Podróże Weroniki - pamiętnik z początku XXI wieku

avatar Weronika
okolice Czerwińska

Szukaj

Znajomi na bikestats

wszyscy znajomi(37)

Moje rowery

Czarny 13094 km
Zielony 31509 km
Unibike 23955 km
Czerwony 17572 km
Agat
Delta 6035 km
Reksio
Veturilo 69 km
button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl

Archiwum

Wpisy archiwalne w kategorii

.2 Osoby

Dystans całkowity:26542.91 km (w terenie 1765.95 km; 6.65%)
Czas w ruchu:1742:50
Średnia prędkość:15.23 km/h
Maksymalna prędkość:75.46 km/h
Suma kalorii:15203 kcal
Liczba aktywności:302
Średnio na aktywność:87.89 km i 5h 47m
Więcej statystyk

Do Rzymu i przez Alpy XXXIII - Przez Allgäu

Niedziela, 7 sierpnia 2011 | dodano: 29.06.2013Kategoria 2011 Włochy, .2 Osoby, .Z Kasią

Dzień 33

Landkreis

Budziło się kilkukrotnie, ale ostatecznie około siódmej lub ósmej. Zmieszanie wzbudzał fakt, że ciągle padał deszcz, a zmieniała się co najwyżej jego intensywność. Przesiedziało się na ławce chowając pod śpiworami, bo powietrze było chłodne, a nam nie chciało się ruszać. Tym bardziej, że nie zapowiadało się na rozpogodzenie. Niebo było szare. Kolejne fale chmur przetaczały się nad doliną, zostawiając po sobie mokry ślad. Noc, jaką się spędziło, nie należała do najprzyjemniejszych i dziwne, że nie odczuwało się po niej większego zmęczenia. Gdy do 10 nie przestało padać, trzeba było się w końcu ruszyć. Ociągając się, zabezpieczone zostały buty torebkami foliowymi, wszytko zostało spakowane, zjedzone to, co było pod ręką i o 10:20 ruszyło się w drogę. Wyczekało się momentu, gdy przestało lać i wtedy pożegnane zostało suche schronienie.


10:19. Dolina rzeki Weißach. Przed wyruszeniem w drogę. Widok ku NW

Zrazu jechało się po płaskim, ale wnet trzeba było zjechać nieco w dół do Oberstaufen, która nosiła znamiona wypoczynkowej, lub nieco bogatszej niż okoliczne. Niestety, deszcz lał regularnie i ani myślał się rozpierzchnąć. Wydostanie się stamtąd wymagało długiej i powolnej jazdy w górę, podczas gdy woda pokrywała całą drogę, kilkukrotnie wypływając z rowów na drugą stronę silniejszym strumieniem i osadzając na jezdni piach.

Była to okropna mordęga, każdy centymetr okupiony dużym kosztem psychicznym i nieco mniejszym fizycznym. W gruncie rzeczy nie można było się nawet zatrzymać, żeby buty nie zmokły bardziej niż musiały. Po dość długiej wędrówce, która wydawała się wiecznością, dojechało się do trasy 308, biegnącej po wzgórzu, dużo wyżej niż miasto. Przerwa nastąpił na poboczu przed wkroczeniem na nią. Po pięciu minutach stania i analizowania mapy w deszczu, ruszyło się z jej biegiem. Droga okrążała górę Staufner Berg (1032 m n.p.m.) od południa i kontynuowała bieg ku wschodowi. Tuż za nim rozpościerała się szeroka płaska dolina, zamknięta dość niskimi pasmami wzgórz, na których zatrzymywały się chmury.

Jechało się przed siebie, bez zaangażowania myślowego. Buty powoli przemakały. Niebawem widoczne stało się, po lewej stronie drogi, jezioro Großer Alpsee, a nieco dalej pierwsze zabudowania Immenstadt, miasteczka, w którym była nadzieja znaleźć jakiś sklep. Kurs do centrum, ale było totalnie wyludnione. Przejechało się koło kościoła i wyjechało z powrotem ku trasie przelotowej. Wpierw czekał nas zjazd, a wkrótce potem ostry podjazd. Dojechało się do ronda. Sugerując się jakąś reklamą, rozpoczęły się poszukiwania jakiegokolwiek marketu z jedzeniem. Kurs na wprost, lecz raczej kończyła się tam strefa zabudowana. Nawrót do ronda, przejeżdżając koło marketu, ale budowlanego. W załamani, zadecydowało się, by opuścić miasto.

Przejechało się nad rzeką Iller. Wszelkie widoczne wzgórza były skryte za warstwami kropel deszczu. Tam gdzie było płasko, horyzont ginął w szarości. Zjechało się z trasy, uprzednio trzymając się ścieżki po lewej stronie jezdni i przejeżdżając przez niewielki obszar domków w Rauhenzell. Trzeba było trochę podjechać w górę. Ostatecznie dojechało się do szerokiej krajówki, na którą nie można było wstąpić bezpośrednio z naszej ścieżki.

Przejechało się nad nią, a po drugiej stronie skręt w prawo, wnet chroniąc się w tunelu dla małych pojazdów pod drogą. Rozpoczęła się pierwsza przerwę, w czasie której nieco się udało przesuszyć i pozbyć nadmiaru wody z butów. Oczywiście, uzupełniło się też nieco paliwa w żołądkach. Nieco wcześniej mijało się innego rowerzystę. Zadało się mu pytanie, czy trasa prowadzi do kolejnej dla nas miejscowości, mówiąc tylko " Kempten". Zapewne zrozumiał to jako niemieckie "walczyć" i przytaknął z uśmiechem, nie wskazując drogi do miasteczka, gdzie chciało się udać. Żaden z nas się nie zatrzymał.


12:40. Przerwa za Immenstadt, tuż przy trasie 19. Widok ku N

Postój trwał może 15, może 30 minut. Zarówno czas, jak i zorientowanie przestrzenne w tamtych warunkach były słabe do określenia. W gruncie rzeczy, jechało się prawie na oślep, bez bieżącego sprawdzania mapy. Intuicja przydawała się bardziej niż kiedykolwiek. W zniechęceniu, w końcu się ruszyło. Trzymało się ścieżki, prowadzonej po prawej stronie jezdni. Teren poza drogą był płaski, nieco zalesiony i zdawało się obficie nasiąknięty wodą lub po prostu bagienny. Po kilkunastu minutach, widoczność znacznie wzrosła. Nawet się nie udało połapać kiedy.

Wjeżdżało się na intensywnie pagórkowaty obszar. Wszędzie było zielono, deszcz bardzo osłabł, aż w końcu zostały na niebie tylko przypominające o nim chmury. Do kolejnej, widocznej osady trzeba było wejść pod górę o około 50-100 metrów. Gdy nadarzyła się okazja, znów usiadło się na przystanku, gdzie dokonana została kolejna rewizja mokrych butów i skarpetek. Chciało mi się też uzupełnić wodę z pobliskiego kraniku, takiego jak w Alpach, ale napisane było, iż tamtejsza się do tego się nie nadaje.

Przez większość Rettenberg przeszło się, przy okazji rozgrzewając mokre spodnie. Pod koniec mijało się jakiś niewielki, zdaje się browar, a zaraz za nim czekało nas spore podejście. Potem przez dłuższy czas jechało się po bardzo szerokiej, zielonej dolinie. Niebo zdążyło się rozpogodzić, lecz wciąż było chłodno. Później czekało nas kolejne podejście, lecz tym razem dłuższe i nie wiadomo było, kiedy miało się skończyć. Minęło się niewielką osadę, która ledwo odcisnęła się w pamięci, w przeciwieństwie do widoków, jakie roztaczały się od północy.


14:40. Między Kranzegg i Wertach. W tle po lewej masyw Edelsberg (1630 m n.p.m.); po prawej masyw Starzlach Berg (1585 m n.p.m.), a w centrum, nieco po lewej, Kühberg z tegoż masywu. Widok ku SEE

Od grzbietu swobodnie zjeżdżało się na południową stronę, jadąc w kierunku wschodnim. Spadek nie był stromy, ale pozwalał utrzymać znaczną prędkość bez potrzeby wysilania się. Zrazu otwarta przestrzeń ustąpiła drzewom, wpierw z prawej, a w końcu po obu stronach. Zrobił się płasko, lecz nadal jechało się nieznacznie w dół. Przerwa nastąpiła dopiero przed rondem, gdyż udało się dostrzec tam mapę, która pozwoliła lepiej zrozumieć sytuację w jakiej się było. Rondo zostało objechane, skręcając w lewo, przejechało się przez Wertach, złożone z dość nowych domów. Pod koniec miejscowości ujrzało się market, ale niestety - zamknięty z powodu niedzieli.

Przecięło się trasę B310 i jechało na północny-wschód jedną z podrzędniejszych, a mimo to dobrych tras. Objeżdżało się jezioro Grüntensee, po jego południowej stronie, którego nie widziało się z powodu drzew i domków letniskowych. Droga to wznosiła się, to opadała, przy czym były to wysokości rzędu 10 metrów.

