Wpisy archiwalne w kategorii
..Gminy Polska
| Dystans całkowity: | 46376.05 km (w terenie 2360.60 km; 5.09%) |
| Czas w ruchu: | 2871:12 |
| Średnia prędkość: | 16.15 km/h |
| Maksymalna prędkość: | 75.46 km/h |
| Suma kalorii: | 26469 kcal |
| Liczba aktywności: | 323 |
| Średnio na aktywność: | 143.58 km i 8h 53m |
| Więcej statystyk | |
Środek Polski I - Do Piątku
Czwartek, 23 września 2010 | dodano: 08.02.2017Kategoria .2 Osoby, .LSTR, .Wyprawy po Polsce, ..Gminy Polska, .Z Księgowym, 2010 Środek Polski, ...Miejscowości łódzkie, ...Miejscowości mazowieckie
Preludium wyprawy
Dzień był chłodny, jednak cieplejszy niż poprzednie. Zachmurzenie 1/8. Dzięki słonecznemu ciepłu, nawet pomimo wiatru, przyjemnie jechało się na krótki rękaw. Sam wiatr był mocny, ale niewiele zwalnialiśmy, nawet gdy wiał w twarz. Poprzedniego dnia zaczęła się choroba. Udało mi się o tym dowiedzieć dopiero na trasie, ale dopiero po powrocie dopadło mnie skutecznie.Księgowy napisał po południu dzień wcześniej, że potrzebuje kogoś, aby zrobić wypad rowerowy na 2-3 dni, nie wiadomo gdzie. Tylko się spakować i wsiąść na rower. Tego dnia trzeba było pomóc przy robieniu fundamentów do ogrodzenia, więc rozmowa toczyła się z dłuższymi przerwami. Chciało mi się coś jeszcze porobić przy tej robocie nazajutrz, ale okazało się, że nic z tego. Tak więc można było poświęcić czwartek na rozpoczęcie podróży, choć lepiej jednak, aby wyruszyć w piątek. Ten termin odpadał z powodu niedzielnego maratonu, na którym Księgowi mieli wydać 100zł bon, jaki dostali jakiś czas temu na objeździe trasy. Ustaliliśmy więc, że jedziemy tak jak ruszyliśmy.
DK62 do Wyszogrodu
Księgowy ruszał z Zaborza, dużo wcześniej niż ja. Ja po śniadaniu i po przygotowaniu kanapek na drogę. Była 9:30, a tuż po 10 udało się dotrzeć na miejsce spotkania, docierając tam trasą wzdłuż Wisły. Do Czerwińska dotarliśmy w podobnym czasie. Podjechaliśmy pod sklep blisko przychodni, gdzie zachciało mi się kupić picie, z czego dwa to soki jabłkowe. O ile na początku jeszcze jakoś dało rade je pić, o tyle w dalszej podróży powalał mnie zapach i smak chemii. Jakoś udało się to wypić, ale z trudem i niechęcią. Gdy staliśmy i zajadaliśmy się świeżo kupionymi wafelkami, ktoś rzucił do mnie zawołał. Po odwróceniu się, okazało się, że był to znajomy z czasów gimnazjum oraz liceum. Zamieniło się kilka słów i poszedł w swoją stronę. Kilka minut później jazda DK 62 na zachód. Mimo zwykle dużego ruchu na tym odcinku, w związku z remontem w okolicach Zakroczymia, tym razem było odrobinę spokojniej.
DK 62. Zjazd ku granicy gmin Czerwińsk i Wyszogród. Widok ku SWW
Przez Wisłę w Wyszogrodzie
Dość sprawnie przemknęliśmy przez Wyszogród, jadąc mniejszymi uliczkami, by zjechać na most po wydeptanej ścieżce. Jazda niezbyt bezpieczna, jeśli nie zna się tego zjazdu albo po prostu nie uważa, zwłaszcza gdyby tam było okropne błoto. Na moście wyminęliśmy jakąś osobę na rowerze, choć ciężko jest tam zmieścić dwóch rowerzystów obok siebie. Po drugiej stronie, skręciliśmy w prawo na pierwszym skrzyżowaniu i szukaliśmy jakiejkolwiek drogi w las. Wkrótce ją dostrzegliśmy i rozpoczęła się podróż przez leśne ostępy.Leśne piachy
Początkowo trasa nie przyniosła żadnych trudności. Po lewej zarośnięta drzewami wydma, środkiem nieco zabłocona droga, a po prawej zalane i zabagnione obszary, z nieco zazielenioną wodą. Gdy nadarzyła się okazja w postaci ścieżki przez wydmę, skorzystaliśmy z niej i przespacerowaliśmy się przez nią z rowerami. Na drugim zboczu chwilę odpoczęliśmy. Wszędobylski piach przeszkadzał nam w dalszej jeździe, więc trochę jadąc, trochę maszerując, spacerowaliśmy, obserwując grzyby różnego rodzaju. Trochę dalej zauważyliśmy ludzi, którzy na owe grzyby się wybrali. Pospiesznie trwało przemieszczanie się się po leśnym poszyciu, by jak najszybciej ich wyminąć. Księgowy oddalony o jakieś 100 metrów, został w tym czasie zagadany przez jedną z grzybiarek, która zapytała go, co mamy w sakwach. Na odpowiedź iż, jest to sprzęt podróżniczy, odrzekła "to dobrze, że nie grzyby". Powiało grozą...Spędziliśmy tam 1,5 km nim wydostaliśmy się na skraj lasu i ujrzeliśmy łąki wraz z zaroślami o jasnobrązowych barwach. Skręciliśmy ku zachodowi, tak jak prowadziła droga. Przejechaliśmy skrawek lasu z komarami i znów znaleźliśmy się na otwartej przestrzeni. Droga prowadziła koło dwóch gospodarstw, więc zastanawialiśmy się czy, nie okaże się to ślepa. Mimo to postanowiliśmy i tak tam ruszyć. Szczęśliwie nie trzeba się było wysilać i dalsza droga rzeczywiście istniała. Zaraz doprowadziła nas do lasu i ponownie się w nim skryliśmy, pomykając na zachód. W miejscu, gdzie widoczna była zmianę w struktury lasu, pojawiło się rozjazd. Tam udaliśmy się ku południu i tak dotarliśmy do Nowej Wsi – osady bardzo skromnej, która liczyła nie więcej niż 30 osób. Znajdowały się tam stawy z hałdami ziemi odsypanymi dookoła.
W bezliku wsi
Jeszcze chwilę nam zeszło nim wyjechaliśmy na asfaltową drogę w Łaziskach. Rozpoznawana była przez mnie trasa, jedna z poprzednich, tak rzadkich w tym rejonie podróży. Odpoczęliśmy na przystanku, przypominając sobie pewne zdarzenia i osoby z przeszłości, które gdzieś znikły zmieniając się nie do poznania. Wszamaliśmy małe co nieco (ja trochę większe) i powoli ruszyliśmy asfaltem na zachód. Za wsią zjechaliśmy w pola, docierając do lasu, w którym się pokręciliśmy, nim z niego znaleźliśmy wyjście. Przez pola dotarliśmy do Lubatki, zjeżdżając w dół po uformowanej ścieżce. Dotarliśmy do rozjazdu i po krótkim namyśle wybraliśmy prawo. W ten sposób dojechaliśmy do większej drogi – asfalt z Iłowa na Sochaczew. Nie ujechaliśmy wiele. Prawie natychmiast przejechaliśmy na drugą stronę.
Ruinka w Łaziskach. Widok ku SW
Kolejny odcinek był ze świeżo położonego asfaltu. Było go akurat tyle by starczyło do ostatniego domu, a że chat niewiele, to i zaraz się skończył. Tam znów ruszyliśmy na ścieżkę polną. Powoli dotarliśmy do wsi Piskorzec, gdzie na asfalt wróciliśmy koło sadu. Nim tak się stało, mieliśmy opcję, aby pojechać wśród owocowych drzew, ale droga wydała się podejrzana – tak, jakby urywała się niedługo potem. Wybraliśmy więc bezpieczniejszy wariant i po kilku metrach znów pojawił się upragniony asfalt. Dojechaliśmy do skrzyżowania kolejnej trasy - z Iłowa na południe. W Brzozowa Starego przejechaliśmy za DW 577 i udaliśmy się do Brzozówka. W tym czasie jechało nam się ciężej. Powoli odczuwaliśmy trudy podróży z silnym wiatrem wiejącym z południa i południowego wschodu. Ciągła jazda w takich warunkach sprawiła, że mimo pozornie dobrej jazdy, upływ sił był znaczniejszy i nie od razu widoczny. Co i rusz zmienialiśmy kierunek, podziwiając przy tym czerwieniejące się jabłka w sadach, a także prowadząc rozmowy dotyczące poprzedniego roku, wydarzeń od wyprawy bałtyckiej.

Między Brzozowem i Brzozowem Starym. Widok ku S

Maurzyce. DK 92. Międzywojenny, zabytkowy most. Widok ku NNW
W pewnym momencie wydawało mi się, że dotarliśmy do już znanego mi miejsca. Nie było we mnie jednak pewności, aż do momentu, gdy udało się zerknąć w mapę. Faktycznie – przyszło mi być tam dwa lata wcześniej, wracając z odwiedzin dworku w Studzieńcu (aktualnie odnawianego). Jadąc przez Osiek i wsie okoliczne wsie, walczyliśmy z wiatrem dmącym centralnie na twarz. Naprawdę mocno dmuchało. Zatrzymaliśmy się pod wiejskim sklepem, gdzie Księgowy zrobił drobne zakupy, a niedługo potem wypadła 13stka. Oczekując, zachciało mi się poleżeć na ziemi i odpoczywać. Wnet skręciliśmy w prawo do Chąśna Drugiego. Z początku droga wyglądała tak, jakby się kończyła na czyimś podwórku, lecz po krótkim rekonesansie okazało się, że można nią dalej jechać. Była to wąska asfaltowa dróżka koło domów, która wyglądała jak asfaltowy chodnik w mieście. Dalej przejechaliśmy do Niedźwiady, w której przecinaliśmy linię kolejową i wyjechaliśmy na DK 2. Łowicz postanowiliśmy zostawić z boku.

Sadowo (Ostrowce). Widok ku NNW
Podróże w czasie
Przed nami, jakby na wzgórzu, w oddali zamajaczył kościół i zabudowania. Wiadomym było, że Łowicz zostawiliśmy z boku, ale nie było mi wiadomo co to może być za miejscowość. Ostatecznie, nie było dla mnie wiadome, czy to my jakimś dziwnym cudem jedziemy do Łowicza, czy gdzieś indziej. Wiele nie ujechaliśmy krajówką, gdyż niebawem odpoczęliśmy na skrzyżowaniu, z którego chwilę potem zjechaliśmy w kierunku Maurzyc, a potem przemieszczaliśmy się wzdłuż doliny Bzury, co było nużące.
W końcu dotarliśmy do Soboty, a Księgowy zaczął się bawić w kamerzystę. W wiosce jakieś dzieci pod sklepem nam dzieńdobrzyły, a my pojechaliśmy przez rynek, a potem rzeczkę, jadąc w stronę Walewic. Nie wjeżdżaliśmy tam jednak i przekroczyliśmy kolejną, małą rzeczkę z równie małym mostkiem. Zaraz potem ukazała się mała dróżkę poprowadzona przez Marywil. Za wioską, tuż pod lasem skręciliśmy w lewo. Urokliwa trasa, która przypominała nieco niemieckie ścieżki rowerowe, wiodła przez Helin. Po prawej zagajniek, nieco dalej, po lewej las. Droga była mokra, co mnie zdziwiło, bo nie padało. Na kolejnym skrzyżowaniu zdecydowaliśmy się pojechać w lewo i ominęliśmy skręt o gorszej nawierzchni, w prawo pośród domów. Padło na nią podejrzenie, że może się kończyć w gospodarstwie lub inny ślepy sposób. W prawo skręciliśmy na kolejnym skrzyżowaniu i po krótkiej jeździe okazało się, że drogą o gorszej nawierzchni też byśmy tu dotarli, tylko przez inne wsie. Było to w okolicach Emilianowa. Kolejna droga pod lasem, którą jechaliśmy, również miała mokre ślady.

Sobota. Kościół pw. św. apostołów Piotra i Pawła. Widok ku NNE
Ostatni etap błądzenia to przejazd przez las w miarę porządną drogą, wyjazd wśród pól i spokojne zwieńczenie manewrów na DW 703. Tą ruszyliśmy na zachód, nim jedna to nastąpiło, zjechaliśmy do sklepu, jaki się po drodze trafił. Nie było mi wiadome, jak daleko jeszcze do Piątku, ale wiadomo było, że już niedaleko. Zmęczeni, odsapnęliśmy na ławeczkach i wszamaliśmy małą kolacyjkę. Mi zachciało się kupić wielki bochenek okrągłego chleba, który i tak wrócił ze mną do domu. Po posiłku wstaliśmy do dalszej jazdy i zrobiło nam się zdecydowanie chłodno. Wnet rozgrzała nas jazda, a monotonia kolejnych kilometrów zaskoczyła nagłym pojawieniem się tablicy „PIĄTEK”. Chwila wahania, w która teraz stronę mamy się udać. W mig rozwiał ją atlas i intuicja. Wnet zajechaliśmy na ryneczek i przyszła pora na zdjęcia przy pomniku geometrycznego środka Polski. Pora była już późna, bo wieczorna, więc nie mitrężyliśmy czasu resztek dnia i od razu ruszyliśmy w dalszą drogę ku Łęczycy.

