludzi. Droga była gruntowa, ale przyjemna. Po obu stronach ciągnęły się skoszone po zbożach pola. Droga kończyła się małym lasem przed nami, a po prawo była wypełniona wodą dziura w ziemi i wielki hałdy gruntu. Skręt na wschód, a droga się nieco pogorszyła. Wyjazd na lepszą koło gospodarstwa, którego właściciel budował chyba jakąś halę. Stały tam duże słupy o sporym obwodzie i rozmieszone na znacznej powierzchni.

Wola (Majdany). Wzdłuż linii drzew granica ze Stobiecinem. Widok ku N

Droga do Parlina. Po lewej pola Janikowa, po prawej Czerwińska. W tle linia drzew przy DW 570. Widok ku E
Wyjazd na asfalt, tam gdzie kiedyś, w 2008 r. zdarzyło mi się odpoczywać z typkiem z Sochaczewa. Wnet znów zjechało się w pole, gdzie z kolei zdarzyło mi się jechać jesienią po błocie. Teraz było niewiele lepiej, przynajmniej słońce i względnie suchy grunt dawały nam możliwość spokojnej jazdy. Ostatecznie przejechało się przez Parlin do drogi na Płońsk, przecinając ją, aby dalej kontynuować jazdę terenową. Droga się rozwidliła, gdzie skręcało się na północ, jednak po kilkuset metrach prowadziła ona do gospodarstwa. Cofnięcie prawie do wcześniejszego rozwidlenia. Prawie, bo było jeszcze jedno, ale prowadzące w pole. Tam się pojechało mijając mały sztuczny zbiornik wodny oraz rów melioracyjny, wzdłuż którego przejechało się po łące na północ. Dłuższa przerwa, a po niej przebycie kanałku w miejscu, gdzie było to łatwo możliwe. Minęło się kilka wydłubanych z pól głazów oraz resztki gospodarstwa, którego już prawie nie było. Wyjazd w Sielcu i przez Wilkowuje w stronę Chociszewa. Na koniec asfaltem do domu po zmroku.

Drobna ruina miedzy Parlinem E i Sielcem N, w pobliżu kanałków
Rower:Zielony
Dane wycieczki:
31.50 km (0.00 km teren), czas: 02:30 h, avg:12.60 km/h,
prędkość maks: 0.00 km/hPrzejażdżka - Na autobus
Środa, 15 września 2010 | dodano: 01.01.2017Kategoria .Zwykłe przejażdżki, .2 Osoby, .Z Kasią
Pochmurno, mżawka, zimno. Zachmurzenie 8/8
Wyjazd na kilkanaście minut przed planowanym, przedpołudniowym odjazdem autobusu. Jechało się dość żwawo. Po dotarciu na tereny wiejskie Chociszewa, nastąpił skręt w lewo. Pomysł nie do końca dobry. W najniższym punkcie było okropne błoto. Dojechało się do celu od południa, a następnie w drogę na przystanek. Autobusu nie było. Dopiero pojawił się jakiś busik pół godziny później. Powrót samotny, prowadząc oba rowery. Z początku jechało się swoim, ale przed zjazdem lepiej mi jednak było usiąść na niższy i ze sprawniejszymi hamulcami. Tak wróciło się z obydwoma. Przesiedziało się w domu do 14, następnie ruszając jeszcze raz tą samą trasą, by sprawdzić, czy coś się nie zgubiło. Następnego dnia rozpoczął się wyjazd wydziałowy w Góry Świętokrzyskie. A tamten autobus istniał tylko na rozkładzie.
Rower:
Dane wycieczki:
7.50 km (0.00 km teren), czas: 00:30 h, avg:15.00 km/h,
prędkość maks: 0.00 km/h


