Landkreis Ostallgäu

Bez większych problemów dojechało się do Nesselwang, położonego w dolinie rzeki Mühlbach. Tam wjechało się na trasę 309, pomimo wskazówek tubylca informującego, że była też droga lokalna prowadząca od razu do miasta. Zamiast tego zjechało się serpentyną, przy okazji robiąc ładne zdjęcie. W miasteczku pękła mi do reszty ochronka na prawą manetkę. Dosyć szybko opuściło się miasteczko, zatrzymując się na przystanku, po pokonaniu około 50 metrowego zbocza doliny. Siedząc, nakładło się papieru do butów, aby odsączały wodę i ogólnie było w nich bardziej komfortowo.


15:35. Nesselwang. W tle pasmo Ammergauer Alpen nad jeziorem Weißensee i kryjące zamek Neuschwanstein. Widok ku SEE

Kolejny odcinek można określić jako rozległy, trochę pofałdowany teren, z obfitością łąka, często lasów, rzadko zwykłych pól. Na horyzoncie południowym, dość dobrze widoczne były Alpy. Uogólniając - krajobraz ładny, bez szczególnych, charakterystycznych miejsc. Wsie mijało się prędko.


16:55. Wimberg. W tle góry w NE Allgäuer Voralpen östlich der Iller. Widok ku SSW

Przed 18 dojazd do większego miasteczka Marktoberdorf. Znalazł się bar wietnamski i zamówiło się po porcji kurczaka w sosie (w plastrach). Skonsumowany został z radością. W tle słychać było dźwięki z anime, oglądanego przez jakieś dziecko (może pracowniczki, może właścicielki - nie wiem, a pytań o to nie było z naszej strony). Po posiłku szybko się udało zebrać i miasto opuścić, gdy zaczynało kropić.


17:51. Posiłek w Marktoberdorf

Znowu marsz pod górkę, ale już za nim poszło gładko. Trasa 472 przypominała tą sprzed miasta. Na niebie tylko chmury wciąż pokrywały całe niebo. Skończyła się jazd po kolejnych dwóch godzinach. Była 20:20, gdy rozstawiało się namiot w pobliżu kukurydzy, ukrywając przed ewentualnym wzrokiem z drogi (na dodatek lokalnej i rowerowej). Chmury miały specyficzny, niebieski niczym woda, kolor.
Rower:Zielony Dane wycieczki: 95.00 km (0.00 km teren), czas: 09:00 h, avg:10.56 km/h, prędkość maks: 0.00 km/h
Linkuj | Komentuj | Komentarze(0)

Do Rzymu i przez Alpy XXXII - Liechtenstein

Sobota, 6 sierpnia 2011 | dodano: 29.06.2013Kategoria 2011 Włochy, .2 Osoby, .Z Kasią

Dzień 32

Szwajcaria - Liechtenstein

O 8:45 wyjazd w drogę, po uprzednim uporaniu się ze ślimakami na namiocie. Poranek był ciepły, suchy i słoneczny, zupełnie nie przypominając dnia poprzedniego. Przejechało się przez Maienfeld. Po około kilometrze marszu pod górkę, nastała przerwa na wspaniałym parkingu przy fontannie Heidi. Były tam toalety, ławeczka, dużo przestrzeni i sporo głazów. Spędziło się tam blisko godzinę na doprowadzaniu się do porządku, śniadaniowaniu i odpoczywaniu po przeżyciach dnia poprzedniego. W międzyczasie autokarem przyjechała wycieczka z Japonii, a jedna z turystek postanowiła z nami chwilę porozmawiać.


08:45. Landquart. Zbocza masywów górskich: po lewej Hochwang (2534 m n.p.m.), po prawej zachmurzonego Calanda (2805 m n.p.m.). W centrum masyw Fulhorn (2529 m n.p.m.), u stóp którego leży Chur. Widok ku S


08:47. Po prawej Jenins u stóp góry Vilan (2377 n.p.m.). W centrum Regitzer Spitz (1135 m n.p.m.). W tle po lewej masyw Alvier (2343 m n.p.m.). Widok ku N


09:12. Ratusz w Maienfeld. Widok ku NW


09:45. Fontanna Heidi pod Maienfeld. Widok ku NEE

Z dużo większym optymizmem ruszyło się dalej. Tuż po 11 przekroczyło się St. Luzisteig Pass (713m n.p.m.) i pojechało w dół Wjechało się do Liechtensteinu. O 11:42 przekroczona została granicę Vaduz. Z tego niewielkiego kraju wyjechało się 12:42. Trasa nasza była tam w większości płaska, z niewielkimi podjazdami.


11:03. Granica między Austrią i Liechtensteinem. Twierdza St. Luzisteig z XVIII w. Po prawej Wörznerhorn (1713 m n.p.m.). W tle po lewej łańcuch górski Alviergruppe; w centrum Alpstein. Widok ku NNW


11:10. Po lewej zamek Gutenberg w Balzers. W tle po lewej szczyt Gauschla (2310 m n.p.m.). Po prawej Alvier (2343 m n.p.m.). Widok ku NW


11:53. Vaduz. Zamek książęcy. Widok ku SE


12:14. Schaan. Łańuch górski Alpstein. Widok ku NW

Austria - Niemcy

Przed granicą Austriacką nie było pewności, czy nie czeka nas aby jakaś kontrola graniczna. W końcu Liechtenstein nie należał do UE. Na szczęście obyło się bez tego i wkrótce udało się zrobić pierwsze od Aosty zakupy. Pierwsze od 400 kilometrów, podróżując w górach przez 4 dni. Nie ukrywam, że przez ten czas, nieodnawiane zapasy kurczyły się nieubłaganie. Żywność oszczędnie się racjonowało tak, by starczyła nam do tego momentu. Lekki głód stale nam towarzyszył. To co najbardziej utkwiło w pamięci, to niesłychanie śmierdzący, ale równie niesłychanie smaczny ser, który był tym lepszy, im było cieplej.


13:27. Feldkirch. Po prawej Katzenturm z 1507 r. W tle Altes Steinle (617 m n.p.m.). Widok ku NEE

Cały czas trzymało się się trasy 190. Głównie ścieżkami rowerowymi. Jedynie w Dornbirn chwilowo odbijało się ulicami Doktor-Anton-Schneider i Ludwig-Kofter. Za miastem skręt w trasę nr 200 do Shwarzarch. Dojechało się do Helbernstraße, gdzie udało się zorientować, co do niewłaściwości obranego kierunku. Pytając miejscowych, zawróciło się do Tobelstraße, którą raz jeszcze ruszyło się w góry. Co było do przewidzenia - pieszo. Od Abershwende byla przyjemność zjechać przez 4 kilometry, by rozpocząć kolejne podejście pod Hittisau. Później do wieczora już tylko się zjeżdżało. Na tym etapie widać było, z wolna zachmurzające się za nami niebo i odległe chmury kłębiaste, zwiastujące deszcz, a po jakimś czasie burze na południu.


18:48. Sankt-Annakapelle w Lingenau. Po lewej stoki grzbietu Rotenberg (974 m n.p.m.) W centrum Koppachstein (1537 m n.p.m.). Po prawej Hittisberg (1328 m n.p.m.). Przy prawej krawędzi wzniesienia otaczające Ittensberg. Widok ku E

O 20 przekroczyło się granicę Austriacko - Niemiecką, wstępując do Bawarii. W przygranicznej wiosce Aach trwał festyn i słychać było muzykę w wykonaniu muzyków ze straży pożarnej. Jechało się dalej powoli, poszukując miejsca na nocleg. Ostatecznie, przerwa nastąpiła na drewnianym przystanku. 100 metrów za nami stał jakiś domek. Przynajmniej 500 metrów przed nami stały, prawdopodobnie małe ośrodki wypoczynkowe, pod postacią miejsc noclegowych. Dalej była dolina niczym z okolic Gór Świętokrzyskich. O 21 zaczęło padać. Przekąsiło się niewiele i przysnęło.
Rower:Zielony Dane wycieczki: 100.00 km (0.00 km teren), czas: 07:00 h, avg:14.29 km/h, prędkość maks: 0.00 km/h
Linkuj | Komentuj | Komentarze(0)

Do Rzymu i przez Alpy XXXI - Kanton Graubünden

Piątek, 5 sierpnia 2011 | dodano: 29.06.2013Kategoria 2011 Włochy, .2 Osoby, .Z Kasią

Dzień 31

Oberalppass

Obóz opuszczony o 9:05. Nim się ruszyło, podziwiany był poranek w dolinie Urserental, którą spływała rzeka Reuss. Na dobry początek dnia rozgrzewka w postaci marszu, przez ponad 7 kilometrów. Teren ponad poziom doliny był zamglony, czy może raczej zachmurzony. Tereny były puste, obsiane kamieniami i łąkami, na których pasły się zwierzęta hodowlane. Wędrowało się małą doliną strumienia Oberalpreuss, wypływającego z strong>Oberalpsee. Droga nad jeziorem była schowana w prawie kilometrowym tunelu galeriowym.


8:26. Andermatt w dolinie Urserental. Przy lewej krawędzi stoki Gemsstock (2961 m n.p.m). Po lewej Winterhorn (2661 m n.p.m). W centrum Stotzigne Firsten (2747 m n.p.m). Na prawo od niego zjazd z Furkapass (2436 m n.p.m). Po prawej, SE grzbiet masywu Dammastock. Widok ku SE


9:05. Salbitschijen (2981 m n.p.m) i zachmurzony Rorspitzli (3220 m n.p.m) z masywu Fleckistock (3417 m n.p.m). Widok ku NNW

Przed 10:30 dotarło się do Oberalppass (2046 m n.p.m.), gdzie stało kilka mniej lub bardziej turystycznych budynków i kręciło się sporo ludzi. Również na rowerach. Nie traciło się wiele czasu i wnet wsiadło się na rowery, zmierzając na drugą stronę przełęczy.