Sobota. Bzura. Widok ku W

Piątek. Geometryczny Środek Polski. Widok ku N
Na talerzu
Z początku czuć było się właśnie tak. Zrobiło się widocznie, totalnie płasko. Tylko w oddali gospodarstwa i pustki pól. Chwilę potem wjechaliśmy w szpaler drzew, a dalsza jazda ukazała niezmierną płaskość, równinność, monotonię przestrzeni. Pól zbożowych nie było, a przynajmniej nie rzucały się w oczy. Przytłaczały za to areały upraw warzywnych. Nie pamiętam, by po drodze pojawiły się jakiekolwiek podjazdy.
Ujechaliśmy dobre 10 kilometrów i zastanawialiśmy się nad noclegiem, ale wymienione wyżej właściwości regionu, kryły też jedną zasadniczą komplikację – drzewa były nieliczne i nie było żadnego lasu w zasięgu wzroku. Powoli, po lewej, na horyzoncie ukazała się dziwna wypukłość w rzeźbie. Coś, co wyglądało jak spore wzgórze, w naszych oczach urosło niemalże do ogromnego szczytu pośród morza, zdumiewało swoją obecnością w tak dennym obszarze. Przede wszystkim rodziło pytanie - skąd się tu wzięło? Tymczasem koła sunęły dalej i naszym bystrym oczom ukazała się spora kępa drzew po lewej. Na pierwszym skrzyżowaniu ruszyliśmy w ich stronę i zatrzymaliśmy się na poboczu. Tam podziwiając zachód słońca, w czasie Księgowego rozmowy przez telefon, wyczekiwaliśmy na moment, w którym moglibyśmy spokojnie przejść przez pole ku drzewom.

DW 703 na W od Piątku. Widok ku W
Gdy tak się stało i przyglądał się im, wydały mi się podejrzane. Czemu zachowano taką sporą kępę drzew, w obszarze tak rolniczym? Wygląd drzew nasunął mi tylko jedną myśl – tam musi być bardzo mokro. Podeszliśmy bliżej i okazało się, że szerokość drzewostanu jest stosunkowo cienka i zaraz nim znajdował się obrośnięty krzewami staw. Drzewa i krzewy wewnątrz tej masy pozostały niezbadane. Zaraz za stawem znaleźliśmy płaską przestrzeń, osłoniętą w 70% przed dostępem z zewnątrz, a tym bardziej przed oczami innych. Tam też rozbiliśmy namiot.

Orszewice przed noclegiem. Widok ku W
Zaliczone gminy
- Chąśno- Zduny
- Bielawy
- Piątek
- Góra Świętej Małgorzaty
Miejscowości mazowieckie
- Bieliny- Łaziska
- Lubatka
- Olszowiec
- Stegna
- Piskorzec
- Brzozów A (-C)
- Brzozowiec
- Brzozów Stary
- Brzozów SHRO
- Brzozówek
- Sadowo
- Białocin (-C)
- Wieniec
Miejscowości łódzkie
--
Rower:Zielony
Dane wycieczki:
118.00 km (0.00 km teren), czas: 08:00 h, avg:14.75 km/h,
prędkość maks: 0.00 km/h4 dni w Pieniny IV - Do Krościenka nad Dunajcem
Sobota, 14 sierpnia 2010 | dodano: 08.02.2017Kategoria .Samotnie, .Wyprawy po Polsce, ..Gminy Polska, .Z Kasią, 2010 Pieniny
Ponownie start po 7. Pochmurno. Przejazd przez Dunajec, po drugiej stronie przez prawie pustkę, a potem przerwa w Radłowie. Tam szybkie, ale drobne zakupy, większe pragnąc zrobić dopiero w Brzesku. Za Brzeźnicą droga znikła w lesie, ale jaki asfalt tam był! Lewy pas w większości ok, ale mój był tak połatany, że słów brak. Gdy nic nie jechało, zjeżdżało się bliżej środka, albo nawet na lewą stronę. Za lasem widać było oznaki przechodzących tam niedawno opadów. Nie pojawiły się tak od razu, a bliżej Szczepanowa, ale i tak oznaczały, że udało się przenocować w dobrym rejonie.

Biskupice Radłowskie. Po noclegu przy DW 975

Biskupice Radłowskie. DW 975. Cmentarz z IWŚ po S stronie drogi. Widok ku SSE

Biskupice Radłowskie. DW 975. Cmentarz z IWŚ po N stronie drogi. Widok ku NE

Biskupice Radłowskie. DW 975. Dunajec. W centrum Żabno. Widok ku NNE

Radłów. DW 975. Kościół pw. św. Jana Chrzciciela. Widok ku SW

Radłów. DW 975. Kościół pw. św. Jana Chrzciciela. Widok ku NNE
Choć było przeważnie płasko, drążyło mnie jakieś zmęczenie tego ranka. Do Brzeska dojechało się przez Szczepanowice, ale był to wynik pomyłki. Planowane było pojechać przez Sterkowiec, a zamiast tego z roweru podziwiało się duży kościół na wzniesieniu, nieco tylko na północ oddalony trasy. Zgodnie z założeniem porannym, w mieście trwały poszukiwania czegoś ciepłego do jedzenia, ale równocześnie szybkiego do przyrządzenia. Jakieś kebaba, zapiekanki... Nie udało się dostrzec nic takiego, a potrzeba była spora. Poza tym udało się dostrzec pizzerię, jakąś karczmę i sklepy różnego typu, ale zwykłego spożywczaka nie. Dzięki temu udało się obejrzeć trochę miasta i ale zapasów nie odnowić. Zjazd z głównej w Wyzwolenia i Osiedlową, a potem zamiast wjechać na DK 75, wpadało się na drogę pod górkę, która obiegała zakłady piwowarskie OKOCIM. Gdy jadąc pod górkę, docierało się do skrzyżowania, naszła mnie myśl, że skoro już tu jestem, to wjadę wyżej. A co! Był problemy z przerzutką, ale mimo to jakoś się jechało. Gdy naciskało się mocniej, to było źle z rowerem, ale naciskając z tą samą mocą, tyle że nieznacznie się rozpędziwszy, to wtedy się nie buntował. Wjechało się na wzgórze, znajdując się we wsi Okocim. Wspomniane zakłady, zaś znajdowały się jeszcze w Brzesku. Tak to zwykle bywa, że nazwy nie pokrywają się z miejscem produkcji.

Bielcza. Kościół pw. Matki Boskiej Anielskiej. Widok ku S

Bielcza W. Uszwica. Widok ku NNW

Szczepanów. Kościół pw. św. Stanisława Biskupa i Męczennika. Widok ku NW

Mokrzyska E (Januszów). Widok na Brzesko ku SSW

Brzesko. Skrzyżowanie Głowackiego oraz i Placu Żwirki i Wigury. Widok ku SWW

Brzesko S. Browar "Okocim". Widok ku N
Przerwa na przystanku. W zmęczeniu trwało wcinanie czekolady wraz z resztą słodkich rzeczy, jakie ze mną dotrwały. Nie udało się dokonać zakupów w Brzesku, więc kolejne kilometry pokonywane była prawie bez zapasów. Odpoczywało się dość długo, bo pokonany podjazd był pierwszym takim dużym na trasie: około 100m przez 1,5km. Gdy tylko udało się zebrać dość sił i zrobić zdjęcia, zastanawiało mnie, którędy zjechać, aby wyjechać na krajówkę i nie pomylić drogi, którą by trzeba zawracać pod górkę. Pojechało się prawie idealnie, raz tylko wspinając się nadaremnie fragmentem Pogodnej, bo wydawało mi się, że gdzieś przejadę, ale to ślepa uliczka była. Zjazd był stromy – na jednym odcinku ~11%. Zjazd z wykorzystaniem hamulców. Na dole spalanie przez słońcem. Dojazd do Gnojnika, gdzie po krótkich poszukiwaniach sklepu, zakup zapasów na resztę trasy. Jednego loda udało się zjeść od razu w czasie jazdy, drugiego kilka minut później, gdy pierwszy się skończył. Dało mi to sporo energii. Jechało się dolinką Uszwicy przez Gosprzydową, którą przecinało się już rankiem. Różnica była taka, że wedle informacji, od 2006 odcinek dolny był martwy od Brzeska po ujście do Wisły. Po drodze mijało się zabytkowy, drewniany kościół, ale niewiele na niego i krajobraz było zwracanej przez mnie uwagi. Siły gwałtownie się kurczyły, jednak droga ta znacznie ułatwiała mi dotarcie do Lipnicy Murowanej bez wysiłku większego niż ewentualna jazda wojewódzką.

Okocim Górny. Dolina Uszwicy. Widok ku NW

Okocim Górny. Kazka. W tle Kamionna (801 m n.p.m.). Widok ku SW

Gosprzydowa. Kościół pw. św.Urszuli z Towarzyszkami. Widok ku SEE

Lipnica Dolna przy granicy z Gosprzydową (po lewej stronie zdjęcia, po lewej stronie domów). W tle Pasmo Szpilówki. Widok ku SSE
W Lipnicy przywitanie z Łokietkiem, zostawiając zabytki z boku i zamiast tego kierując się na posiłek. Zamówiony i zjedzony został niby kebab, a oczekując na niego, można było widzieć wyjazd jednego korowodu ślubnego, a równocześnie, w tym samym czasie przyjazdu drugiego. Wszystko bardziej lokalnie, ze skrzypcami, góralem itd. Kebab interesujący, bo z kawałkami kurczaka grillowanymi jak do obiadu, a warzywa w środku surowe. Jakoś nie udało mi się przywyknąć do takiej postaci mięsa. Mimo to - posiłek ok. Głód i zmęczenie nie pozwalały obiektywniej ocenić.

Lipnica Murowana. Kościół pw. św. Szymona z Lipnicy. Widok ku NE

Lipnica Murowana. Rynek. Widok ku SW

Lipnica Murowana. Rynek. W tle kościół pw. św. Szymona z Lipnicy. Widok ku NE
Dalsza podróż po DW 966 prowadziła najpierw w górę, co znów mnie zmęczyło, bo nakładało się na żar z nieba. Na szczęście było łagodniej niż do Okocimia. Zjazd był nieco krótszy i zakończona małym podjazdem do Muchówki, ale za to kolejny zjazd - do Łąkty, oraz widok na góry wiele mi rekompensowały. Aczkolwiek nie na długo. Dalsza trasa przez Żegocinę to 520m/5km w górę z kilkoma postojami, a ostatni kilometr na pieszo. Na górze kilka zdjęć i 170m/5km w dół do Limanowej, liczne zakręty i hamowania.

DW 966. Lipnica Murowana SW. Po lewej Pasmo Szpilówki. Widok ku SW

Lipnica Górna S (Granice). Po lewej Pasmo Szpilówki. Po prawej Dominiczna Góra (468 m n.p.m.). Przy prawej krawędzi Pasmo Łopusze. Widok ku SE

Muchówka S. DW 965. Po lewej Pasmo Łopusze. W centrum Kamionna (801 m n.p.m.) i Pasierbiecka Góra (764 m n.p.m.). Po prawej samotna Kostrza (720 m n.p.m.; 14 km). Za nią niewyraźne: po lewej Ćwilin (1072 m n.p.m.; 26 km), a po prawej Śnieżnica (1006 m n.p.m.; 24 km). Widok ku SSW

Muchówka S. DW 965. Po lewej samotna Kostrza (720 m n.p.m.; 14 km). Za nią niewyraźne: po lewej Ćwilin (1072 m n.p.m.; 26 km) a po prawej Śnieżnica (1006 m n.p.m.; 24 km). W centrum Ciecień (829 m n.p.m.; 24 km), a na prawo od niego Pasmo Lubomira i Łysiny (29 km). Widok ku SW

Rozdziele S w pobliżu granicy powiatów. DW 965. W tle Pasmo Łopusze. Widok ku NNW

Rozdziele S w pobliżu granicy powiatów. DW 965. W centrum Pasmo Łososińskie. Po prawej Kamionna (801 m n.p.m.). Widok od E po NWW ku SSW

Rozdziele S w pobliżu granicy powiatów. DW 965. W tle Pasmo Łopusze. Widok od NWW po E ku N

Laskowa Górna (Zbójka). DW 965. Dolina Potoku Nagórskiego. W tle po prawej Pasmo Łososińskie. Widok od N po SSE ku E
Na miejscu ostatnie zakupy picia i przejazd koło rynku, na którym rozłożyło się wesołe miasteczko. Szukanie drogi na Kamienicę. Na Marka, chciało mi się zatrzymać na parkingu i zapytać stojącego tam człowieka o drogę. On pierwszy do mnie zagadał i pytał, czy wiem którędy przejechać przez miasto, bo tam zablokowali ulice. W odpowiedzi usłyszał, aby jechać dalej prosto, bo stamtąd mnie przygnało, ale nie dowierzał i chciał się zapytać kogoś innego, choć jakoś mu się to udało wyperswadować i w końcu ruszył. Mi nie udało się dowiedzieć, nic poza jego tłumaczeniem, że jest z Bytowa na Śląsku i nic nie wie o tutejszych drogach. Wydawało mi się, że jadąc dalej będzie dobrze i faktycznie. Droga wciąż pięła się w górę, czasami tylko lekko opadając. Im dalej, tym większe napotykane były stromizny. Tuż przed ostatnimi domami, przy początku ostrego podjazdu, zaczął za mną biegnąć pies. Robione było wtedy zdjęcie i jechało się bardzo powoli. Zrazu nie była przez mnie na niego zwracana większa uwaga, ale gdy wybiegł jeszcze owczarek niemiecki (w kagańcu na szczęście) to mnie ogarnęło zwątpienie... Na szczęście, ten drugi walnął kagańcem pierwszego i go uspokoił, no i można było dalej jechać bezpieczniej.

Stara Wieś (Chude). Po lewej dolina Starowiejskiego. W tle Ostra (925 m n.p.m.) Widok ku SSE
Przy ośrodku wypoczynkowym przerwa, by popatrzyć na tablicę z mapą. Od tamtej pory, ciężka trasa miała fajne zakręty. Podjeżdżało się ze 2km, docierając z poziomu 582 m na wysokość 732 m n.p.m. czyli 150m w górę. I wtedy się stało. Opona nie wytrzymałą, pękła i zostawiła mnie z tym fantem w środku odludzia. Pieszo przez 300m do przystanku. Zakleić dziurę w dętce jakoś się udało i zastanawiało mnie, co z oponą. Przypomniała mi się awaria opony księgowego, którą należało czymś prowizorycznie załatać. Nie było nic pod ręką. Po rozejrzeniu się po okolicy, udało mi się dostrzec jakąś szmatę, którą można było wykorzystać tyle o ile. Była ona na tyle elastyczna, że trzeba było włożyć trochę wysiłku, trąc o metalowe krawędzie przystanku, aby materiał się przetarł. Wyłożone został następnie miejsce zniszczenia. Nie był to wielki otwór, ale dla dętki już za duży. Wlało się trochę kleju, dołożyło drugi kawałek szmatki i upakowało wszystko na miejsce. Lepiej było jednak nie wsiadać na tę konstrukcje, żeby się nie przejechać się na tym pomyśle. Kurs na przełęcz. Ukazały się tam pierwsze zabudowania i piękny widok na południe. Ładnie było, jednak powietrze zeszło z koła. Widać było już, czego się mogę spodziewać. Przerwa na przystanku, by dobrałć się do koła. Jak się okazało, łatka nie do końca się trzymała. Wpuszczone zostało jeszcze trochę kleju, złożone wszystko jeszcze raz, zastanawiając się, czy wytrzyma chociaż na zjeździe, choć powinno już być dobrze.