10:26. Przełęcz Oberalppass (2046 m n.p.m.). W tle Piz Cavradi (2612). Widok ku SSE


10:39. Zjazd z przełęczy Oberalppass (2046 m n.p.m.). W tle Pazolastock (2740 m n.p.m.). Widok ku W

Bezirk Surselva i Imboden

Najbardziej stromy etap zakończył się tuż przed Putnengia (1450 m n.p.m). Trwał niecałe 10 kilometrów i był trochę łagodniejszy niż wczorajszy. Tym razem jechało się razem, nie oddalając zbyt daleko. Przerwa na poboczu, gdzie ugotowało się budyń z żelkami. Nie zmieniło to nic w smaku, ale stanowiło ciekawe zastępstwo makaronu, którego już nie gotowało się do końca tej wyprawy. Ciepły posiłek rozgrzał nas i można było ruszyć dalej.


11:41. Obiad przed Putnengia w Szwajcarii


11:59. Dolina rzeki Vorderrhein. Od lewej miejscowości: Rueras, Tujetsch, Sedrun. Po lewej masyw Oberalpstock (3328 m n.p.m.). Widok ku NE

Początkowo droga wiodła łagodnie przez alpejskie miejscowości w okolicy Tujetsch, co trwało jednak tylko przez około 5 kilometrów. Około 12:40 przejeżdżało się przez Disentis/Mustér z charakterystycznym opactwem Benedyktyńskim (od 720 r.). Swobodna jazda skończyła się tuz za Ilanz (~710 m n.p.m.). Przez 8 kilometrów szło się do Flims (~1130m n.p.m.). Tam przypadkiem udało się znaleźć, leżącą na ziemi monetę ½ franka szwajcarskiego, wędrującą do skromnej kolekcji z wyprawy.


12:39. Disentis/Mustér. Opactwo Benedyktyńskie założone w 720 r. Widok ku NNE

Dzień ogólnie był dość pochmurny, jednak z biegiem czasu coraz bardziej szary. Od Flims jechało się w deszczu, z początku niewielkim, później większym, aż do formy pośredniej. Od Trin (~900 m n.p.m.) rozpadało się na tyle mocno, że zamiast zjeżdżać, zeszło się z rowerów, sprowadzając je po mokrej nawierzchni. Deszczu nie było sensu przeczekiwać. Nie zapowiadało się na rychły koniec.

Chur

Swobodnie jechało się od okolic Tamins (~650 m n.p.m.). Powoli, walcząc z deszczem, dojechało się do Chur, wjedżając tam do centrum. Jeździło się głównie ścieżkami i chodnikami, a woda była wszechobecna. Dodatkowo, gdy podczas opuszczania miasta wzdłuż trasy nr 13, Kasia się przewróciła, to nasza odporność psychiczna sięgała najniższych wartości na całej wyprawie. Gdy wyjechało się już z miasta, to deszcz trochę osłabł, lecz nadal stanowił nieprzyjemny element podróży. Rozbiło się jeszcze przed zachodem słońca, którego i tak nie było widać. Skryły nas przydrożne drzewa tuż za Landquart. Nasze ciała były mokre. Zziębnięte. Psychika zszargana chyba jak nigdy wcześniej.
Rower:Zielony Dane wycieczki: 109.00 km (0.00 km teren), czas: 07:00 h, avg:15.57 km/h, prędkość maks: 0.00 km/h
Linkuj | Komentuj | Komentarze(0)

Do Rzymu i przez Alpy XXX - Furkapass

Czwartek, 4 sierpnia 2011 | dodano: 29.06.2013Kategoria 2011 Włochy, .2 Osoby, .Z Kasią

Dzień 30

Bezirk Östlich Raron i Goms

Start o 8:20. Dolina była już dość wąska. Udało się nam przejechać kilka kilometrów, nim zsiadło się na serpentynach w Deisch. Dalej było nieco łatwiej, już wystarczająco by jechać. Po drodze mijało się kilka drewnianych domów, wybudowanych w starym, alpejskim stylu. Powtórka spacerowa tuż za miasteczkiem Fiesh.


9:56. Grengiols u stóp masywu Bättlihorn (2992 m n.p.m.) w dolinie Rodanu. Widok ku SW


10:20. Tradycyjna zabudowa w Lax. Widok ku NW


11:27. Między Fiesch i Niederwald. Widok ku NE


11:47. Tradycyjna zabudowa w Blitzingen. Widok ku NW


12:28. Między Reckingen i Münster. Widok ku NE

Pierwszą dłuższą przerwę urządziło się w Münster przed godziną 13. Za miasteczkiem stosunkowo krótki, łagodny, ale najdłuższy tego dnia zjazd w kierunku przełęczy.


12:39. Tradycyjna zabudowa w Münster. Widok ku N


12:46. Wnętrze kościoła w Münster


13:31. Z Obergesteln do Oberwald. W tle pasma gór Muttenhörner (3099 m n.p.m.) oraz odleglejsze Dammastock (3630 m n.p.m.). Widok ku NE

Od Oberwald pieszy marsz. Wędrowało się północnym brzegiem Rodanu, poprzez malowniczą dolinę z serpentynami. Trudził nas ten spacer. Ciągle odliczało się, jak jeszcze daleko do przełęczy. Nieco poniżej poziomu drogi biegła linia kolejowa, a jeszcze niżej sam Rodan, jeszcze w postaci strumienia. Przeszło się tak sześć kilometrów. Weszło się z poziomu ~1400 do 1750 m n.p.m. co zajęło nam niespełna 1,5 godziny. Nagrodziło nas to wspaniałym widokiem, podczas wejścia do Gletsch.


15:12. Ostatni odcinek serpentyn do Gletsch. W tle serpentyn na przełęcz Grimselpass (2165 m n.p.m.) na stokach Hohhoren (2771 m n.p.m.). Widok ku N


15:34. Gletsch (osada na wysokości około 1800 m n.p.m.) i źródło Rodanu w masywie Dammastock. Po prawej przełęcz Furkapass (2436 m n.p.m). Widok ku NE

W Gletsch udało dowlec się za skrzyżowanie z trasą nr 6, biegnącą przez Grimselpass (2164 m n.p.m.) w kierunku Brienz. Zeszło się tam w prawo, do niewielkiego parku, gdzie można było posiedzieć blisko godzinę na ławeczce i zbierać siły. Podjadło się przy okazji i uzupełniło wodę. W pobliżu znajdowało się kilku innych rowerzystów, ale nie było sił, by zagadywać. O 16:40 znów w trasie. Znów pieszo. Mijali nas szosowcy. Po godzinie doszło się na wysokość lodowca Rhonegletscher. Tam przerwa na tarasie koło restauracji Belvédère (2270 m n.p.m.), by go obejrzeć z bliższej odległości. W ramach posiłku zjadło się pierwszą w życiu ciecierzycę z puszki. Przerwa trwała około pół godziny.


17:35. Początek Doliny Rodanu. Z lewej droga prowadząca z Gletsch ku Furkapass (2436 m n.p.m). Z prawej ku Grimselpass (2165 m n.p.m.). Widok z Belvédère (2270 m n.p.m.). Widok ku SW


17:53. Rhonegletscher. Widok ku NNW

Prawie godzinę później zawędrowało się już na Furkapass (2436 m n.p.m), drugą co do wysokości przełęcz na tej wyprawie. Dochodziła godzina 19. Trzeba było ubrać się w kurtki. Duża wysokość i obecność lodowca znacznie obniżały temperaturę.


18:51. Przez Furkapass (2436 m n.p.m) do doliny Urserental. Po lewej dolina prowadząca do Oberalppass (2046 m n.p.m.). Widok ku NEE


18:54. Zjazd z Furkapass (2436 m n.p.m) w dolinę Urserental. Z lewej Galenstock (3586 m n.p.m.) oraz Gross i Chli Bielenhorn (3210 i 2940 m n.p.m.). Widok ku NE

Kanton Uri

Najwspanialszy na całej wyprawie zjazd o długości ~10 km do poziomu poniżej 1600 m n.p.m. trwał prawie godzinę. Kasia jechała ostrożnie, a mnie poniosła trasa. Co jakiś czas, raczej ostrożnie używało się hamulców, co kilka minut zatrzymując się, by i one, i obręcze mogły się nieco schłodzić. W tych przerwach z wolna docierała Kasia, a po chwili znów niosło mnie dalej. Najdłuższa 1-3 km odległość miedzy nami pojawiła się na serpentynach w rejonie Hostetten.

Słońce powoli chowające się za górami, oświetlało wschodnie zbocza doliny rzeki Reuss, a obszar nasłonecznienia dość szybko się przemieszczał i z wolna przyciemniał. Gdy razem udało się zjechać, na dole wciąż było jeszcze jasno, choć oświetlane były już tylko najwyższe partie gór. Kilkanaście minut później, zjeżdżając łagodnie pochyloną drogą, dojechało się do Andermatt na ~1450 m n.p.m. Przejeżdżało się przez centrum, gdy z wolna narastała wieczorna szarówka.


20:09. Dolina Urserental. W centrum Rienzenstock (2962 m n.p.m.). W tle za nim masyw Piz Giuv (3096). Po prawej dolina prowadząca do Oberalppass (2046 m n.p.m.). Widok ku NE

Kurs do trasy nr 19, rozpoczynając kolejny marsz, tym razem w poszukiwaniu noclegu, którego nie udało nam się znaleźć przez ostatnią godzinę. Po dwóch kilometrach przeszło się przez tunel, a za nim trochę się cofnęło udeptaną ścieżką, która biegła po jego zewnętrznej stronie. Kilkanaście metrów dalej udało się rozłożyć z namiotem na wysokości 1620 m n.p.m. Było po 21.
Rower:Zielony Dane wycieczki: 78.00 km (0.00 km teren), czas: 08:00 h, avg:9.75 km/h, prędkość maks: 0.00 km/h
Linkuj | Komentuj | Komentarze(0)

Do Rzymu i przez Alpy XXIX - Kanton Valais

Środa, 3 sierpnia 2011 | dodano: 29.06.2013Kategoria 2011 Włochy, .2 Osoby, .Z Kasią

Dzień 29

Bas-Valais

Przebiedowało się do 8:15 rano. Na szczęście nikt nam nie przeszkadzał, pomimo obecności kilku pobliskich domów. Jedynie sporadyczne auta nieco przeszkadzał, gdyż przystanek znajdował się po wewnętrznej stronie zakrętu głównej trasy.


8:20. Serpentyny przed Fontaine Dessous. Najniższy punkt - w Orsières w tle, na wysokości o ~300 m niższej. W tle Le Catogne (2598 m n.p.m.). Widok ku NW

Było chłodno. Opatuliwszy się trzeba było zjechać 20 kilometrów. W Orsières po raz pierwszy zagroziły nam deszczowe chmury, z których trochę pokropiło. Gdy przyszły opad był dla nas pewny, tym bardziej pospieszyło nas na dół, im bardziej nie chciało się używać hamulców na ostrych zjazdach po opadach. Na szczęście udało się dotrzeć do Sembrancher, a chmura została za nami i skierowała się w inną stronę.


8:27. Orsières. Masyw Le Catogne (2598 m n.p.m.). Widok ku NW

Teren tu był dość płaski, co było nieco mylące, lecz tuż za miasteczkiem zjeżdżało się ponownie. Ta nazbyt swobodna jazda skończyła tuż za Martigny w Dolinie Rodanu. Odtąd jechało się w terenie bardzo płaskim i nieznacznie, prawie niezauważalnie wznoszącym się, z niewielką tylko ilością podjazdów, rosnącą wraz z postępem podróży. Dość częste i charakterystyczne były ronda z rzeźbami lub instalacjami powiedzmy że artystycznymi. Były to tak przedstawienia humanoidalne, jak i najzwyklejsze, wielkie winogrona.


9:27. Plantacje winorośli w okolicy Martigny. Widok ku NNW

Początkowo jechało się dość szybko, w czym pomagał nam wiejący na wschód wiatr. Dodatkowym czynnikiem była kolejna chmura opadowa, wędrująca ślad w ślad za nami. Przerwa w Saxon pod wiaduktem, ale miejsce mało wygodne, a deszcz jeszcze nie nadchodził. Raz jeszcze się ruszyło, walcząc z czasem, zatrzymując się 1,5 km dalej, tuż za miasteczkiem. Tam nas dopadła ulewa i nie było sensu jechać dalej. Udało się schronić pod wiaduktem ulicy prostopadłej do kierunku jazdy. Ledwie na chwilę, nim przeszła największa ulewa. Przerwę wykorzystało się na ugotowanie makaronu. Niestety - skończyła się sól i z trudem przełykało się obrzydliwie smakujący posiłek. Nawet nie dokańczało się resztek, jak to bywało do tej pory. Przerwa trwała do 12 i pozwoliła zebrać siły, których nie można było uzupełnić na "noclegu". Droga była mokra, a na stokach gór formowały się chmury, powstające ze świeżych opadów. Będąc prawie pół kilometra nad poziomem morza, podstawy chmur zdawały się bardzo nisko zawieszone.


12:19. Wjazd na most nad Rodanem w pobliżu Riddes. Po lewej L'Ardève (1501m n.p.m.). Po prawej masyw Haut de Cry (2969 m n.p.m.). Widok ku N


12:40. W pobliżu granicy między Leytron i Saint-Pierre-de-Clages. La Routia (1314 m n.p.m.) w masywie Haut de Cry (2969 m n.p.m.). Widok ku N

Wraz z upływem czasu nawierzchnia schła, powietrze stawało się coraz cieplejsze, a pogoda ładniejsza i przyjemniejsza, aż do dość gorącej. Kurtki zdjęło się przed Ardon. W oczy rzucały się uprawy winorośli, rosnących w systemie tarasowym tak na stokach gór, jak i w sąsiedztwie płaskiej drogi. Od Sion trasa trzymała się blisko rzeki, która po ostatnich opadach była wezbrana i niosła dużą ilość zawieszonego w niej materiału.


12:40. Przed Ardon. Z lewej stoki masywu Mont Gond (2710 m n.p.m.). W tle po prawej, odległe o ~5km wzgórze Crêtes des Maladaires (569 m n.p.m.) w Pont-de-la-Morge. Widok ku NE


13:18. Sion. Château de Tourbillon (658 m n.p.m.) i Basilique Notre-Dame deValère (611 m n.p.m.) z XIII w. Widok ku NEE


13:30. Sion. Basilique Notre-Dame deValère (611 m n.p.m.) z XIII w. Widok ku NNW


13:31. Sion. Château de Tourbillon (658 m n.p.m.) z XIII w. Widok ku NW

Haut-Valais

Przy niewielkim dworcu w Les Crêtes przerwa w jego cieniu. Kilometr dalej wjechało się na drogę równoległą do trasy nr 9. Podążało się nią 1,5 km, a sama trasa zapewniła nam podjazd o 20 metrów jazdy ponad pobliskim tunelem.


14:55. Noës przed Sierre. Od lewej masywy Wildstrubel (3243 m n.p.m.), Balmhorn (3698 m n.p.m.) i odległy o ~20km Bietschhorn (3934 m n.p.m.) w pobliżu Raron. Z prawej masyw Illhorn (2717 m n.p.m.). Widok ku NEE

W Noës przejazd na południową stronę torów kolejowych. Dzięki temu ominęło się centrum Sierre, jadąc przez tereny przemysłowe. Wróciwszy na trasę 9, przejechało się w pobliżu amfiteatru i Lac de Géronde, po prawej stronie mając strome ściany niewielkiego wzgórza, a w międzyczasie zabawiając nas niewysokim podjazdem. Kilka kilometrów za miastem, naszła nas by spróbować przejechania tunelem, ale z tego pomysłu lepiej było wycofać się przed samym wjazdem. Problemem był zakaz wjazdu dla rowerów. Nie znające długości podziemnej drogi, wybrało się bezpieczniejszą, dłuższą trasę, prowadzącą przez położone ~40 m wyżej Salgesch. Na właściwą trasę wróciło się po skręceniu z Varenstrasse w Tschütrigstrasse. 15 metrów wyżej, niż było nam trzeba, gdy udało się zorientować, że droga dalej prowadzi tylko w górę.


16:51. Agarn. Stoki masywu Balmhorn (3698 m n.p.m.) widoczne z Agarn. Widok ku NNW


17:06. W pobliżu granicy między Turtmann i Steg-Hohtenn. Po lewej szczyt Chistehorn (2785 m n.p.m.) w masywie Bietschhorn (3934 m n.p.m.). Widok ku NE


18:01. Rzeka Vispa w Visp. Końcowy odcinek dolin Saastal i Mattertal. W tle Balfrin (3796 m n.p.m.) w masywie Dom (4545 m n.p.m.). Widok ku S

Dolina była bardzo szeroka lecz powoli, powoli zwężała się aż do Brig. Tam przy braku odpowiedniej nawigacji, zakończonej ślepą drogą, trzeba było cofać się z terenu kolejowego. Nim się zawróciło, dojechało się najdalej jak tylko można bez zsiadania z rowerów. Później udało się znaleźć przejazd pod torami, a kolejny nad rzeką. Trzymając się głównej trasy, dojechało się do ostatniego ronda przed Bish, około godziny 20 spoczywają na ławeczce.