Serpentyna na górze Ostrej po N stronie szczytu. Za plecami zjazd w dolinę Słomki. Widok ku NWW
Zaczęło się bardzo długa i szybka jazda do Kamienicy i dalej nad Dunajec. Najpierw od Przełęczy Ostra-Cichoń do wsi Zalesie – 150m/3km – szybki odcinek z wiatrem w uszach i dużą zmianą ciśnienia. Próbując skręcać, nie można było ruszać kierownicą, bo czuć było, że straciłoby się stabilność, więc na zakrętach kierunek zmieniany był balansując. Odcinek po zboczach z rozległymi widokami. Zalesie to 1,5 km jazdy w dół, ale dużo spokojniejszej, bo spadek był tam dużo niższy. Od Zalesia do Zbłudzy 80m/2km. Droga w węższej części doliny, nad rzeką i pomiędzy lasami na zboczach. Szybko prawie jak na początku, choć zauważalnie słabiej. Ostatnie 80m/3km, aż do Kamienicy już spokojne, szybkie, na otwartej przestrzeni, ale u podnóży górskich i wśród zabudowy. Przerwa na skrzyżowaniu i poszukiwanie mapy, by ocenić ile jeszcze mi zostało, a tymczasem jakiś typek wyskoczył z pytaniem dokąd jadę i wskazał drogę, ale nie było na to siły, więc niewiele się pogadało, woląc się pospieszyć. Był już późny wieczór. W sumie z 816 do 440 m n.p.m. zjechało się przez 10km w 26 minut, z czego pierwszą połowę w 10 minut.

Przysłop. Zjazd z przełęczy Pod Ostrą (812 m n.p.m.). Po lewej Modyń (1027 m n.p.m.). W tle Gorc (1228 m n.p.m.). Poniżej niego Zbludzkie Wierchy. Widok ku SSW
Dalsze 6km do Zabrzeża, choć nadal w dół, jechało mi się dużo ciężej. Gdy tylko udało się dotrzeć w dolinę Dunajca, z koła zeszło powietrze. Świetnie. Przejechało się jeszcze 3-4km, co kilometr dopompowując powietrze, ale potem dając z tym sobie spokój. Po co, skoro to już końcówka, a lepiej przyjechać wcześniej, póki coś widać i nie jest zimno, zamiast tracić czas na próżno. Na kapciu w przednim kole dojechało się po zmroku do Krościenka nad Dunajcem. Przez dłuższy czas trwało szukanie remizy, łażąc w te i we wte, nim w końcu ze zmęczeniem, po czterech dniach udało się osiągnąć cel.

Zbludza (Poręby). W tle Gorce NW. Widok ku SSW

Granica między Zbludzą i Kamienicą. Dolina Zbludzkiej Rzeki. Po lewej grzbiet Jasiennika (777 m n.p.m.). Po prawej masyw góry Modyń (1027 m n.p.m.). Widok ku NNE

Kamienica. DW 968. Kościół pw. Przemienienia Pańskiego i Nawiedzenia Najświętszej Maryi Panny. W centrum Żdżar (858 m n.p.m.). Za słupem Gorc (1228 m n.p.m.). Po prawej Skrzyńczyska (752 m n.p.m.). Widok ku W

Zabrzeż (Gronik). DW 968. Dolina Kamienicy. W tle NW granica Pasma Radziejowej, po E stronie Doliny Dunajca. Widok ku SE
Zaliczone gminy
- Borzęcin- Brzesko
- Gnojnik
- Lipnica Murowana
- Nowa Wiśnicz
- Żegocina
- Laskowa
- Limanowa (W+M)
- Łukowica
- Kamienica
- Łącko
- Ochotnica Dolna
- Krościenko nad Dunajcem
Rower:Zielony
Dane wycieczki:
129.00 km (0.00 km teren), czas: 10:22 h, avg:12.44 km/h,
prędkość maks: 0.00 km/h4 dni w Pieniny III - Za Wisłę
Piątek, 13 sierpnia 2010 | dodano: 08.02.2017Kategoria .Samotnie, .Wyprawy po Polsce, ..Gminy Polska, 2010 Pieniny
Start o 7:30. Mijało się robotników tworzących drogę i pobocze. Przede mną piętrzyły się Świętokrzyskie Góry. Kurs w kierunku Nowej Słupi. Po kilku zjazdach udało się dotrzeć w jej pobliże, a po przekroczeniu granicy gminy, tuż przed zjazdem w dolinę skręt w lewo. Na początku było fajnie, potem okazało się, że jednak koniec asfaltu. Przyszła mi do głowy myśl o zawróceniu, ale zamiast tego jechało się, aż do łąki na zboczu. Wypatrzona została droga, którą prawdopodobnie mógł jeździć ciągnik, po niby mostku, stworzonego z kręgu położonego na płasko, przejechało się przez strumyk i znalazło w użytkowanym jako droga, mało wygodnie wyglądającym wąwozie. Lepsze by tam był górski rower, ale dzięki niemu dojechało się do asfaltu, którym było w planie jechać.

DW 751 między Waśniowem i Czajęcicami. W tle Pasmo Jeleniowskie. Widok ku S

Czajęcice. DW 751. Widok ku SW

Dobruchna. DW 751. W tle Pasmo Jeleniowskie. Widok ku S

DW 751 między granica powiatu i Starą Słupią. Po lewej Pasmo Jeleniowskie. Po prawej Łysa Góra (594 m n.p.m.). Widok ku S

DW 751 między granica powiatu i Starą Słupią. Po lewej Łysa Góra (594 m n.p.m.). Po prawej Góra Chełmowa (351m n.p.m.). Widok ku NWW

DW 751 między granica powiatu i Starą Słupią. W centrum Łysa Góra (594 m n.p.m.). Widok ku SWW
Potem ciągła jazda pod górkę. Chyba jakiś wyścig przebiegał, wnioskując ze znaków na drodze. Zastanawiało mnie tylko, jak przejechali (jeśli to były rowery) przez Pasmo Jeleniowskie, skoro trasa biegła pod górę, trochę błotniście, a w pozostałej części z brukiem, składającym się z kamieniami ustawionymi tak, że ledwo się można było przemieszczać. Jechać to jeszcze sobie można było wyobrażać, bo część została już pokonana, ale żeby się ścigać? Próba uzmysłowienia sobie ich trudów nie zajmowała więcej mojego umysłu, gdyż sprawność roweru nie zachęcała do takich wyzwań. Większość pieszo. Dodatkową motywacją była niechęć do wyminięcia postaci przed mną. Trochę przeszkadzały komary. W późniejszym etapie również końskie muchy. Z radością las ten został przez mnie opuszczony. Zjazd po kamienistej drodze, zaopatrzonej w wypłukane wąwoziki. Wyjazd i podziwianie panoramy z drugiej strony gór. Brakował mi kogoś, kto jeszcze by mógł to oglądać.

Granica między Starą Słupią i Jeleniowem w dolinie Słupianki. Widok ku SWW

Jeleniowski PK. Droga z Jeleniowa do Piórkowa. Widok ku SE

Piórków Kolonia. Po lewej kościół pw. św. Stanisława Biskupa i Męczennika. Po prawej kapliczka św. Jana Nepomucena. Widok ku NNW
Kamienisty szuter, potem z radość z asfaltu. Można było mknąć w dół. Dojazd do DK74. Wkrótce potem, po przejechaniu w miarę płaskiego terenu, zjechało się przez Łagów ku południu. Na wstępie, za miasteczkiem powitały mnie podjazdy, z którymi jednak można się było uporać. Z naprzeciwka zaraz miał mnie minąć traktor, ale tuż za nim jechała policja. Wyprzedzili go, zatrzymali i kontrola – w kabinie wiózł jakiegoś ludka i jakiś trzeci się gdzieś uczepił. No i pewno mandat. Ja dalej, nie poznając finału sprawy, zatrzymując się dopiero na skrzyżowaniu na wzniesieniu, by zrobić zdjęcia. Ujechało się potem trochę dalej i pojawiły się problemy z dętką. Zapewne przez jazdę po kamieniach. Przy okazji można było przejrzeć przerzutkę i wózek, oczyścić, pokręcić, ale w rezultacie niewiele to dało – łańcuch omykał jak omykał. Udało mi się jedynie naprawić koło, które dotąd lekko latało na boki, jakby miało luzy, a tylko śrubka się nieco odkręciła na piaście.

Wola Łagowska. W tle Pasmo Jeleniowskie. Widok ku NNE

DW 756. Dolina Czarnej koło Rakowa. Widok ku NNW
Działo się to koło Woli Łagowskiej. Zaraz za nią zjeżdżało się przez kilka kilometrów w dół, raz szybko, a raz z hamowaniem, ale generalnie był to przyjemny etap. I tak do południa, aż dojechało się do Rakowa. Za miasteczkiem szeroka dolina rzeki Łagownica, która pod tą osadą łączyła się z rzeką Czarną płynącą z zachodu i dalej na południe tworzące razem jezioro Chańcza. Potem czekał mnie ciężki podjazd, a następnie łagodny zjazd do Staszowa. I tak jak kiedyś spotkała nas tam burza, tak i teraz trochę na mnie popadało. W Staszowie uzupełnienie zapasów przy rynku. Do tej pory było pochmurnie (nie licząc słońca przed Łagowem) ale ciepło. Za Staszowem cały czas już słonecznie

Między Sielcem i Koniemłotami. W tle Staszów. Widok ku NE
We wsi Sielec skręt z DW 757 na Koniemłoty – wieś na uboczu, ale ładnie wyglądająca, gdy ustało się na wzgórzu przed nią. Szybki powrót na główną, zostawione za mną zostały rozległe łąki nad rzeką Wschodnią. We wsi Strzelce zastanawiało mnie, jak dojechać do Oleśnicy, bo niby było się we wsi, a skrzyżowania sprawiły trochę kłopotów. Oleśnica i Pacanów minęły szybko. Podobnie przejazd przez Wisłę i ponowne zawitanie do Szczucina. Pod tamtejszą apteką dłuższy popas i wykańczanie moich zapasów. Z jedzenia nie zostało wiele, ale wystarczająco, by jeszcze nic nie kupować. Gdyby znalazł jakiś sklep po drodze, to bym pewnie i kupił, ale nie chciało mi się szukać. Już wtedy była pewność, że nawet jadąc nocą, do Krościenka nie dotarłoby się w czasie trzeciego dnia. Smutny ten fakt potwierdził się nazajutrz. Padła decyzja więc, że wydłużę trasę jeszcze trochę na zachód, jednocześnie „łapiąc” kilka gmin. Fakt ten się udał - co trzeba, to się stało.

Koniemłoty. W centrum kościół pw. Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny. Widok ku S

Pacanów. Centrum Bajki. Widok ku NE

Przerwa w okolicy Szczucina
Trasa dalsza powiodła do Bolesławia, przez Ćwików do Żelichowa, gdzie odwiedziło się ciekawy kościółek drewniany. Stamtąd przez Goruszów na południe do Żabna, za którym znajdował most na drugą stronę Dunajca. W miasteczku przyszła pora by w Ateńskiej zamówić pizze na wynos w ramach kolacji. W 5 minut jazdy na rowerze zniknęła i to bez zsiadania z roweru ani na moment. Zaraz potem pojawił się przystanek z koszem, gdzie można było się pozbyć pustego opakowania. Odjazd w stronę mostu, odwiedzenie mogiły żołnierzy z I wojny światowej. Tuż nad rzeką i kilkadziesiąt metrów dalej, za krzakami przyszło mi wreszcie rozłożyć namiot. Od razu zleciały się do mnie komary. Długo poprawiana była przez mnie sama konstrukcje (kijek mi się rozszczepił i niemiło się zachowywał). Namiot został przesunięty jak najbliżej krzaka, żeby go z drogi nie było widać. W trawie było dużo pająków.

Goruszów. DW 973. Kościół pw. św. Apostołów Piotra i Pawła. Widok ku S

Żabno. DW 973. Widok ku SEE

Żabno. Przerwa po kolację. Widok ku E

Skrzyżowanie DW 973 i DW 975. Widok ku NWW
Po godzinie leżenia, nawet rozpoczęło się drzemanie. Nagle nadjechał samochód z jakąś młodzieżówką. Stali gadali, może pili, a we mnie trwała czujność, dopóki nie odjechali. Może z kwadrans tak minął, nim można było się odprężyć. Nie skończyło się na tym. W nocy, może koło drugiej w okolicy, przechodziła burza, więc prowizorycznie można lepiej było zabezpieczyć się przed deszczem. Szczęściem, przebiegała ona bardziej na zachodzie. Mimo wszystko sen bardzo niespokojny.