Nie udało się odpocząć. Co kilkanaście minut powtarzał się model troskliwego przechodnia z okolic Genuy. Po przejeździe równie troskliwej policji, lepiej było dać sobie spokój i ruszyć dalej, by ukojenie znaleźć prawie 3 kilometry dalej, przy starej, opuszczonej kapliczce. Była już pewnie 21-21:30, gdy w nocnych ciemnościach wprowadzało się rowery przez dziurę w kamiennym murku i rozkładało namiot. Noc spędziło się prawdopodobnie na starym cmentarzu, bowiem cały czas niesamowicie przeszkadzało nam zarośnięte, trochę kamieniste podłoże. Był to najłagodniejszy z alpejskich dni.
Rower:Zielony Dane wycieczki: 120.00 km (0.00 km teren), czas: 08:00 h, avg:15.00 km/h, prędkość maks: 0.00 km/h
Linkuj | Komentuj | Komentarze(0)

Do Rzymu i przez Alpy XXVIII - Przełęcz Św. Bernarda

Wtorek, 2 sierpnia 2011 | dodano: 29.06.2013Kategoria 2011 Włochy, .2 Osoby, .Z Kasią

Dzień 28

Włochy

W skrócie - wyruszyło się wcześnie, skończyło późno. Podróż do przełęczy zajęła cały dzień, a reszta wieczór i część nocy. Noc na przystanku był chłodna. Podobnie jak przy San Marino, nie udało się dobrze wypocząć, a od rana tylko pod górę. Start o 7. Po godzinie przerw przy markecie przed Aostą. Tam ostatnie duże zakupy przed udaniem się do Szwajcarii (nie było franków, by robić tam zakupy). Przerwa ta, wraz ze śniadaniem, potrwała prawie 1,5 godziny.


06:55. Nocleg na przystanku w Champagne. Widok ku NWW

W Aoście skręt na północ tak, by podążać trasą SS27. Praktycznie od razu zeszło się z rowerów. Stromizna podjazdu była ponad nasze siły w nogach. Przez resztę drogi do przełęczy tylko się szło, z krótkimi może momentami, gdy droga chwilowo była bardziej płaska lub akurat pozwalała bez wysiłku zjechać kilkaset metrów. Przed Gignod ścięło się trasę, idąc ulicą wśród zabudowań, zamiast wić się serpentyną. Około 11:30 uzupełniło się zapasy wody odpoczywając przy fontannie.


11:18. Kościół pw. Sant' Ilario w Gignod. W tle masyw Grand Combin (4314 m n.p.m.). Widok ku N


12:11. Gignod. Dolina Valpelline. Po lewej Masyw Mont Rion (3487 m n.p.m.). Widok ku NNE


14:08. Etroubles. Grań Grand Créton (3071 m n.p.m.). Widok ku W


15:26. Serpentyny w pobliżu Saint-Léonard. W centrum Mont Mort (2867 m n.p.m.). Widok ku NNW

Między 16 i 17 przerwa na obiad i ponowne uzupełnienie zapasu wody. Tym razem w Saint Rhemy, do którego trochę się zboczyło z trasy. Gdy się opuszczało, właśnie zawitała tam jakaś grupa wycieczkowa. Za 40 kilometrem trasy był ruch wahadłowy na serpentynie. Ustawiło się kilkanaście aut, które pieszo się ominęło. Ciekawym incydentem był przyjazd kogoś w super luksusowym sportowym samochodzie, który wepchnął się na sam początek, został strąbiony przez wszystkich, a przy zielonym świetle ruszył i tyle go widziano, pozostawiając za sobą zniesmaczonych i mocno wkurzonych kierowców.


18:08. Droga do przełęczy Św. Bernarda. Po lewej Mont Fourchon (2902 m n.p.m.). W centrum po lewej Pain de Sucre (2919 m n.p.m.). Po prawej Pointe de Drône (2949 m n.p.m.). Przy prawej krawędzi stoki Mont Mort (2867 m n.p.m.). Widok ku NNW


18:36. Droga do przełęczy Św. Bernarda. W centrum Mont Mort (2867 m n.p.m.). Widok ku NEE


18:55. Droga do przełęczy Św. Bernarda. Pain de Sucre (2919 m n.p.m.). Widok ku NNW


19:00. Dolina Świętego Bernarda. Po lewej Mont Mort (2867 m n.p.m.). W tle odległy o prawie 30 km Monte Emilius (3559 m n.p.m.). Widok ku SEE


19:20. Droga do przełęczy Św. Bernarda. La Cantine u podnóży Petit Mont Mort (2809 m n.p.m.) i Wielkiej Przełęczy Św. Bernarda. Od lewej: Tête de Fonteinte (2775 m n.p.m.), Pointe de Drône (2949m n.p.m.) oraz Grande Chenalette (2900 m n.p.m.) i Petit (2664 m n.p.m.) z galerią na drodze. Widok ku NNE


19:54. Droga do przełęczy Św. Bernarda. Po lewej Mont Mort (dalszy) (2867 m n.p.m.) i Petit Mont Mort (2809 m n.p.m.). W tle Tête Crévacol (2610 m n.p.m.). Widok ku SSE

Szwajcaria

Po 20:20 przekroczyło się 50 kilometr. Osiągnięta została przełęcz Św. Bernarda i weszło się na 2473 m n.p.m. czyli najwyżej w naszym życiu. Z rowerami. Na przełęczy spędziło się około pół godziny. Tam można już było doprowadzić się do ładu i przygotować do zjazdu.


20:20. Lago di Gran San Bernardo i schronisko na Wielkiej Przełęczy Św. Bernarda. W tle nieco z lewej Mont Velàn (2727 m n.p.m.); z prawej Bec Noir (2797 m n.p.m.). Widok ku NEE

Powoli zbliżała się noc. W miarę możliwości utrzymywało się bezpieczna prędkość. Zjazd był bardzo stromy, a droga często kręta. Okolica pusta, trawiasta, skalista. Bardzo łatwo można było wypaść z zakrętu, także przy deszczowej pogodzie trudno byłoby nam nawet schodzić z całym bagażem.


20:28. Początek zjazdu przy schronisku na Wielkiej Przełęczy Św. Bernarda. Z lewej Mont Velàn (2727 m n.p.m.). Z prawej Bec Noir (2797 m n.p.m.). Widok ku E


20:43. Zjazd w dolinę Dranse d'Entremont. Po prawej masyw Mont Velàn (3727 m n.p.m.). W tle po lewej masywy Grand Combin (4314 m n.p.m.). Widok ku NEE


20:47. Zjazd w dolinę Dranse d'Entremont. Po prawej masyw Mont Vélan (3727 m n.p.m.). W centrum masyw Grand Combin (4314 m n.p.m.). Po lewej masyw Grande Aiguille (3682 m n.p.m.) w grani Les Maisons Blanches. Widok ku NE

Po 7 km nasza trasa połączyła się z głównym szlakiem samochodowym. Przez ponad 5km jechało się w tunelu z galeriami, przez które widać było dolinę i zaporę wodną. Widać było coraz gorzej, przy coraz większych ciemnościach. Na zewnątrz była już noc i chwilę trzeba było odpocząć na pierwszym skrzyżowaniu. Po kolejnych 8 kilometrach powolnej jazdy na hamulcach, zatrzymując się, gdy przejeżdżało jakieś auto, udało się wypatrzyć skromne schronienie w Liddes. Był to bardzo mały i wąski przystanek. Nocleg był niezmiernie ciężki, ale w tych warunkach nie liczyło się na więcej.
Rower:Zielony Dane wycieczki: 73.00 km (0.00 km teren), czas: 08:00 h, avg:9.12 km/h, prędkość maks: 0.00 km/h
Linkuj | Komentuj | Komentarze(0)

Do Rzymu i przez Alpy XXVII - Dolina Aosty

Poniedziałek, 1 sierpnia 2011 | dodano: 29.06.2013Kategoria 2011 Włochy, .2 Osoby, .Z Kasią

Dzień 27

Canavese

Na drogę wyszło się przed 10, ale sporo trwało, nim się udało zebrać. Co nas zaskoczyło, to ślimaki. Dziesiątki ślimaków, które postanowiły poprzyczepiać się do naszego namiotu w czasie nocy. Zniesmaczyło nas to, tym bardziej, że nie był to ostatni raz na tej wyprawie.

Po kilku kilometrach na drodze pojawiła ścieżka rowerowa odgrodzona słupkami, kończąca się dopiero w pobliżu centrum Brandizzo. Minęło się dwie rzeczki wpadające do Padu i dojechało do Chiavaso. Tam odbicie od głównej trasy i jazda Via Orti, Lungi Piazza D'Armi, brukowaną Via Caduti per la Libertà (z której zjechało się na drugiej przecznicy) do szerokiej, dwupasmowej Viale Giacomo Matteotti z brukowanym chodnikiem i dwoma rzędami drzew pośrodku. Skręt na północ w Viale Camillo Benso Cavour, od tej pory trzymając się głównej trasy. Przejechało się wiaduktem ponad torami, nieco później nad trasą E64 i tak się wyjechało z miasta. Cała ta zabawa ze skrętami spowodowana była przez poszukiwanie sklepu, by uzupełnić część zapasów i zjeść tam śniadanie.


10:27. Most na Torrente Malone w pobliżu granicy Brandizzo i Chivasso. W tle wzgórza masywu Bric del Vaj (583 m n.p.m.). Widok ku SE

Przez około 15 kilometrów jechało się trasą jednostajnie wznoszącą, lecz poza zwiększonym wysiłkiem, jaki trzeba było włożyć w dalszą jazdę, nie było to nazbyt widoczne. Teren był równinny, a droga przez 10 kilometrów prosta jak rysowana od linijki. Dodatkowo prawie nie było zabudowań, miejscowości i drzew, a słońce prażyło niesamowicie. Z wielką radością zrobiło się przerwę na ocienionej ławeczce przy kościele di San Michele w Arè. Przy okazji zjadło się śniadanie i ruszyło po prawie godzinie.


11:39. Arè. Kościół pw. San Michele. Wśród drzew po lewej przystanek z godzinną przerwą. Widok ku NE

Od Caudano teren powoli zaczął się różnicować i pojawiały się pierwsze nieśmiałe pagórki. Główną trasą, objeżdżając centrum Candia Cavanese, wjechało się na około 340 m n.p.m., skąd roztaczał się widok na wąski pasek, schowanego za drzewami i miastem jeziora Lago di Candia oraz pagórki po drugiej stronie rzeki Dora Baltea. Przed nami intensywny zjazd do Mercenasco, gdzie mijało się sporą grupę rowerzystów na wycieczce (być może jakaś pielgrzymka), wzajemnie się pozdrawiając. Nico później łagodny zjazd do Strombino. Pod koniec miasta pyszne, schładzające zakupy w Lidlu i krótka przerwa.


13:01. Zamek Castelfiorito w Candia Canavese. Widok ku SE

Przed nami coraz wyraźniejsze, choć nadal odległe szczyty alpejskie. W pewnym miejscu ktoś postawił znak zakazu jazdy rowerom, ale nie widziało się dla nas innej alternatywy. Na szczęście droga była szeroka i mało kto nią jechał. Na kilka kilometrów przed Ivrea, za mostem, minął nas jadący z naprzeciwka samochód Google, robiący zdjęcia trasie.


13:56. Wjazd do Ivrea mostem nad Dora Baltea. W tle masyw Colma di Mombarone (2371 m n.p.m.). Po lewej Dolina Aosty z widocznym masywem Croix Courma (1966 m n.p.m.). Widok ku N


14:48. Wjazd do Ivrea mostem nad Dora Baltea. Widok ku SEE

W mieście przejazd obrzeżami w kierunku północnym. Przejechało się koło Lago San Michele, a później południowym skrajem Lago Sirio. Odcinek obfitował w podjazdy w otoczeniu zadbanych, majętnych posesji i urokliwych krajobrazów. Mocno nas zmordowało, nim wyjechało się na trasę SS26. Około 16 nastąpiła przerwa pod koniec Motalto Dora, gdzie zakupiło się lody.


15:15. Lago Sirio. W tle Castello di Montalto na zboczach Monte di Maggio (~400 m n.p.m.). Widok ku NNW

Valle d'Aosta

Po przerwie przejechało się jeszcze pięć kilometrów. Dotarło się do dość szerokiej Dolinie Aosty, gdzie niejedna masywna góra przekraczała 2000 m n.p.m. na obrzeżach Pont-Saint-Martin, mój rower złapał kapcia. Naprawa trwała długo. Walczyć trzeba było z dętkami, z których schodziło powietrze oraz słońcem, które paliło skórę, gdy tylko wystawało się z wąskiego cienia, na wąskim chodniku. Zaznaczyć trzeba, że jechało się przez wiele kilometrów, wciąż równomiernie wznoszącą się drogą, której poziom trudności gwałtownie wzrósł tuż za Montjovet, czasem przymuszając nas, by zejść z roweru. Od Saint-Vincent pojawiło się nawet kilka dłuższych zjazdów.


16:33. Settimo Vittone. Z lewej stoki Bec Renon (2266 m n.p.m.). Z prawej stoki Bec di Nona (2085 m n.p.m.). W tle Croix Courma (1966 m n.p.m.). Widok ku NNW


17:00. Pont-Saint-Martin. Masyw Croix Courma (1966 m n.p.m.). Widok ku NNW


17:28. Pont-Saint-Martin. Po prawej ruiny zamku Castellaccio z XV w. W tle grań Lose Bianche (2435 m n.p.m.). Widok ku NNE


18:40. Między Bard i Arnad. W centrum, nieco z prawej Forte di Bard, pomiędzy górami: Z lewej Cime Coudrey (1295 m n.p.m.). Z prawej zbocza Mont Charvatton (1786 m n.p.m.), Bec Cormoney (2142 m n.p.m.), Bec Renon (2266 m n.p.m.) wraz z Cima Battaglia (2298 m n.p.m.). Widok ku SSE


18:40. Między Bard i Arnad. Forte di Bard z XIX w. Widok ku SSE


20:13. Saint-Vincent. Widok ku W


20:27. Saint-Vincent. Po lewej zachmurzona Becca di Vlou (3032 m n.p.m.). Po prawej masyw Corno del Lago (2747 m n.p.m.). Widok ku SE

W Chatillon, między dwoma tunelami, nad strumieniem Marmore, spotkanie Łotysza Leontis'a Romanovskis'a w wieku emeryckim, który po Europie od kilku lat jeździł rowerem ze specyficznym wózkiem upstrzonym różnymi naklejkami. Komunikując się polsko-rosyjskim, pogadało się co najmniej dobre pół godziny. On jechał od strony Mont Blanc zmierzając w stronę Maroka. Ze względu na niezbyt bezpieczne miejsce rozmowy (przy wjeździe do tunelu) i zbliżającą się noc, przyszło pożegnać się nam, jadąc w swoje strony. Noclegu szukało się co prawda dużo wcześniej, ale nic nie wyglądało wystarczająco bezpiecznie. 7 km po rozmowie z podróżnikiem, grubo po zapadnięciu nocnych ciemności, udało się zatrzymać na drewnianym przystanku, o niespotykanych przez nas wcześniej rozmiarach. W gruncie rzeczy wyglądał jak mały domek.


21:17. Przypadkowe spotkanie w Chatillon
Rower:Zielony Dane wycieczki: 103.00 km (0.00 km teren), czas: 07:00 h, avg:14.71 km/h, prędkość maks: 0.00 km/h
Linkuj | Komentuj | Komentarze(0)

Do Rzymu i przez Alpy XXVI - Turyn

Niedziela, 31 lipca 2011 | dodano: 29.06.2013Kategoria 2011 Włochy, .2 Osoby, .Z Kasią

Dzień 26

Alpi Maritimes

Nocleg w krzakach, ale wystarczająco wygodny i ukryty, pozwolił wreszcie odetchnąć po kilku dniach męki. Nawet nocleg poprzedni, choć też wygodny, powodował pewien lekki niepokój. Poranek pochmurny, ale jasny. W nocy było trochę chłodno. Na rowerach było się po 9:40. Od początku niosło mnie bardziej z przodu, często kilka skrętów dalej. Nawierzchnia nieco spękana. W górę wędrowało kilku ludzi. O 10 dojazd do pierwszej miejscowości, położonego ponad 200 metrów niżej, całkowicie turystycznej Panice Soprana. Tam odpoczywało się przez kilka minut.


9:44. Zjazd do Panice Soprana. Z lewej Monte Vecchio (1919 m n.p.m.), z prawej zachmurzone pasmo Bric Costa Rossa (2403 m n.p.m.). Widok ku N


9:46. Bec Matlas (2148 m n.p.m.) i Bec Baral (2130 m n.p.m.) na zachód od Limonetto. Widok ku NW

Nawierzchnia była nowa, asfalt porządny i szeroki. Przerwa po pięciu kilometrach w Tetti Mecci, tuż po serpentynie o pięciu skrętach, na których prawie się nie hamowało, jadąc z szaleńczą prędkością i nisko pochylając się przy zakrętach. Do Limone Piemonte droga była prosta, lecz nadal stroma. Miasteczko omijało się i nieco łagodniejszym zjazdem dojeżdżało do Vernante, gdzie nastąpił skręt do centrum. Jak się okazało, mimo niedzieli sklepy był tu otwarte (co do tej pory było dość rzadkie). Zrobiło się zakupy i spacerowało w poszukiwaniu miejsca, gdzie można by zjeść śniadanie.


12:01. Vernante. Fontanna przy kościele pw. San Nicolao. Widok ku NW

Co ważne, w Vernante znajdowały się rzeźby, obrazki, malowidła, tablice poświęcone Pinokio. Pinokio był dosłownie wszędzie. Przerwę zrobiło się na ławeczce pod kościołem pw. San Nicolao. Do miasta dojechało się w godzinę po opuszczeniu noclegu, a spędziło tam prawie 1,5 godziny.


12:01. Vernante. Kościół pw. San Nicolao. Widok ku SE

Pianura padana

Dość swobodna jazda skończyła się w Borgo San Dalmazzo. Tam przyszło natknąć się na sakwiarza, z którym zamieniło się dosłownie kilka słów, z których wynikało, że jedzie w kierunku zachodniego pogranicza Francji i Włoch. My zaś dalej na północ, a teren powoli, niemal niezauważalnie opadał w kierunku Padu. Region był niesamowicie równinny, płaski i jednorodny. Urozmaiceniem były widoczne na horyzoncie szczyty gór, dające się zauważyć tak na wschodzie, jak i zachodzie. Góry na południu powoli malały i znikały, lecz nasz wzrok kierował się ku północy.

Jadąc tak z coraz większym, jednostajnym wysiłkiem, minęło się kilka miasteczek, które w jakiś sposób starały się zapaść nam w pamięć:
- Martinetto del Rame - straciło się kilka minut pod marketem, który okazał się zamknięty. Przynajmniej trochę się odpoczęło.
- Pobliskie Cuneo wyglądało na strasznie opustoszałe, podobnie jak wiele kolejnych innych miejscowości. Było położone kilkadziesiąt metrów ponad poziom doliny rzeki Stura di Demonte, co czyniło nawet ładne.