DW 975. Nocleg w pobliżu Dunajca. Widok ku NNW
Podroż: 12:30
Jazda: 8:45
Przerwy: 3:45
Zaliczone gminy
- Nowa Słupia- Baćkowice
- Łagów
- Raków
- Tuczępy
- Oleśnica
- Mędrzechów
- Bolesław
- Olesno
- Gręboszów
- Żabno
- Radłów
Rower:Zielony
Dane wycieczki:
135.00 km (3.00 km teren), czas: 08:45 h, avg:15.43 km/h,
prędkość maks: 0.00 km/h4 dni w Pieniny II - Przedgórze Iłżeckie
Czwartek, 12 sierpnia 2010 | dodano: 08.02.2017Kategoria .Samotnie, .Wyprawy po Polsce, >200, ..Gminy Polska, 2010 Pieniny, ...Miejscowości łódzkie, ...Miejscowości mazowieckie, ...Miejscowości świętokrzyskie
Pobudka po 5 i spakowanie w drogę przed 5:40, witając wstające słońce. Było chłodno, ubrać się więc było trzeba nieco cieplej i rozruszać, bo ciężko mi było jechać. Chłód trochę mi zmroził uszy. Początkowo ciężko psychicznie. Trochę podśpiewywania. Bardziej za Lubochnią (tam miejscowi krzyczeli coś do mnie, bo zsunęła mi koszulka i ciągnęła się po ziemi, będąc o włos od upadku), kiedy to było już cieple. Mijało się lotnisko i bazę wojskową. Okolice pod Tomaszowem Mazowieckim pobieżnie poznane zostały w czasie Bikeorient i wydaje mi się, że warto poznać je lepiej, bo mimo że nie są tak reklamowane jak jura czy góry, to też mają swoje walory. Nie tylko przyrodnicze. Między innymi bunkry, w tym bunkier w Konewce koło Spały, który tym jest ciekawszy, że był przeznaczone do ochrony pociągów. Niestety z powodu wczesnej pory, braku czasu i z większych priorytetów, trzeba było ominąć ten przybytek. Do tego fatalny dojazd od zachodu, bo właśnie zerwali jedną stronę drogi, a druga była wyłożona przedwojenną kostką.

Żelechlinek. Kościół pw. św. Bartłomieja Apostoła. Widok ku SSW

Lubochnia. Po lewej kościół pw. Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny. Widok ku SEE

Lubochnia. Kościół pw. Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny. Widok ku NW

Henryków. Widok ku SE

Droga w okolicy lotniska przy wsi Nowy Glinik
Brakowało mi jakiejś muzyki. Przed Inowłódzią dojazd do skrętu, który ongiś zaprowadził mnie do Rawy Mazowieckiej, a dalej do Warszawy i pamiętnej nocnej jazdy z Kovalem i Księgowym oraz burzą w tle w 2008 r. Do osady wjazd ze zbocza, mijało się skrzyżowanie, przejeżdżało most, a potem skręt w DK 48 na Radom. Według planu miało się tak jechać kilka kilometrów i znaleźć drogę w lesie, która wyprowadziłaby mnie na drogę do Opoczna. Tak być miało. Jechało się, a las się skończył, więc przyszło zrezygnować z tego wariantu. Tak przejechało się przez Poświętne, dotarło do Ossy, gdzie nastąpił skręt na wiejska drogę do Drzewicy. Wcześniej minął mnie na kolarce facet, krótkie "hej" rzucił i pogonił dalej.

Inowłódz. DW 726. Widok ku S

Poświętne. W tle kościół pw. Świętych Filipa Neri i Jana Chrzciciela. Widok ku SWW
Wiatr nadal trochę przeszkadzał, ale warunki były optymalne. Wjazd w las, przerwa na krótkie śniadanie i dłuższy odpoczynek, gdy osiągnięte zostało najwyższe miejsce na tej drodze. Leżało się tak do 10, a potem ruszyło w dół do Drzewicy. Mijało się zamek i skręcało na wschód. Po kilku minutach skręt do Gielniowa przez Antoniów, a stamtąd wjazd na DK12. Etap jazdy jak na rozgrzanej patelni. Grzało mocno i okropnie mi się jechało. Umęczyła mnie ta podróż po pagórzystym terenie. Dojazd do Przysuchej. Zamiast wjechać główna trasą, pojechało się dalej na wschód i mijało zakłady HORTEXu oraz jakiejś firmy od dachówek, skręt w Warszawską. Drogę biegnącą w dół, na południe do centrum miasta. Tam przerwa w Żabce i zakupienie picia oraz cześci wyżywienia na dalszą drogę. Więcej czasu zajęło odpoczywanie, ale lód dodał mi sił, by dalej jechać.

Zamek w Drzewicy. Widok ku E

Bieliny. Kościół pw. Świętych Szymona i Judy Tadeusza. Widok ku NNW

A ja wcale

Zielonka. DK 12. W tle wzniesienia między Inowłódzią i Drzewicą. Widok ku NNW

Przysucha. Plac Kolberga. Widok ku SWW
I tak przejechane zostało ~63km bez zsiadania, od 80,5 km do 143 km trasy bez zsiadania z roweru, aż do Iłży. Początkowo była to długa jazda po krajówce, przez krajobraz bardzo płaski i mało zagospodarowany. Skręt w Mniszku - kilka minut po łatance, ale takiej paskudnej, że hej. Potem się nawierzchnia unormowała, ale w zamian dobijał mnie upał. Przecinało się DK7 w Orońskum następnie jadąc do Wierzbicy przez wieś Dąbrówka Zabłotnia. Tam upał mnie wypalał do kości. Jechało się ku SW, skręt ku SE przez Mirów Nowy, Osiny do Pakosławia między polami. Jakiś obszarnik uprawiał swoje hektary - raczej więcej niż 50ha. Tam też, przed zjazdem do wsi, zagadał do mnie lokalny rowerzysta, który stal na tym wzniesieniu i gdzieś patrzył. Jak się okazało wieś Pakosławska koło Iłży, posiadała swoją grupę rowerową, ludzi nazywających siebie „Turystami z Pakosławia”, wyruszającymi w drobne (ponad 100km) wyprawy w zasięgu jednego dnia, specjalizując się w szybkiej jeździe na kolarkach.

Skrzynno. DK 12. Po lewej kościół pw. św. Szczepana. Widok ku NEE

Mniszek. Remont mostu DK 12 na Szabasówce. Po prawej kościół pw. Świętych Jana Chrzciciela i Stanisława Kostki. Widok ku NNE

Mniszek. Remont mostu DK 12 na Szabasówce. Widok ku E

Mniszek. DK 12. Szabasówka. Widok ku SE

Droga z Mniszka do Orońska. Widok ku NE

Las między Osinami i Michałowem w pobliżu granicy województw. Widok ku E

Droga między Michałowem i Pakosławiem. Widok ku NE
Rozmawiając z jednym z nich (chyba S., ale nie pamiętam), udało się dotrzeć do Iłży, gdzie rozstaliśmy się nad rzeczką przy jadłodajni Polecał mi placek po węgiersku stamtąd. Miał być świetny i zaspokajający apetyt na pół dnia. Po prawdzie placek był świetny i choć porządnie uzupełnił pustkę w żołądku, był odrobinę za mały, jak na moje ówczesne potrzeby. Z Iłży kurs doliną Iłżanki, 10km na północ do Kowalowa, które leżało w powiecie Zwoleńskim. Tam skręt na południe, przejazd przez las należący do Iłży i zaraz za nim udało się znaleźć w powiecie Lipskim – tym sposobem osiągając, to czego nie udało mi się zrobić przez długi czas – rowerem odwiedzić ostatni powiat województwa mazowieckiego. Zostały już tylko gminy.

Iłża. DK 9. Widok ku SEE

Iłża. DK 9. Iłżanka. Widok ku SSW
Kurs przez Sienno do Ostrowca Świętokrzyskiego. Wyglądało to tak, że przy zachodzącym słońcu jechało się coraz szybciej i szybciej po dość płaskim terenie, które obniżało się ku południu. Za Siennem pędziło się prawie cały czas, na ile pozwalały mi techniczne problemy roweru (od czasu wywalenia, przy mocniejszym naciśnięciu na pedały łańcuch mi omykał. Problem rozwiązany tyko doraźnie, majstrując regulatorem przerzutki tak, że raz jeden, raz drugi bieg był wystarczająco odporny, żeby omsknąć dopiero po bardzo silnym nacisku). Do Ostrowca docierając o zmroku, ale było wystarczająco jasno, żeby dobrze widzieć. Ten stan jednak szybko się zmieniał. Zaraz po wjeździe do miasta, przerwa na przystanku, by przygotować się do nocnej jazdy. Gdy się ruszało, niedługo potem wyskoczył na mnie pies. Jechało się głównie ścieżką rowerową. Przejazd ku zachodniej część miasta.

Sienno. Rynek. Widok ku W
Okrążając centrum, dotarło się do Szewnej. Od tej pory na trasie przeszkadzał mi remont trasy ku zachodowi. Drugim problemem były duże podjazdy, które trzeba było pokonać na najniższych biegach, ale jednak do przodu. Wśród ciemności nocy, gdzie tylko gwiazdy świeciły i latarnie przy drodze, przejechało się przez dolinkę, w której zrobiło się okropnie zimno, a ponadto nie było żadnych domów, lamp i ciemność pogrążała ten kawałek świata. W tym miejscu samochody korzystały z jednego pasa, gdyż drugi był zerwany. Na szczęście pojawiły się dopiero pod koniec, więc obyło się bez sensacji. Tak dotarło się do Waśniowa, osadzie gęściejszej niż okoliczne wsie, gdzie przy podjeździe dostrzec można było jeża na drodze, którego nogą wystarczyło zepchnąć na krawędź drogi (ale niestety był wysoki krawężnik), żeby miał większe szanse i nie tak łatwo wpadł pod koła. Podjazd o pół kilometra pod górkę, następnie rozbiłając namiot na skoszonym polu - i jak mi się wydawało po ciemku - za dużym i gęstym krzewem. Pole było po zewnętrznej stronie zakrętu, więc było tym bardziej niewidocznie.
Jeszcze ostatni raz przyszło mi spojrzeć na światła miejscowości pobliskich i tych dalszych. Potem na gwiazdy z myślą, że już niebawem dotrę do Krosćienka, gdzie ktoś na mnie czekał. Na koniec spać, po przejechanych ponad 210km tego dnia.
Podroż: 16:45
Jazda: 13:55
Przerwy: 2:50
Zaliczone gminy
- Poświętne- Wieniawa
- Kowala
- Wierzbica
- Mirów
- Mirzec
- Kazanów
- Ciepielów
- Rzeczniów
- Sienno
- Waśniów
Miejscowości łódzkie
--
-
-
-
-
-
^+
-
-
-
-
-
-
Miejscowości mazowieckie
- Kolonia Ossa- Ossa
^+
- Antoniów
- Bieliny
- Gielniów
- Jastrząb (-C)
- Zielonka
- Stoczki
- Goździków
- Marysin
- Zawada
- Skrzyńsko
- Zbożenna
- Skrzynno
- Sokolniki Suche
- Kochanów
- Wieniawa
- Jabłonica
- Zawady
- Mniszek
- Wymysłów
- Chałupki Łaziskie
- Łaziska
- Dąbrówka Zabłotnia
- Ruda Mała
- Ruda Wielka
- Błędów
- Rzeczków
- Wierzbica
- Mirówek
- Mirów Nowy
^+
- Michałów
- Pakosław
- Starosiedlice
- Jedlanka Stara
- Jedlanka Nowa
- Wólka Jedlańska
- Wólka Gonciarska
- Kowalków Kolonia
- Małomierzyce
- Czerwona
- Bielany
- Marianów
- Osinki
- Pawliczka
- Rzeczniów Wieś
- Sienno
- Wodąca
- Olechów Nowy
- Olechów Stary
- Eugeniów (-C)
- Dąbrówka
Miejscowości świętokrzyskie
- Osiny-Majorat- Osiny
^+
-
-
Rower:Zielony
Dane wycieczki:
216.00 km (2.00 km teren), czas: 13:55 h, avg:15.52 km/h,
prędkość maks: 0.00 km/h4 dni w Pieniny I - Lipce Sierpniowe
Środa, 11 sierpnia 2010 | dodano: 08.02.2017Kategoria .Samotnie, .Wyprawy po Polsce, ..Gminy Polska, 2010 Pieniny, ...Miejscowości łódzkie, ...Miejscowości mazowieckie
Kilka dni wcześniej znalazły się wszystkie sakwy. Ułatwiło mi to wyprawę. Na dwa dni przed wyprawą były już w większej część załadowane. Po przebudzeniu dość wczesnym rankiem, dobrze było zrobić sobie porządne śniadanie. Ugotowane zostało więc pół paczki makaronu z sosem i ledwo wszystko udało się zjeść. Do sakw powędrowało trochę jedzenia na trasę i w drogę. Na początek trasa nad Wisłą. Nim wyjechało się z Czerwińska, trochę trzeba było pogrzebać przy napędzie. Z DK62 zjazd w pierwszą za zakrętem. Dalej Konopnicka, Słowackiego, Grabowskiego, Narutowicza. Okólną i Płocką przejazd trasą koło targowiska, które tego dnia było opuszczone. Droga się kończyła, ale dla pieszych był chodnik. Koło ronda na główną, po czym przejazd przez most. Z krajówki zjazd wydeptaną ścieżynką, prowadzącą na Wyszogrodzką w Młodzieszynie. Skręt w Konwaliową, dojeżdżając do ściany lasy i wracając Leśną. Przemieszczając się wzdłuż drzew, odbijało się od nich w Kruczą. Potem ponownie w pobliże DK50, lecz z odbiciem na wschód. DP przez Helenkę do DW705 za mostem.

Sochaczew. Most DW 705 na Utracie. Widok ku SSW
W Sochaczewie małe zakupy w niewielkim sklepie po lewej stronie. Jeszcze przed centrum. Z ciekawości zachciało mi się kupić „Tonic” firmy Zbyszko – wyglądało jak woda gazowana, zapach cytryny, a smak goryczy grejpfruta... Pijąc go, aż mi niedobrze się robiło. Po kilku próbach więcej nie dało rady, więc aby się nie zmarnowało, przez resztę podróży służyło mi do mycia. Choć smak wybitnie paskudny to przynajmniej zapach ładny. Miasto opuszczone trasą na Skierniewice, ponownie odwiedzając Bolimów. Ostatni raz wiodło mnie tam przed wyprawa do Wilna z Płońską grupą LIMES. Wtedy nastąpił wjazd na most środkowy, a tym razem południowy i to prosto na zachód. W Nieborowie tym razem już za dnia (a było przyjemnie, letnio gorąco). Poprzednio zaś w 2008, około północy, wracając z Krakowa.