13:47. Cuneo. Widok znad rzeki Stura di Demonte ku SEE


14:13. Cascina Cartignano. W tle Alpy Kotyjskie. Widok ku SW


15:07. Levalidigi. Kościół pw. Spirito Santo. Widok ku NNW


15:12. Levalidigi. Specyficzne rondo do zawracania. Widok ku NNW

- Genola - Mała miejscowości z centrum handlowym. Tam około godziny 16 przerwa na większe zakupy i posiłek niż o poranku. Można powiedzieć, że rowery zostały wtedy bardzo obładowane. Było to na 64 kilometrze pokonanym tego dnia.


16:35. Rowerowe ozdoby przed marketem w Genola

- Savigilano - Pierwszy tego dnia, porządny przejazd przez duże miasto. Przejazd przez centrum, w którym pełno było starej kostki brukowej.


16:59. Savigilano. Kościół pw. Sant'Andrea. Widok ku NNW

- Cavallermaggiore i Racconigi - Miasteczka odległe o 3-4 kilometry od siebie. Oba łączy to, że objechało się je ich obwodnicami, przy czym przy drugiej była znacznie dłuższa.
- Carmagnolla - Sporo nowego budownictwa. W innych miejscowościach przeważała raczej architektura sprzed co najmniej kilkudziesięciu lat. Tu było wyraźnie więcej mniejszych lub większych osiedli.

Turyn

Tuż po przekroczeniu 100km przejechało się pod autostradą A6 na jej na wschodnią stronę. Około godzinę później udało nam się dotrzeć do Turynu. Była 20:20 i powoli zbliżała się noc. Początkowo trzymało się głównej trasy, która biegła w pobliżu Padu. Obserwując znaki drogowe dało się zauważyć kilka, które kierowały do stadionu Juventusu. W sumie, skoro było się tak blisko, czemu by nie zajechać. Jedziemy, jedziemy i nagle tablice prowadzą w innym kierunku, niż do tej pory. Zaczepiamy jakieś młode małżeństwo, które po krótkiej rozmowie informuje nas, że znajdujemy się w innym miejscu, w terenie podmiejskim. Z tego co udało mi się zrozumieć, miał się ona znajdować kilkanaście kilometrów na południe od centrum (w rzeczywistości w kierunku NW, co mogło być nam po drodze). Zrezygnowało się z tego, bo i nie był to punkt obowiązkowy, ani w planach.


20:10. W centrum Moncalieri. Widok ku E


20:11. Moncalieri. Widok z Ponte dei Cavalieri Templari na Pad ku NE


20:20. Turyn przed wieczorem. Widok ku N

Z braku jakichś większych zapasów sił, jechało się głównie chodnikami i ścieżkami. Decyzję te motywowało duże podobieństwo południowej części trasy, do jazdy przez Warszawę w rejonie nadwiślańskim, głównie w okolicy Czerniakowa. Przejechało się w pobliżu muzeum Teatro Nuovo, które od południa bardziej przypominało areszt albo zakład produkcyjny. Niedaleko mijało się Castello del Valentino, z grubsza przypominający pałac w Wilanowie (jeśli już trzymamy się porównywania Turynu do Warszawy).


21:18. Castello del Valentino w Turynie. Widok ku E

Z ścieżek w pobliżu Corso Massimo d'Azegilo skręciło się w Corso Vittorio Emanuele II i przejechało przy Arco di Trionfo. Dalej jechało się bardzo blisko rzeki. Obserwując drugi brzeg rzeki, w oczy rzucała się wieża kościoła pw. Santa Maria na wzgórzu Monte del Cappuccini (284 m n.p.m.), a nieco dalej kolejny Chiesa del Gran Madre di Dio, z kopulastym dachem, przypominająca współczesny Panteon w Rzymie.


21:22. Arco di Trionfo w Turynie. Widok ku NNE


21:29. Chiesa del Gran Madre di Dio w Turynie. Widok ku SEE

Odbicie w Via Giovanni Francesco Napione, później skręcając w Corso Belgio (obie z torami tramwajowymi), jadąc na wschodni brzeg Padu. Tamten odcinek zszedł nam trochę dłużej, tak pod względem nawierzchni, sił, jak i nawigacyjnie, by nie nadkładać drogi. Po wschodnim brzegu przejechało się ~2km, po czy powrót na brzeg poprzedni, lecz dopiero w miejscu, gdzie wpadała do Padu rzeka Sture di Lanzo. Dalej jechało się przez strefę z małą ilością zabudowań i wielkich obszarów przemysłowych. Przerwę na przystanku, pożywiając się trochę i odpoczywając. Od pewnego czasu szukało się noclegu, ale z powodu miejskiej zabudowy przypominało to raczej szukanie noclegu w Genui.

Przejechało się przez Settimo Torinese, które wtedy przypominało przejazd przez Ponte San Giovanni pod Perugią. Dopiero prawie dwa kilometry za miasteczkiem udało się wypatrzyć przydrożny, niewielki, zakrzaczony teren. Ostatecznie przyszło się położyć 10 minut przed północą.
Rower:Zielony Dane wycieczki: 144.00 km (0.00 km teren), czas: 08:00 h, avg:18.00 km/h, prędkość maks: 0.00 km/h
Linkuj | Komentuj | Komentarze(0)

Do Rzymu i przez Alpy XXV - Massif du Mercantour-Argentera

Sobota, 30 lipca 2011 | dodano: 29.06.2013Kategoria 2011 Włochy, .2 Osoby, .Z Kasią

Dzień 25

Dolina rzeki La Roya

O 7:30 wyległo się z namiotów, ale obozowisko, już po zwinięciu bagażu, opuściło się godzinę później. Wcześniejsze rozpoczęcie podróży oznaczało przyjemnie chłodniejsze pierwsze kilometry. Na śniadanie 8 kilometrów przyjemnego zjazdu do Breil-sur-Roya, choć właściwa część miejscowości została na południe od nas. W dolinie La Roya, przejazd przez dwa tunele o łącznej długości ponad kilometra. Pomiędzy nimi znajdowała się kilkusetmetrowa wolna przestrzeń, skąd widać było Saorge, niewielką, położoną na prawym brzegu rzeki miejscowość, której zabudowa ułożona półkoliście na zboczu przypominała amfiteatr


10:13. Saorge w dolinie La Roya. Widok ku NE


10:18. Wiadukt kolejowy w dolinie La Roya. W tle stoki Cime de Pesourbe (1002 m n.p.m.). Widok ku N

Kolejne kilometry to głównie podróż doliną tak wąską, że miejsca było tylko na drogę i płynąca obok rzekę. Ściany strome i wysokie, tym bardziej, że okoliczne szczyty wybijały się grubo ponad 1000 m n.p.m. a czasem i ponad 2000 m n.p.m. Szersze tereny wypełnione były przeważnie przez nieliczne miasteczka, których i tak było mało.


10:56. Hydroelektrownia przy ujściu Valon de Paganin do doliny La Roya przed Saint-Dalmas-de-Tende. Widok ku N


10:57. Skromne dzieło w pobliżu hydroelektrowni nad rzeką La Roya przed Saint-Dalmas-de-Tende. Widok ku SSE


11:22. Saint-Dalmas-de-Tende. W tle stoki Cime de Riodore (1371 m n.p.m.) tuż obok L'Arpette (1611 m n.p.m.). Widok ku NE

W Saint-Dalmas-de-Tende urządziło się przerwę przy fontannie, uzupełniając zapas wody i odpowiednio się schładzając. Do Tende przybyło się po 12:40. Chciało się znaleźć jakimś sklep spożywczy, ale nic nie rzuciło się nam w oczy. Do tego miasteczka większość trasy jechało się, z niewielkimi tylko etapami marszu, jak np. w Saint-Dalmas-de-Tende.


12:45. Centrum Tende w dolinie La Roya. Widok ku NNW


12:53. Kino w Tende. Widok ku N

Col de Tende

O 15:20 dojechało się do krańca Viévola. Znajdował się tam tunel graniczny, prowadzący do Włoch. Ciekawostką było to, że posiadał stróżówkę i odbywał się tam ruch wahadłowy. Przemieszczenie na początek kolejki do miejsca, skąd możnaby spokojnie ruszyć dalej. Na przejazd oczekiwało kilkadziesiąt aut, a zmiana świateł sygnalizacyjnych też swoje trwała. Po około pół godziny, ze stróżówki wyszedł jegomość, informujący nas, że rowerem nie wolno nam tam jechać, a na pytanie, którędy mamy się wydostać z tego miejsca, wskazał dróżkę prowadzącą na przełęcz. Po tym poszedł, a nam przyszło cofnąć się 300 metrów do tyłu.


15:10. Col de Tende (1871 m n.p.m) z widocznym Fort Central w centrum na szczycie, ruinami domu przy La Ça Canelle po lewej i sznurem aut przed wjazdem do tunelu. Widok z wysokości 1200 m n.p.m. ku N


Roślinność alpejska w okolicy Vievola. Rosnące na poziomie drogi do tunelu (czas wykonania zdjęć, od góry, od lewej): 14:42; 14:41; 14:40; 14:41. Rosnąca przy drodze do przełęczy: 16:08 Dziewięścił. Zdjęcie z okolic Breil-sur-Roya, rośliny co prawda nie zaobserwowanej przez mnie w tym rejonie, lecz dodany do kompozycji jako zdjęcie kwiatów z tego dnia: 8:34 Ostrożeń.