Wieża ciśnień przy dworcu w Sochaczewie. Widok ku SW

Bolimów. W centrum kościół pw. św. Anny. Widok ku S
Przejechało się przez Nieborów, następnie udając się w stronę Lipiec Reymontowskich. Mijało się pole na którym było mnóstwo słomy. Łączna liczba beli słomy wynosiła (z pobieżnych szacunków) około 6000, na dodatek większych niż przeciętne. Później większa przerwa i trochę pomyliła mi się trasa, nadkładając przez to dwa kilometry przez Sielce Lewe. Między Makowem i Płyćwią teren był zauważalnie wyniesiony o kilkadziesiąt metrów. Z wolna zjeżając do Godzianowa, gdy mocniej naciskało się pedał, omsknął mi się łańcuch, za nim poleciała prawa noga tak, że ledwo lewa się trzymała. Obok przejechało auto, a rower stracił równowagę, wjeżdżając na pobocze ostatecznie lądując na glebie. Po tym, nieco się wkurzywszy, trzeba było jechać dalej.

Bełchów. Kościół pw. św. Macieja Apostoła. Widok ku SE


Wola Makowska S. Widok ku NW

UG Maków. Widok ku N

Droga z Płyćwi do Godzianowa. Widok ku SSE
W Lipcach nawet bez zatrzymywania. Wciąż trzymały emocje związane z drobną awarią, przez którą strach było mocniej depnąć. W Słupi niepotrzebny skręt w lewo. DW 705, potem DK 72 i zakupy w Głuchowie, po czym skręt na południe. W terenie było kilka pagórków, towarzyszył mi silny wiatr i gorąc. Doskwierało zmęczenie, a dzień tak ogólnie mi się nie podobał. Koniec jazdy przed zmrokiem w opuszczonym domu niedaleko Tomaszowa. Ciężko mi było zasnąć, a potem i spać. Śniło mi się, że w tym domu trwał mój sen i było przeze mnie wyłączane radio, żeby nikt nie odkrył, że tam jestem. Jakie radio?

Lipce Reymontowskie. Widok ku NWW

Droga z Zagórza do Słupii. Widok ku SSE

Jeżów. Kościół pw. św. Józefa Oblubieńca Najświętszej Maryi Panny. Widok ku N

Zakupy w Głuchowie

Naropna. Widok ku SSE

Żelechlinek. Kościół pw. św. Bartłomieja Apostoła. Widok ku SSW
Podróż: 10:10
Jazda: 8:34
Przerwy: 1:36
Zaliczone gminy
- Maków- Godzianów
- Lipce Reymontowskie
- Słupia
- Jeżów
- Głuchów
- Żelechlinek
Miejscowości mazowieckie
- JuliopolMiejscowości łódzkie
--
-
-
-
-
Rower:Zielony
Dane wycieczki:
133.00 km (7.00 km teren), czas: 08:34 h, avg:15.53 km/h,
prędkość maks: 0.00 km/hDwudniowa z Krakowa II - Do Brzezin
Sobota, 31 lipca 2010 | dodano: 08.02.2017Kategoria .Samotnie, .Wyprawy po Polsce, ..Gminy Polska, 2010 Wyżyna Małopolska W, .Z rodziną, ...Miejscowości łódzkie
2010.07.30 - 31 Dwudniowa z Krakowa - cała trasa
Do centrum jechało się około godziny. W promieniach słońca, widać było to, co ongiś tylko w nocy. Tym razem wyjazd DK 42 w kierunku Końskiego. Przed opuszczeniem miasta leżąca przerwa na przystanku, kilkanaście minut walcząc ze snem. Gdy udało się zebrać siły do dalszej drogi, okazało się, że w samą porę, gdyż oto ktoś zmierzał na przystanek. Dalej spokojnie, w zmęczeniu przez ~20 kilometrów, które mi się dłużyły. W Rzejowicach skręt na północ, ale przed tym jeszcze sobie odpoczynek z podjadaniem porządniejszego śniadania. Tereny w tych rejonach były dość równinne, choć jakieś pagórki się zdarzały. Podjazdy nie takie ciężkie, ale przez zmęczenie ciężko mi było sobie z nimi poradzić.

Radomsko. Po lewej Muzeum Regionalne. Po prawej kościół pw. św. Lamberta. Widok ku N
Przez Wolę Przerębską do Gorzkowic, gdzie stał duży kościół. Nieco wcześniej mijało się dwoje ludzi na rowerach, z czego jeden to jakiś osobnik płci męskiej (brat/tata), a drugim była jakaś mała dziewczynka, która o mało nie nawinęła mi się pod rower. Gdy facet się zatrzymał, ona chyba chciała zrobić nawrót zataczając kółko, podczas ich wyprzedzania. Obyło się bez kolizji. Mijało się Niechcice. We wsi Tłuszczanek odbywały się piłkarskie zawody. Odpoczynek na przystanku, a gdy już się dalej ruszało, z przeciwległego w domu sołtysa dało się zauważyć osobę, która odchyliła firankę i mi się przyglądała. Gdy ów człek wiedział, że ja wiem, wnet szybko czmychnął. Przed wsią Bogdanów, zaczął padać deszcz. Silny. Kurtka. W Mąkolicach znalazło się schronienie w ruinie, gdzie przeminęło mi ponad pół godziny. O 14 czyli 24h od przekroczenia granicy Krakowa, przejeżdżając tuż koło żwirowni naliczonych zostało przez mnie 233 km.

Gorzkowice. Kościół pw. Najświętszego Serca Pana Jezusa. Widok ku NNW

Dwór w Parzniewicach. Widok ku SSW
Gdy się przejaśniło, przez resztę trasy było spokojne i pogodnie. Przecięło się DK74, chwilę jadać po niej na wschód. Po tym czekała na mnie kamienisto-żwirowa droga, ciągnąca się przez 4km. Mijało się jakiegoś typka, który stał na drodze i ewidentnie chciał coś do mnie powiedzieć. Ja nie bardzo, więc zbliżenie nastąpiło w trybie przyspieszającego roweru, szybko go wymijając. Udało się tylko na zadane przez niego dzień dobry odpowiedzieć tym samym, słysząc z daleka, że coś jeszcze mówił. Na przystanku w Kamocinie ostatni popas z resztek jedzenia i zmiana skarpetek na suche. Mimo tego, że poprzedniego dna wyschły, to deszcz w Bogdanowie mi je ponownie załatwił. Dalsza jazda taka, że ledwo pamiętam co tam było. Generalnie płasko.

Bogdanów. Kościół pw. Trójcy Przenajświętszej. Widok ku NNW

Między Zaborowem i Kamocinkiem. Widok ku NNE

Okolice Modlicy. Widok ku N
W końcu dojechało się do Tuszyna - miejscowość tuż przed Łodzią. Skręt na Modlnicę i przed wsią, na słoneczku przyszło mi zdrzemnąć się przez godzinę. Po obudzeniu telefon po transport i kurs najpierw przez Kalinko i Romanów do Andrespola, a potem skręt w kierunku Łodzi. Odbijało się w Gajcego ku NE, przez Jordanów dostając się do Brzezin. Droga była makabryczna, ale w dół. W Brzezinach jeszcze się trochę kręcenia i wyjazd na DW 704, trasą do Łowicza. Spotkanie nastąpiło przy umówionym znaku granicznym, po czym rower powędrował do auta. Nie było już we mnie chęci i sił, by poświęcać kolejną noc na jazdę drogą, którą i tak już była przejeżdżana – zarówno dniem jak i nocą, bo na nowe trasy sił brakło tym bardziej.

Łódź. Gajcego. Widok ku NE

Małczew. Widok ku SSE

Brzeziny. Staszica. Widok ku SSW
Wyjazd: 6:50
Radomsko do przerwy: 7:30 - 7:55
Wyjazd z Radomska: 8:21
Przerwa Kodrąb: 9:30-50
Przerwa przy zawodach: 11:25-11:45
Deszcz i krótka przerwa na znalezieni trasy: 12:45
Przerwa Mąkolice: 13-13:50
Przerwa Kamiocin: 14:55-15:20
Drzemka Modlnica: 16:55-17:55
Koniec za Brzezinami: ~20
Jazda: 10:30 h
Przerwy: 3:25h
Zaliczone gminy
- Kodrąb- Masłowice
- Gorzkowice
- Rozprza
- Wola Krzysztoporska
- Grabica
- Tuszyn
- Rzgów
- Brójce
- Andrespol
- Łódź (Andrzejów 10/36)
- Nowosolna
Rower:Zielony
Dane wycieczki:
139.00 km (4.00 km teren), czas: 10:30 h, avg:13.24 km/h,
prędkość maks: 0.00 km/hDwudniowa z Krakowa I - Do Radomska
Piątek, 30 lipca 2010 | dodano: 08.02.2017Kategoria >200, .2 Osoby, .Wyprawy po Polsce, ..Gminy Polska, .Z Kasią, 2010 Wyżyna Małopolska W, .Pół nocne, .Warszawa, ...Miejscowości łódzkie, ...Miejscowości małopolskie, ...Miejscowości śląskie, .Samotnie
Do Warszawy i Kraków
Była to pierwsza wyprawa ułożona pod gminy. Trasę sklejona tak, by zapełnić luki między wyprawami z 2008. No nie przespana nocy. W jej trakcie trwało pakowanie i przygotowywanie jedzenia. O 4 rano wyjazd z domu, tuż przed wschodem słońca. Było chłodnawo, lecz dość ciepło jak na ostatnie noce. Jazda trwała prawie bez zatrzymywania. Przejazd przez Zakroczym, obwodnicą Modlina docierając do NDM, gdzie udało się poznać kilka nowych ulic. Po jakimś czasie udało się dotrzeć do Jabłonny. Spieszyło mi się, bo pociąg do Krakowa (na stację Kraków Główny) miał ruszyć o 7:48. Ekspresowy czyli droższy (bilety były chyba zamówione przez tatę Kasi dzień wcześniej).Do Warszawy udało mi się dotrzeć około 6:30. Trochę odpoczynku, ale nie można było się rozleniwiać. Prawie cały czas udało się trafiać na zielone światło. Mijało się wielkie doły, jakie wykopano na ulicach, lecz nie wiem w jakim celu. Zerwany pas jezdni, pod którym odsłaniała się stara, wybrukowana kamieniami droga. O 7:00 przy elektrociepłowni na Żeraniu. 7:20 między mostem Gdańskim i cerkwią. Na Wschodnim 10-15 minut przed odjazdem. Prawie od razu do maszyny. Były problemy z włożeniem roweru przez drzwi, ale jakoś dało radę i po jakimś czasie udało się nam zasnąć.
Krakowskie dworce
Zanim wjechało się do Krakowa, pociąg stał trochę czasu w szczerym polu, ale w końcu się ruszył i udało się go opuścić na Dworcu Głównym. Zjazd windą, mijając miejsce na podłodze, gdzie swego czasu drzemało się po katorżniczym wyjeździe do Krakowa. Pieszo na PKS, a kiedy Kasia kupowała bilet, mi pozostało wypakować jej rzeczy i gruntownie przepakować sakwy. Aby nie obcierać nogi, tak jak na początku lipca - na prawą stronę powędrowała sakwa mniejsza. Trzeba było jeszcze poszukać właściwego przystanku. Okazało się, że dworzec PKS był dwupoziomowy i trzeba było zjechać windą. Tam bus już stał i zbierał bagaże do środka. Jacyś ludzie chcieli przetransportować rower, co im się udało. Kierowca tylko poinformował groźnym głosem, że do bagażnika wkłada się tylnym kołem do środka pojazdu, a więc prostopadle do kierunku jazdy, po to żeby można było włożyć więcej bagażu. Kasia pojechała do Krościenka, a ja na rowerze przez Kraków.Przez Kraków
Najpierw trzeba było przedostać się na drugą stronę torów (tj. na zachód). Pieszo przez galerię handlową, rozważając, czy aby czegoś nie zjeść, ale pomimo dużego głodu udało się powstrzymać. Najpierw trzeba było się wydostać. Udało się znaleźć windę. Omijało się Barbakan i pomnik na placu Matejki. Kręcenie rożnymi uliczkami, gdzie trwały remonty, aż dojechało się do wypatrzonego wcześniej w necie sklepu rowerowego "mbike". Szybko udało się kupić lampkę. Sam sklep jest ciekawie zrobiony, bo wyglądał jak na jakimś straganie w zaułku, z jednym wejściem przez bramę na korytarz-dziedziniec. Kolejny punkt wycieczki to szukanie baterii, bo te które zostały zabrane, wnet mi padły. I tak to trwało, aż zaczęło padać, a gdy się udało kupić akumulatorki, to też się okazały padnięte (mogło chodzić o coś w ustawieniach aparatu, albo po prostu były to padnięte baterie). W końcu mi się udało kupić sprawne. Nim tak się stało, udało mi się posilić bardzo tanio, bo w sumie za 9,80 - dwie porcje naleśników (razem 6 sztuk) ze śmietaną i serem w jakimś barze mlecznym przy ul. Wybickiego. O dziwo, mimo wcześniej odczuwanego głodu, ostatni z nich ledwo udało się wcisnąć. Smakowało i zapełniło żołądek. Ciepłe jedzenie odtąd nie było przez mnie jedzone, aż do samego domu. Ostatni punkt podczas pobytu w Krakowie, to zakupy w Żabce, gdzie zostały zrobione ostatnie zakupy. 6 czekolad i tyleż samo misio-żelek, duża Mirindę, która dopełniła zasobów picia wraz z napojem, 3Cytryny oraz i trzema butelkami wody z domu (2 gazowane). Była też jakaś kartka na którą się zbierały punkty za zakupy (chyba z kilka miesięcy później wymienione na maskotkę, o ile mnie pamięć nie myli).
Kraków. Barbakan. Widok ku SWW
Szlak przez miasto: DG - Worcella - Zacisze - plac Matejki - św. Filipa - Słowiańska - Krowoderska - Szlak - Łobzowska (chodnikiem, mbike) - Axentowicza - Kujawska - Mazowiecka - Aleja Kijowska (chodnikiem) - Wrocławska - Wybickiego (Jadłodajnia, chodnikiem) - Łokietka (przy blokach i chodnikiem) - Wyki (baterie i trochę chodnika) - Pachońskiego (Żabka)
Od Krakowa do przeprawy przez las
Na granicy Krakowa ostatnie poprawki przy rowerze, rozgrzewka i w długą. Pierwsze 20km prowadziło do Skały. Może ze 2-3 razy zjechało się krótko w dół, a tak to cały czas raczej łagodny podjazd. Na początku szło mi dobrze, nachylenie takie, że nawet się pędziło. Potem zrobiło się stromiej, gdy tylko stromizna robiła się okropna, zaczynało tworzyć się tyle potu, że trzeba było zdjąć kurtkę. Przewieszona została przez kierownicę, bo nie chciało mi się przerywać jazdy. Gdzieś po drodze mijało się malucha, którego kierowca, starszy jegomość, zbierał złom z pobocza. Po lewej widać było głęboko ukrytą dolina Prądnika. Na asfalcie znajdowały się pozostałości po deszczu, jaki przechodził tutaj w czasie mojego krakowskiego posiłku. Zjeżdżając do Skały, ochlapały mi się nogawki.
DW 794. Wyjazd z Krakowa do gminy Zielonki. Widok ku NNW

DW 794. Januszowice S przy granicy gmin. Widok ku NEE
Nawet nie chciało mi się zatrzymywać. Od rynku natychmiast na wschód. Trzy kilometry zjazdu minęły błyskawicznie. W jego trakcie przyszło mi otworzyć lewą sakwę, gdzie znajdowała się mapa - trzeba było szukać drogi, w którą należało skręcić na północ. Pojawił się skręt na Minogę. Jadąc powoli, mapę wędrowała z powrotem, ale zamknąć sakwy już mi się nie udało, bo zaczął się spadek, a asfalt sugerował pełne skupienie na omijaniu dziur i garbów. Do tego na dole ostre zakręty i jeszcze jeden zjazd, na którym już trzeba było hamować – najbardziej stromy i z solidnym zakrętem. Jak się można spodziewać, zaraz potem czekał mnie podjazd. Gdy go się udało pokonać można było już podziwiać okoliczne pagórki i żałować, że jadę samotnie. Warto zjechać z krajówek, zboczyć między wsie i pola, gdzie wszystko wygląda tak malowniczo. Nawet asfalt o tysiącach barw, nawierzchnia niczym tort.

DW 794. N kraniec wsi Cianowice. Widok ku W

Minoga. Kościół pw. Narodzenia Najświętszej Marii Panny. Widok ku N
Podróż tam polegała na prawie ciągłym trzymaniu mapy i analizie, gdzie to ja mam skręcić. Do tego kilka zjazdów i podjazdów (na jednym z nich, na chwilę trzeba było podeprzeć się nogą przy zmianie biegu, a innym razem, gdy spadł mi łańcuch, udało się założyć go, wrzucając wyższy bieg – dziw ten zaskoczył mnie niezmierne, pierwszy raz bowiem mi się taka akcja zrobiła). Tak dojechało się do Charsznicy. W jej rejonach, gdy podjazd się zdarzał, to był łagodniejszy i krótszy niż poprzednie, a później było raczej płasko. Od jakiegoś czasu widać było, że jest straszne zamglenie w powietrzu i słabo widać miejsca znacznie oddalone. Stan ten utrzymywał się również następnego dnia, aż do wieczora. Kilka kilometrów dalej zaczęło padać i choć trwało to tylko kilka kilometrów, to przyszło mi odziać się w kurtkę.

Minoga N. Podjazd do Barbarki. Widok ku NNE

Gołyszyn S. Podjazd z Barbarki. W tle Dolina Dłubni. Na horyzoncie, po lewej wzgórze na którym leży Koniusza, po prawej lesiste wzgórza po SW stronie Słomnik. Widok ku SE

Podjazd z Gołczy do Cieplic. Widok ku NNW

Zjazd z DW 783 do Witowic. Dolina Szreniawy. Widok ku NNE

Miechów-Charsznica. Kościół pw. Matki Bożej Różańcowej. Widok ku NWW
Przeprawa przez las
Wg planu, we wsi Kępie trzeba było skręcić na Żarnowiec. Miała to być szutrowa droga koło lasu. Rzeczywistość była gorsza. Skręt na tę drogę był jeszcze we wsi, ale mi zachciało się jednak trzymać asfaltu, który bliżej lasu zaczął skręcać na południe. Po prawej pojawił się polny zjazd na prawo, ale nie przypominał mi tego ze zdjęć, no i ukazały się mokradła. Do głowy przyszła mi myśl, że tamta droga może przez nie prowadzić i w rezultacie ugrzęzłoby się w błocie. Tak wiec przyszło mi się dalej trzyać dalej asfaltu, który wnet przeszedł w szuter z obfitością kamieni. Po minięciu ostatnich, samotnych stojących domów, wsiąkało się w las. Droga była taką tylko z nazwy. Zarośnięta trawą, dalej pojawiła się woda. Wydawało mi się, że pochodziła z ostatnich opadów i po prostu sobie zalegała. Nie zaniepokoiło mnie to, ale trudno było przez to przebrnąć. Drogę zagrodziły mi drzewa i trzeba było z roweru zsiąść, by móc się dalej przemieszczać. Gdyby tylko można to było zrobić tak łatwo, jak to powiedzieć. Nade mną krążyło ze 20 końskich much. Tych bestii paskudniejszych od much i komarów, których nie da się po prostu przepłoszyć. Jak się nie zabije, to nie dadzą spokoju. Latały tak, że nie dawało się rady nawet ich walnąć. Wymęczyły mnie przeokropnie. Żeby zrobiło się weselej, nagle pojawiły się szerokie kałuże, które trzeba było omijać. Przejście nad rzeczką, w której leżało różowe wiaderko, brnąc dalej. Miejscami woda przybierała pomarańczową, czy wręcz czerwonawą barwę, będąc przy tym niesamowicie klarowną i przejrzystą.
Kałuże w lesie Staszyn. Widok ku W
W końcu przyszło załamanie. Gdy do tej pory rower był pchany poprzez wodę, w zagłębieniach po kołach cięższych pojazdów, idąc po względnie suchym brzegu, nieraz skacząc i biegnąc. Kilka razy rower o mało mi się nie przewrócił, a to z oczywistych względów było jak najmniej pożądane. Buty mi się trochę zamoczyły. "To nic, zaraz przeschną, jak tylko znów wsiądę”. Roje much nie dawały spokoju. Komarów w porównaniu z nimi było ledwie kilka. W pewnym momencie to już nie były kałuże, ale bajorka. Stało się to, czego lepiej było uniknąć i przyszło mi biegnąć poprzez wodę, szukając co bardziej suchych fragmentów oraz kęp roślin. Niewiele to dało, ale przynajmniej kostki były suche. Po głowie przelatywały obawy, czy to była faktycznie woda, a nie bagna. W końcu jakoś udało się wyjść z tego piekielnego lasu. Przedarcie się przez niego zajęło mi około 15 - 20 minut, które się dłużyły okropnie. Wszystko w pośpiechu. Nie było czasu na zastanowienie, ledwo tylko 3 zdjęcia udało się zrobić, raz przystając na łyk wody. Nie była to jednak jeszcze pora na odpoczynek. Woda co prawda za mną, ale i w butach, a na dodatek jeszcze ścigały mnie bestie. Szybko na rower, uciekając prawie kilometr, nim przestało się je widzieć. Wtedy można było zdjąć buty, skarpetki, wszystko wyżąć, poczekać aż trochę to przeschnie, a przy okazji wreszcie odpocząć i podjeść.
Po przeprawie przez las
Była to moja pierwsza przerwa po czterech godzinach podróży i przejechanych od Krakowa 50km. Nim dojechało się do lasu, nie nastąpiła żadna przerwa, a tylko raz przyszło mi się podeprzeć. Po przerwie pora na Żarnowiec, małe miasteczko i mało w nim czasu. Od razu kurs na Koryczany. Było dosyć jasno, bo to co miało padać, to już spadło i się nieco rozpogodziło. Nadal jednak było widoczne zamglenie, które nasiliło się po kolejnych kilkunastu kilometrach, gdy we wsi Krzelów mijało się duże stawy na Mierzawie, prawym dopływie Nidy, który w tych stronach miał swe źródła. Odbywało się tu tak intensywne parowanie, że nawet asfalt zawilgotniał. Przejeżdżało się między nimi ku północy. Wpierw asfaltem, później szutrówką "tysiąca i jednej kałuży".
Droga między Jelczą i Żarnowcem. Las Staszyn i przebyta przezeń droga. Widok ku E

Żarnowiec. Kościół pw. Narodzenia Najświętszej Marii Panny. Widok ku SE

Droga z Karczowica do Mstyczowa, tuż za granicą województw. Widok ku NNW

Droga przez las w okolicy Bugaja

Podjazd z Raszkowa do Wielopola. Po lewej las Borki. Nieco w prawo - las Celiny. Widok ku W
Jazda nocna do noclegu przystankowego w Wygodzie
O zachodzie słońca mijało się Słupię, a o zmroku, tuż przed zapadnięciem ciemności, dojeżdżało do Szczekocin. Przed miastem, nim wyjechało na krajówkę, trwała przerwa na odpoczynek i posiłek przed nocną jazdą oraz przygotowanie roweru do boju. Żwawo udało się przemieścić po raz drugi przez to miasteczko (poprzednio we wrześniu 2008), gdzie nastąpił skręt na Częstochowę. Nocna dłużyła mi się droga. Z mp3 w uszach. Wszędzie mgła, która sprawiała, że co chwila trzeba było przecierać twarz i nogi, na których osadzała się woda. Mgła widzialna była nawet pomimo mroku, który przez nią stawał się jeszcze większy, gęstszy, potężniejszy. Co jakiś czas mijały mnie samochody, obszczekiwały psy, chyba raz nawet goniły. Jeden chyba oberwał z buta. Szybkie przemieszczenie przez Lelów i późnej czekało mnie 6-7 km jazdy wśród lasów. Tam przeszył mnie dziwny, potężny lęk. Lasy razem z mgłą, sprawiały ponure wrażenie, a jedyne światło pochodziło z lampki. Jej światło mnie utrzymywało. Z radością przyszło powitać światła Janowa, w którym nastąpiło przystanięcie na kilka minut, by zjeść czekoladę i przeczytać mapę. Zmiana kierunku na północny. Jeszce raz trzeba było przejechać przez las, mówiąc sobie, że w dzień wyglądałby lepiej. Przejazd przez Przyrów i Dąbrowę Zieloną. Chyba po pierwszej udało się wjechać do łódzkiego województwa ustalając, że szukam już jakiegoś przystanku. Udało się znaleźć – 3 km przed Radomskiem, na granicy z lasem, pod koniec wsi Wygoda. Nazwa zachęcająca, więc sen trwał do 6:30.
Janów. DK 46 przy Kościuszki. Widok ku SSW
Odległość: 232,5 24h
- do Dworca Wschodniego: 59,1
- od Krakowa do Radomska: 172,5
Jazda: 14:40
- Warszawa: 3:10
- Kraków: 40 min
- Z Krakowa: 12:50
Przerwy: 70 min od Krakowa
Do Warszawy: 4:xx - 07:30
W Krakowie: 11:30 - 14:00
Do lasu z wodą: 14:00 - 17:40
Wyjście z lasu: 17:55 + przerwa 20min do 18:20
Przerwa Szczekociny: 20:32 - 20:51
Przerwa Janów: 23:00 - 23:07
Przerwa gdzieś po drodze: 1:02 - 1:18
Nocleg przed Radomskiem: 02:07
Zaliczone gminy
- Gołcza- Charsznica
- Kozłów
- Żarnowiec
- Sędziszów
- Słupia
- Janów
- Przyrów
- Dąbrowa Zielona
- Żytno
- Gidle
Rower:Zielony
Dane wycieczki:
239.00 km (4.00 km teren), czas: 14:40 h, avg:16.30 km/h,
prędkość maks: 0.00 km/hWyprawa na praktyki XXII - Ojcowski PN
Niedziela, 18 lipca 2010 | dodano: 01.04.2017Kategoria .2 Osoby, .Wyprawy po Polsce, ..Gminy Polska, .Z Kasią, 2010 Pińczów
Pobudka zmęczonych ludzi. Po opuszczeniu Krakowa, pognało nas do Balic. Nie mając pojęcia jak i kiedy, wjechało się po prostu za znakami - na ekspresówkę bez alternatyw. 500m przed zjazdem na lotnisko zatrzymała nas policja. Pouczyli nas i odprowadzili kawałek, pilnując czy idziemy, a nie jedziemy po czym powiedzieli, że spieszą się do wypadku. Podjechało się pod terminal, wzbudzając ciekawość i zdziwienie widoczne w oczach ludzi. Po pobieżnym obejrzeniu wnętrza kurs na północ ulicą Kmity. W Zabierzowie przerwa na (zbyt duże) zakupy przy Willowej (uprzednio zjeżdżając pod zamknięty w market przy Topolowej). Po pierwszych promieniach słońca niewiele się ostało. Pogoda ewidentnie zmieniała się na deszczową, póki co tylko nadciągnęły szare chmury i chłód.

Terminal T1 lotniska w Balicach. Widok ku NNE

Balice. Na Lotnisko. Pas startowy. Widok ku NW
Szkolną pod torami, nawrotka koło dworca i dalej głównymi przez Brzezie, Ujazd i Tomaszowice do Modlnicy. Tam przerwa na przystanku naprzeciwko dworu, gdzie przesiedziało się z godzinę. Ominęło się dzięki temu pierwszą ulewę, potem jeszcze dwie fale, ale jak padało tak z lekka to w końcu zachciało nam się ruszyć. DK94. Skręt w Wesołą. Zjazd drogą o mokrej nawierzchni i ogromnym spadku. Hamulce nie dawały rady i naszło zwątpienie, więc trzeba było zejść z rowerów, resztę stromizny schodząc. Na dole skręt w lewo (Swawola), znajdując się na drodze do Ojcowa.

DW 774. Granica między Szczyglicami i Zabierzowem. Dolina Rudawy. Skała Kmity. Widok ku NNE

Prądnik Korzkiewski. Ojcowska w okolicy uliczki Kliny. Dolina Prądnika. Początek Ojcowskiego PN. Widok ku NNW
Trasa ta wiodła wpierw po asfalcie, potem szutrze i przed Ojcowem znów asfalcie. Mijało się mnóstwo skał wapiennych, a w międzyczasie przestało padać. Przed celem, od roweru Kasi odkręcił się pedał. Nie było do niego odpowiedniego klucza, więc po kilku próbach wkręcania (problem z gwintem) z powrotem, trzeba było się poddać i po prostu iść dalej pieszo. Mijało się Kaplicę na Wodzie, która powstała w okresie zaborów, pomimo zakazu budowania świątyń na ziemiach polskich. Z tego powodu powstała "na wodzie", obchodząc prawo, podobnie jak w historii z wozem Drzymały.

Prądnik Korzkiewski. Ojcowska w okolicy uliczki Smolikowskiego. Dolina Prądnika. Ojcowski PN. Skały Sukiennice. Widok ku NNE

Prądnik Korzkiewski. Ojcowska przed skrzyżowaniem z ulicą Skalską. Dolina Prądnika. Ojcowski PN. Bukowa Skała. Widok ku NWW

Prądnik Korzkiewski. Ojcowska przy skrzyżowaniu z ulicą Skalską. Dolina Prądnika. Ojcowski PN. Bukowa Skała. Po lewej zbocza ze skałami Sukiennice. Widok ku SE

Prądnik Korzkiewski. Ojcowska. Ojcowski PN. Dolina Prądnika. Skała Golanka. Widok ku NW

Prądnik Korzkiewski. Ojcowska. Dolina Prądnika. Tabliczka oznajmująca wjazd do Ojcowskiego PN, w którym już się jakiś czas się jechało. Widok ku NWW

Prądnik Korzkiewski. Ojcowska w pobliżu granicy z Prądnikiem Ojcowskim, w pobliżu Skały Wójtowej. Ojcowski PN. Dolina Prądnika, płynącego z prawej. Po prawej DPS im. Brata Alberta. Widok ku N

Granica między Prądnikiem Ojcowskim i Prądnikiem Korzkiewskim. Ojcowska. Ojcowski PN. Dolina Prądnika. DPS im. Brata Alberta. W tle Skała Kopcowa. Widok ku E

Granica między Prądnikiem Ojcowskim i Prądnikiem Korzkiewskim. Ojcowska przy moście do DPS im. Brata Alberta. Ojcowski PN. Dolina Prądnika. Skała Wójtowa. Widok ku SSW

Prądnik Ojcowski. Ojcowska. Ojcowski PN. Dolina Prądnika.Po lewej Sobótka. Widok ku NWW

Prądnik Czajowski. Ojcowska. Ojcowski PN. Dolina Prądnika. Skała Koźniowa. Widok ku NWW

Prądnik Czajowski w pobliżu mostu. Ojcowska. Ojcowski PN. Dolina Prądnika. Skały Okopy. Widok ku E

Prądnik Czajowski. Ojcowska w pobliżu skrzyżowaniu z drogą do Osiedla Murownia. Ojcowski PN. Dolina Prądnika. Rękawica. Widok ku NE

Prądnik Czajowski. Ojcowska przy skrzyżowaniu z drogą do Osiedla Murownia. Ojcowski PN. Dolina Prądnika. Brama Krakowska. Widok ku W

Prądnik Czajowski. Ojcowska przy skrzyżowaniu z drogą do Osiedla Murownia. Ojcowski PN. Dolina Prądnika. Po lewej Rękawica. Widok ku SEE

Ojcowska. Ojcowski PN. Dolina Prądnika. Widok ku NWW

Ojcowska. Ojcowski PN. Dolina Prądnika. Kaplica pw. św. Józefa Robotnika "Na Wodzie"
Przejście jeszcze kilku km, mijając skręt na Skałę i zmierzając dalej na północ. Niebawem udało się znaleźć nocleg za 30zł za osobę. Zaraz po zakwaterowaniu i schowaniu maszyn do garażu, ponownie zaczęło padać. Udało się dostać ostatni, wolny dwuosobowy pokój, więc było to podwójne szczęście - deszcz okazał się ulewą, przez którą Prądnik wylał na pobliskie łąki. Gdyby nie to, być może na nich by przyszło rozłożyć się z namiotem, nie znając lokalnych warunków przyrody i byłoby to co najmniej niewesołe. Telefon do domu, po rodzinę, bo z powodu awarii wyprawa skończyła się przed czasem (być może o 2-3 dni). Bardzo nas ten dzień wymęczył, głównie z powodu ochłodzenia i licznych podjazdów.

Wola Kalinowska NE (Młynik). Dolina Prądnika. Burza przed nocowaniem. Widok ku SSW
Zaliczone gminy
- Wielka Wieś- Skała
- Sułoszowa
Rower:Zielony
Dane wycieczki:
40.50 km (2.00 km teren), czas: 03:00 h, avg:13.50 km/h,
prędkość maks: 0.00 km/hWyprawa na praktyki XXI - Kraków
Sobota, 17 lipca 2010 | dodano: 01.04.2017Kategoria .2 Osoby, .Wyprawy po Polsce, ..Gminy Polska, .Z Kasią, 2010 Pińczów
6 była gdy zaczęła się jazda. Chłodny poranek, ale udało się rozgrzać podjazdem do sklepu. Na ławeczce przy stoliku od razu nastało śniadanie. Dalsza droga ku kulminacji wzniesienia cięższa, ale pomyślna. Wystająca z ziemi skałka posłużyła mi za punkt widokowy do zrobienia zdjęcia. Zjazd do Frydmanu – osady ochranianej wałami, które zabezpieczały ją przed wodami z sztucznego jeziora. Zjazd niesamowity. Przed nami tylko droga w dół, a najbliższe wzniesienia kilka kilometrów dalej. Widok zupełnie niecodzienny. Nic w pobliżu nie zasłaniało horyzontu.

Nidzica-Zamek NW w pobliżu granicy z Falsztynem (w tle). Widok ku NWW

Falsztyn W i pola Frydmanu SE. W tle Gorce i Jezioro Czorsztyńskie. Widok ku NW

Zjazd z Falsztyna. Frydman i Jezioro Czorsztyńskie. Widok na Gorce w okolicy Przełęczy Knurowskiej (846 m n.p.m.) ku NNW

Granica między Frydmanem i Dębnem. Szerokie koryto Białki. Widok ku SW
Wyjazd na DW969 do Nowego Targu. Zmęczyła nas ta trasa i jechało się mało przyjemnie. Po drodze remont mostu. Auta stały – my nie. W mieście obiadośniadanie, w lokalu schowanym na dziedzińcu kamienicy blisko rynku. Dzięki temu udało się zebrać siły i ogarnąć przed dalszą trasą po DK 47, która w skrócie wygląda tak: wielki podjazd, małe wypłaszczenie, mały zjazd, duży zjazd, wielki podjazd i znów wypłaszczenie. Potem długa droga w dół o zmiennym nachyleniu, momentami tak jakby po grzbietach wzgórz. Widoki niesamowite. Kilka przerw na podziwianie, i odpoczynek. Finał to wspaniały, zapierający powietrze w uszach zjazd z serpentynami, prawie do samej Rabki. Do niej trzeba było zjechać w bok. Drogą tą warto było przejechać się na rowerze, choć z dużym trudem. Autem nie bardzo. Co prawda była szeroka, ale przed Nowym Targiem potwornie zakorkowana. Powoli żegnało się cień Tatr na horyzoncie. Trwała ucieczka przed ewentualnymi burzami i opadami, których oznaki się pojawiały.

Nowy Targ. Rynek i zasłonięty drzewami Ratusz z XIX w. Widok ku NE

DK 47. Rdzawka S. Podjazd na Kulakowy Wierch (814 m n.p.m.). W tel ledwo widoczne Pasmo Policy. Widok ku NW

DK 47. Rdzawka W. W centrum jej centrum. W tle ponad nią masyw Lubonia Wielkiego (1022 m n.p.m.). Po prawej NW grzbiet odchodzący z Turbacza (ok. 1310 m n.p.m.). Widok ku N

DK 47. Zjazd z Piątkowej Góry (714 m n.p.m.) do Chabówki. W tle Pasmo Policy (ok. 20 km). Widok ku NWW

DK 47. Zjazd z Piątkowej Góry (714 m n.p.m.) do Chabówki. Po lewej masyw Stołowej Góry (841 m n.p.m.). Po prawej masyw Lubonia Wielkiego (1022 m n.p.m.). Widok ku N
W Rabce kolejny dłuższy postój. Przed kościołem przy Orkana zniknęła część naszych zapasów. Po chwili zjawiła się starsza para podróżników, również wcinając swoje. Na tyle doskwierało nam zmęczenie, że nie chciało się nawiązywać znajomości. Styranie może nie tyle wynikało z trasy, bo był w nas jeszcze spory zapas siły, co raczej pogodą w Rabce. W czasie zjazdu, w pewnym miejscu dało się odczuć, jakbym wpadało się w gęstsze powietrze. Już na dole okazało się to być małym piekarnikiem, o ile nie przebywało się w cieniu. Po posiłku szybki wyjazd z miasta, byle tylko na rowerze chłodzić się wiatrem. Jechało się malowniczą doliną Raby. Przejazd przez Kasinkę Małą, gdzie okrążyło się kościół, w którym właśnie odbywał się ślub. Kilka minut potem zlał nas ciepły letni deszcz. Skończył się przed Lubieniem.

Rabka-Zdrój przy Orkana. Przerwa przy kościele pw. św. Marii Magdaleny. Widok ku SSE

Granica między Rabką-Zdrój i Kasinką Wielką. DK 28. W tle Potaczkowa (746 m n.p.m.). Widok ku E

Kasinka Wielka W (Marduszówka). DK 28. Ozdoba pod nr 9. Widok ku E

Kasinka Mała. DW 968. Kościół pw. Nawiedzenia Najświętszej Maryi Panny. Widok ku NW
Wjazd na DK7. Szeroka droga z pasem serwisowym, lecz niestety było na nim dużo szkła i to przez długie odcinki. Stwierdziło się, że mam to gdzieś – „Jak będzie kapeć, to załatam” i przestało się zwracać na nie uwagę. Na szczęście nic się nie przytrafiło. Jazda nią nasuwała mi skojarzenia z Modlińską, tylko rzadziej zabudowaną i z innym tłem. W pewien sposób monotonnie i nudno. Bywało płasko, zdarzały się podjazdami, czasem droga wiodła blisko rzeki, czasem z dala. Gdzieś przy drodze lądował helikopter. Pod wieczór zachciało się szukać noclegu, tym razem gdzieś pod dachem. Zajechało się pod jeden hotel blisko granicy powiatów, ale cena 70zł skutecznie nas odstraszyła. Lepiej było jednak rozbić namiot.

Myślenice S. Dolina Raby. Widok ku NE
I tak się jechało, i nic bezpiecznego nie było widać. A to domy za blisko, a to teren nie sprzyja. W końcu postój na jakiejś górce, z której już widać było pierwsze osiedla Krakowa. Tam dogonił nas niejaki Sławek z Myślenic, który wybrał się rowerem do Krakowa. Tę odległość pokonał w mniej niż godzinę i kilka minut wcześniej nas wyprzedzał (po czym zrobił przerwę). Chwilę pogadaliśmy, bo zainteresował się naszą wyprawą, a mi przyszło do głowy, że może mógłby znać tani nocleg w mieście. Wskazał nam drogę, a potem śmignął dalej. Nam minęło tam jeszcze kilka chwil, aby napawać się widokiem. Potem długą drogą w dół do Krakowa.

Słonecznik przy DK 7
Przed wjazdem korek, bo remont drogi. W mieście zjazd do Łagiewnik, łudząc się, że tam znajdziemy coś taniego do przenocowania. Aha... Żeby się nie zdziwić... Za dwójkę około 230zł. Dom Pielgrzyma. Na pewno. Szybko dalej, bo już wieczór się kończył. Cofnięcie ze Strumiennej. Potem Fredry przez tory i odtąd chodnikami Tischnera, Konopnickiej. Odbicie łukiem Sandomierskiej blisko Wawelu na drugiej stronie Wisły. Przejazd mostem. Szybko udało się znaleźć schronisko młodzieżowe przy Błoniach. Koszt 35zł, ale nie było wiadomo, co począć z rowerami, więc nic z tego. Była jeszcze jedna opcja do wykorzystania, prawdopodobnie tańsza, ale było już mało czasu. O 22 kończyło się kwaterowanie, czyli zostało ~20 minut. Tak więc ruszyło się, aby poszukać tego drugiego noclegu, lecz nie udawało nam się go znaleźć. Dopiero pomoc sklepikarki była konieczna, by powiedziała nam, że to ledwie 50 m od sklepu.

Kraków. Most Dębiński. Widok na Wawel ku E
Cena 40zł. I tyle było dla nas za dużo. Jeszcze jedna próba, aby znaleźć tańszą opcją, ale napłynęły wątpliwości i rezygnacja. Rozpoczął się etap błądzenia, próbując się wydostać z miasta. Przerwa w KFC. Po przekąszeniu, zasileniu w jakąś nową energię i jako takim ogarnięciu, udało się ruszyć, aby wreszcie gdzieś przenocować. Zmęczenie było duże. Ledwo przebierało się nogami, a w samym KFC siedziało prawie przysypiając. Namiot udało się rozłożyć w lesie, tuż przy granicy miasta. Około 2-3 pobudka, by zabezpieczyć go przed deszczem, bo akurat przechodziła burza, ale na szczęście ominęła nasz namiot. Samo "błądzenie" za noclegiem, to m.in. ulice Słowackiego, Krowodrza z nawrotem przy Biskupiej, Lubelska, Świętokrzyska, Wrocławska, Stachiewicza z nawrotem za połową, Radzikowskiego i krajówka.
Zaliczone gminy
- Nowy Targ (W+M)- Rabka Zdrój
- Mszana Dolna (W+M)
- Lubień
- Pcim
- Myślenice
- Mogilany
- Kraków (Smoszowice, Łagiewniki-Borek Falęcki, Podgórze, Krowodrza, Bronowice 8/18)
- Zabierzów
Rower:Zielony
Dane wycieczki:
129.00 km (0.00 km teren), czas: 09:00 h, avg:14.33 km/h,
prędkość maks: 0.00 km/hWyprawa na praktyki XX - Słowacja
Piątek, 16 lipca 2010 | dodano: 01.04.2017Kategoria .2 Osoby, .Wyprawy po Polsce, ..Gminy Polska, .Z Kasią, 2010 Pińczów, ..Obec Słowacja
Pobudka przed wschodem słońca około trzeciej. Przedrzemało się jeszcze do 4. Potem spacerem na szosę, gdzie jeszcze przez chwilę podziwiało się piękny wschód słońca. Pod tym względem trafił nam się nocleg w bardzo korzystnym do tego miejscu. Mimo wszystko noc była chłodna i spało się niewygodnie. Przed nami zjazd, więc lepiej było założyć kurtki. Serpentyna z widokiem na jezioro Rożnowskie.po lewej. Turlanie się trwało dość żwawo w kierunku Nowego Sącza. Nie licząc pierwszego zjazdu, droga było raczej płaska – znów jechało się doliną Popradu. Nasz wzrok przykuł niewielki kamieniołom piaskowca. Pobliskie miasto i ciepły posiłek wzywały. Do Nowego Sącza udało się dotrzeć o 6. Powitał nas przebudową prawego pasa jezdni i długim korkiem, który zręcznie został przez nas ominięty. W centrum oglądanie bazyliki oraz kościoła jezuitów ufundowany przez Jagiełłę. Pod bazyliką podeszła do nas jakaś kobita, która szła na mszę. Zagadała do nas, mimo że nikt nic do niej nie mówił i powiedziała jak trafić do pewnego kościółka, gdzie znajduje ołtarz św Rity - „patronki od spraw trudnych i beznadziejnych”. Czy aż tak źle się wyglądało?

DK 75 pod Przełęczą Świętego Justa. W centrum Ostra Góra (484 m n.p.m.). Widok ku NE

DK 75 pod Przełęczą Świętego Justa. W centrum Ostra Góra (484 m n.p.m.). Widok ku NE

DK 75 pod Przełęczą Świętego Justa. W centrum dolina Białki. Po prawej góra Czyżewiec (418 m n.p.m.). Widok ku NNW

DK 75. Przełęczą Świętego Justa. Po lewej Dąbrowska Góra (518 m n.p.m.). W centrum Jezioro Rożnowskie. Po prawej Białowodzka Góra (614 m n.p.m.). Widok ku SSE

DK 75. Most na Dunajcu. Po lewej Kumorze (362 m n.p.m.). Po prawej Paścia Góra. Widok ku S

DK 75. Most na Dunajcu. W centrum Białowodzka Góra (614 m n.p.m.). Widok ku SW

Dąbrowa W. DK 75. Kamieniołom pożerający Kurowską Górę (403 m n.p.m.). Widok ku N

Wjazd do Nowego Sącza. DK 75 w remoncie i korkach. Widok ku S
Kurs na rynek, zjazd Wałową do Matejki, skręt w Młyńską, wzdłuż DK28 do McD przy kościele. Nic innego nie było otwartego, a głód i potrzeba czegoś ciepłego była wielka. Nie wiem, po co nam był zestaw z darmową szklanką, którą skutkiem tego trzeba było wieźć do końca wyprawy. Jeszcze trochę się potem jechało przy głównej, po czym nastąpił skręt w Browarną. Wyjazd na Wiśniowieckiego. Tam drobne zakupy w sklepie na Jadwigi przy Szymanowskiego. Gdy Kasia była w sklepie, podszedł do mnie facet w stylu menello, ale widząc moje zaangażowanie w czytanie książki i milczącą postawę, tylko zerknął co czytam po czym wrócił do swojego kumpla. Po przerwie kurs na zachód. Wyjazd na DK 87, która nie dość, że wyprowadziła nas z Nowego Sącza, to jeszcze z Polski. Wiodła po raczej płaskiej, pnącej się w górę drodze.

Nowy Sącz. Po lewej Zegar Kwiatowy W centrum ruiny Zamku Królewskiego. Widok ku SWW

Nowy Sącz. Bazylika kolegiacka pw. św. Małgorzaty

Nowy Sącz. Rynek. Ratusz. Widok ku NW

Nowy Sącz. Kościół pw. św. Kazimierza. Widok ku SSW

Nowy Sącz. DK 87. Po lewej kościół pw. Najświętszego Serca Pana Jezusa. Po prawej Szkoła Podstawowa im. Jagiełły. Widok ku SWW

DK 87. Poprad. W tle wzniesienie ze wsią Chochorowice. Widok ku NNW
Góry przypominały bieszczadzkie, lecz były one niższe, doliny zaś szersze. Czasem trafiały nam się szybsze odcinki, jednak przeważnie tempo było spokojne. Trwało to do południa, kiedy to dojechało się do Piwnicznej-Zdroju. Podjazd był tam ostry. Przy rynku uzupełnienie zapasów. Było to przede wszystkim podwojenie zasobów picia. Jedząc loda przed sklepem, zaczepił nas jakiś facet. Nie udało się zrozumieć o co mu chodziło. Po chwili wyjaśnił, że widział nas poprzedniego dnia w Jurkowie i wyraził opinię, że szybko nam idzie. Od nas dowiedział się o naszych zapatrywaniach na dalszą trasę, po czym ostrzegł, że czeka nas kilka kilometrów jazdy w górę. Ostatnie kilometry przed wyjazdem za granicę przebiegały malowniczą dróżką. Problem osuwania się ziemi załatwiono w ten sposób, że zmniejszono powierzchnię jezdni, tam gdzie taka sytuacja zaistniała. Granica została przekroczona o 13.

Barcice Górne N. DK 87. Dolina Popradu. W tle Makowica (948 m n.p.m.). Widok ku SEE

Barcice Górne. DK 87. Dolina Popradu. W tle Makowica (948 m n.p.m.). Widok ku E

Rytro. Dolina Popradu. Remont DK 87 przy skręcie do Suchej Strugi. Po prawej linia kolejowa nr 96/487 miedzy stacjami Tarnów i Leluchów, a dalej Čirč. Widok ku S

Piwniczna-Zdrój. DK 87. Widok ku SSW

DK 87. Piwniczna-Zdrój S. Liczne zwężenia dzięki osuwiskom. Widok ku SW

DK 87. Piwniczna-Zdrój S. Widok ku SW
Przejazd przez dwie wsie słowackie, a droga cały czas pięła się w górę, tak jak mówił facet w PZ. Było potwornie gorąco. Jazda po Słowacji to było po prostu gotowanie się. Obok wsi Kremna podjazd stał się dużo bardziej stromy. Około 12%. Ciała potwornie zdyszane i spocone. W końcu trzeba było zacząć iść. Na przełęczy (od Kremny ~150m w górę) była kapliczka. Przed nią drewniane ławeczki, na których można było się rozłożyćsię po tej morderczej wspinaczce trwającej pół godziny. Widok na pasma górskie był wspaniały. Temperatura ciała spadła, oddech się wyrównał, słowem - odpoczynek. Migiem w dół. Liczników nie było, ale prędkość maksymalną szacować można na 50-60km/h. Dojazd do początku Starej Lubowli, skąd poniosło nas na Czerwony Klasztor. W tym celu w Hniezdne skręt na północ. We wsi Kamienna popas i odpoczynek koło kościoła. Czekało na nas jeszcze kilka km pod górę, a potem już tylko dół. Prawie do samej granicy piękne widoki - graniczne góry widziane od południa.

Hraničné. Droga 68. Góry Lubowelskie. Cerkiew pw. Nepoškvrneného Počatia Presvätej Bohorodičky svätou Annou. Widok ku SE

Kremná. Droga 68. Góry Lubowelskie. W centrum cerkiew pw. Svätéj Márie. Widok ku SE

Droga 68. Zjazd do miasta Stará Ľubovňa. Dolina Popradu. Po lewej Dolina Jakubjanki z miastem Stará Ľubovňa. Na horyzoncie Góry Lewockie. Widok ku SSW

Droga 68. Zjazd do miasta Stará Ľubovňa. Na horyzoncie po lewej powinien być ledwo widoczny cień Tatr. W centrum Magura Spiska. Po prawej Małe Pieniny. Między nimi dolina Riecki, przechodząca w dolinę Lipnika, którą następnie się jechało. Poniżej zabudowania wsi Jarebina. Widok ku W

Trasa 543 między miejscowościami Gnézda i Kamienka. Po lewej Magura Spiska. Po prawej Małe Pieniny. Między nimi dolina Riecki, przechodząca w dolinę Lipnika, do której nas poniosło. Przy prawej krawędzi Góry Lubowelskie i ledwo wychylająca się Radziejowa (1266 m n.p.m.). Widok ku NW

Trasa 543 między miejscowościami Gnézda i Kamienka. Góry Lubowelskie. Po lewej Eliaszówka (1023 m n.p.m.) na granicy państw. Po prawej tereny wsi Jarebina wraz z kamieniołomem. Przy prawej krawędzi wzniesienie z drogą 68, tam gdzie nastąpiła przerwę i poprzednie zdjęcia. Przy lewej krawędzi fragment ledwo wychylającej się Radziejowej (1266 m n.p.m.). Widok ku NNE

Kamienka. Cerkiew pw. Svätého Petra

Trasa 543 po NW stronie wsi Kamienka. Na horyzoncie Góry Lewockie. Widok ku SSE

Trasa 543 po NW stronie wsi Kamienka. Małe Pieniny. Po lewej Kýčera (ok. 930 m n.p.m.). Widok ku NW

Trasa 543 między miejscowościami Kamienka i Stráňany. Dolina Riecki. Na horyzoncie Góry Lewockie. Widok ku SE

Granica między doliną Riecki i Lipnika. Po lewej Magura Spiska. W centrum po lewej w tle Grupa Golicy. W centrum w tle Trzy Korony (982 m n.p.m.). Po prawej Kýčera (ok. 930 m n.p.m.). Widok ku NWW

Stráňany. Trasa 543. W tle Magura Spiska. Widok ku SSW

Trasa 543 między miejscowościami Stráňany i Veľký Lipník. Dolina Lipnika. Po lewej stoki góry Pašková (770 m n.p.m.). Po prawej Grupa Golicy. Widok ku W

Veľký Lipník. Trasa 543. Dolina Lipnika. Po lewej rozciągnięty E grzbiet Aksamitki. Po prawej przy krawędzi, Tokárne (748 m n.p.m.). Między nimi Lesnické sedlo, przełęcz rozdzielająca Grupę Golicy i Małe Pieniny. Widok ku NNE

Haligovce E. Trasa 543. Dolina Lipnika. Grupa Golicy. Po lewej Plašná (889 m n.p.m.). Po prawej Aksamitka (841 m n.p.m.). Widok ku N

Haligovce. Trasa 543. Dolina Lipnika. Grupa Golicy. Plašná (889 m n.p.m.). Widok ku NNE

Haligovce W. Trasa 543. Dolina Lipnika. Grupa Golicy. Plašná (889 m n.p.m.). Widok ku NNE

Červený Kláštor S. Trasa 543. Dolina Lipnika. Trzy Korony (982 m n.p.m). Widok ku N
Przejazd przez kilka kilometrów wzdłuż Dunajca i znów w Polsce. Przed nami rozciągało się jezioro Czorsztyńskie. Już niosło nas na drugą stronę zapory, ale jednak nastąpił skręt na Niedzicę. Kończyła się nam woda, a nie było widać sklepów. Wydawało się, że uzupełnimy ją w Niedzicy, ale droga na zamek równocześnie oddalała nas od niej. Trzeba było włożyć dużo sił bez wspomagania, by dostać się na niego. Tam doładowały nas lody, oscypki i widoki z wysoko położonego dziedzińca. Bez wchodzenia do samego zamku. Przerwa tam trwała mniej więcej kwadrans. Szczęśliwie dla nas, jakiś 200m dalej był mały sklepik, którego zasoby nam w całości wystarczyły do regeneracji zapasów. Zbliżał się już wieczór, no i nie pozostało nam wiele sił. Pierwszy słowacki podjazd wyssał ich zbyt wiele, jak na nasze ówczesne możliwości. Na noc udało się rozłożyć w lesie jakieś 2km od zamku. Był problem z zaśnięciem z powodu krzyku ludzi bawiących się nad jeziorem i ich pijackich zabaw. Ciężka to była noc.

Červený Kláštor. Trasa 543. Dunajec. Na drugim brzegu Sromowce Niżne. Po lewej Nowa Góra (902 m n.p.m). W centrum Podskalnia Góra (743 m n.p.m.). Po prawej Trzy Korony (982 m n.p.m). Widok ku N

Červený Kláštor W. Trasa 543. Dolina Dunajca. Za wzgórzami Spišská Stará Ves. W tle Tatry. Widok ku SW

Majere. Trasa 543. Dolina Dunajca. Pieniny Środkowe. Po lewej Flaki (810 m n.p.m.). W centrum Macelowa Góra (800 m n.p.m.). Za nią, po lewej Macelak (856 m n.p.m.). Na prawo Nowa Góra (902 m n.p.m) i Trzy Korony (982 m n.p.m). Widok ku N

Niedzica-Zamek. Zbiornik Sromowce. W tle Magura Spiska. Widok ku SSE

Niedzica-Zamek. Krotka przerwa na podziwianie. Widok ku N

Ostrzeżenie na zamku w Niedzicy

Niedzica-Zamek. Po lewej jezioro Czorsztyńskie z zatoką i doliną Harczy Grunt. Po prawej zamek, który niedawno został przez nas opuszczony. W centrum Łysa Góra (693 m n.p.m.) i Ula (713 m n.p.m.). Po prawej Flaki (810 m n.p.m.). Widok ku E
Zaliczone gminy
- Chełmiec- Nowy Sącz
- Stary Sącz
- Rytro
- Piwniczna-Zdrój
- Łapsze Niżna
Zaliczone obec
Prešovský krajOkres Stará Ľubovňa
- Hraničné
- Jarabina
- Stará Ľubovňa
- Hniezdne
- Kamienka
- Veľký Lipník
- Haligovce
Okres Kežmarok
- Červený Kláštor
- Spišská Stará Ves
Rower:Zielony
Dane wycieczki:
105.00 km (0.00 km teren), czas: 09:00 h, avg:11.67 km/h,
prędkość maks: 55.00 km/h


