Serpentyny La Ça Canelle prowadząca z Viévola do Col de Tende. W centrum, nieco po lewej, widoczna ruina, przy której zastała nas burza. W tle po prawej SW grzbiet odchodząc od Cima de Marta (2138 m n.p.m). Widok ku SEE

Dzięki temu, kolejny etap podróży pozwolił nam na marsz w kierunku przełęczy Col de Tende. Pozwoliło nam to pierwszy raz zobaczyć na własne oczy dziewięćsił; piękną serpentynę o 47 zakrętach, w pierwszym, asfaltowym etapie przypominającą tarasy ryżowe; zjeść budyń w pobliżu ruin domostwa na zboczu, z pięknym widokiem na przebytą dolinę; zobaczyć z odległości kilkuset metrów umocnienia bojowe w postaci twierdzy Fort Central; podziwiać malowniczy krajobraz alpejski po włoskiej stronie przełęczy w porze zmierzchu; po raz pierwszy w życiu przekroczyć wysokość 1871 m n.p.m.; zjechać z tejże wysokości świetną asfaltową drogą (po stronie francuskiej, około połowa trasy od strony przełęczy była szutrowa); na koniec dnia przenocować na wysokości około 1610 m n.p.m.


Ostatnie metry do Col de Tende (1871 m n.p.m). Widok ku NWW


Zjazd z Col de Tende (1871 m n.p.m). Po lewej szczyt kryjący Fort Pernant (2089 m n.p.m). Po prawej Rocca dell'Abisso (2755 m n.p.m). Widok ku W

Prawda, że duże są zalety tegoż górskiego etapu podróży, poznane widoki, krajobrazy i miejsca. Prawda... Tylko czemu w sytuacji, gdy kończyło nam się jedzenie (obiad z budyniu), następnego dnia była niedziela (prawdopodobnie zamknięte sklepy), nad naszymi głowami przechodziła burza (dwie godziny przerwy koło ruin na wysokości ~1450 m n.p.m.), a informacja z zakazem jazdy przez tunel na rowerze, znajdowała się dopiero 15 metrów PRZED wjazdem do tunelu i 15 metrów ZA szlabanem, który uprzednio trzeba było przekroczyć, by móc przeczytać informacje o tym miłym fakcie...
Rower:Zielony Dane wycieczki: 49.00 km (4.50 km teren), czas: 07:00 h, avg:7.00 km/h, prędkość maks: 0.00 km/h
Linkuj | Komentuj | Komentarze(0)

Do Rzymu i przez Alpy XXIV - Préalpes de Nice

Piątek, 29 lipca 2011 | dodano: 29.06.2013Kategoria 2011 Włochy, .2 Osoby, .Z Kasią

Dzień 24

Doliny rzeki La Paillon

Wiele tego dnia się nie pokonało. Dwa pełne podejścia, rozdzielone jednym szybkim zjazdem i kilkoma krótszymi jazdami, gdy było to możliwe. Przeważnie na początku dnia. Na szczęście było pogodnie. Około 10 skończyło się śniadanie i ogrzewanie się na słońcu. Nim się rozpoczęła jazda po 10:30, udało się nieco ogarnąć z bagażami przy pomocy pobliskiego, przydrożnego murku. Wczoraj odbijało się w dolinę dopływu - La Paillon de Contes. Tego dnia, po zaledwie kilometrze jazdy, nastąpił skręt w dolinę niewielkiego strumienia Ruisseau de la Garde.


11:00. Ścieżka z La Pointe de Contes do L'Escarène. Widok ku N

W La Pointe de Contes podjazd nieco przybrał na sile i jechało się powoli. Tuż za ostatnimi zabudowaniami pojawiła się ścieżka rowerowa, wyróżniająca się żółtą barwą. Co odróżniało wszystkie do tej pory odwiedzone doliny, to mnóstwo jasnych, nieraz białych osadowych skał oraz widoczne w (prostopadłych do poziomu doliny) odsłonięciach kilkustopniowych warstw, występujące wraz z wpół stożkowatymi, niewielkimi, ale licznymi piargami.


11:07. W dolinie Ruisseau de la Garde. Widok ku NEE

Na murku urządziło się przerwę po około 5 kilometrach i zaledwie godzinie podróży. Zebrało się siły i pokonało kolejne 4 zakręty serpentyn przy sporym nachyleniu, ale tuż za nimi nie było wcale lepiej. Dużą część pokonało się na rowerach. Dotarło się do Col de Nice na 416 m n.p.m., skąd nastąpił zjazd do L'Escarène. Niewielki, krótki zjazd do doliny Le Paillon. Tej samej co dnia poprzedniego, lecz w innym miejscu.


11:30. Jaszczurka z doliny rzeki Ruisseau de la Garde


12:13. L'Escarène. Rocca Tailla nad trasą do Col de Braus. Widok ku NNE


12:14. L'Escarène. Rue du Château. W tle Rocca Tailla. Widok ku NNE


12:17. L'Escarène w dolinie Le Paillon. Po lewej Cime de Baudon (1265 m n.p.m.). Widok ku SE

Przejechało się mostem, potem pod wiaduktem. Niosło nas doliną Ruisseau de Redebraus. Przejazd przez kilometr do Touët-de-l'Escarène, a po kilkuset metrach zejście z rowerów. Pojawiła się pierwsza serpentyna. Tuż za nią nieco łagodniejsza, w miarę prosta droga, prowadząca do kolejnej, trochę dłuższej serpentyny, położonej prawie 100 metrów wyżej. Przy drugiej zatrzymała się trochę starsza od nas Francuzka z rodzicami. Pogadało się z nią co nieco, streszczona została wyprawa i dalsze zamiary, a potem znów się szło. My przed siebie w górę, a oni w dół ku rzece.


12:18. Wyjazd z L'Escarène w stronę Col de Braus. Widok ku NNE

Wiodło nas w silnie zerodowanym przez wodę miejscu, tak bardzo, że wygalało to jakby strumień zabrał ze sobą kawałek pasma górskiego, dzieląc go na dwie części. Od Touët-de-l'Escarène dolina rozszerzyła się w niewielką kotlinę z bardzo stromymi zboczami. W czasie marszu doskonale widać było całą przeszłość geologiczną tego obszaru, ukazaną w przydrożnych skałach. Wtedy dopiero udało nam się zrozumieć, jak bardzo skomplikowaną budowę mają Alpy.


12:44. Touët-de-l'Escarène. Efekty fałdowania alpejskiego. Widok ku NW


13:25. Przejazd pod Rocca Tailla między Touët-de-l'Escarène i Les Faiscia. Po lewej zachodnie stoki doliny rzeki Ruisseau de Redebraus la Garde. W centrum w tle Mont Rissandrous (566 m n.p.m.), a dalej pasmo Mont Macaron (806 m n.p.m.). Widok ku SW

O 13:20 mijało się bramę wąwozu potoku Redebraus, gdzie widać było górną część ok. 40 metrowego wodospadu. Korzystając z chwilowego wypłaszczenia, przejechało się do Saint-Laurent. Od tej małej osady dopiero się zaczęła męczarnia. W sumie 16 zakrętów na serpentynach przeszło się w godzinę. Były to tylko trzy kilometry trasy i 230 m w górę.


13:29. Między Touët-de-l'Escarène i Les Faiscia. Wodospad rzeki Ruisseau de Redebraus. Widok ku E


14:37. Saint-Laurent w dolinie potoku Redebraus. W centrum przebyta droga. Widok ku SSW


14:37. Serpentyny wiodące do Col de Braus (po prawej poza kadrem). Widok ku NNE

Szło się wyżej i wyżej, w coraz bardziej suchy krajobraz. Obserwowało się drogę przed nami i pod nami. Co chwilę się odwracało, by obejrzeć to co zostało za nami. Przy uważnym wpatrywaniu, widoczne stawało się odległe o zaledwie kilkanaście kilometrów Morze Śródziemne.


15:25. Dolina potoku Redebraus. Rzut oka na południową część Préalpes de Nice. Po prawej przebyte serpentyny. Widok ku SW

Wiele postoi się zrobiło, z czego jedną trochę dłuższą przerwę. Przełęcz Col de Braus (1002 m n.p.m.) osiągnięta przed 16. Bardzo nas to wymęczyło, tym bardziej, że słońce paliło z zewnątrz, a wewnątrz organizm wciąż wracał do siebie po chorobie. Było to ciekawe, ponieważ z jednej strony odczuwało się upał, ale równocześnie także swego rodzaju niedogrzanie. Na przełęczy ujrzało się na pomnik postawiony zmarłemu kolarzowi René Vietto oraz ruiny budynku, po południowej stronie drogi. Odpoczęło się chwilę, tuż po 16 ruszając w dół.

Doliny rzeki La Bévéra

Całość trwała przez 10 kilometrów do poziomu 350 m n.pm. w czasie krótszym niż godzina. 21 zakrętów w kilku serpentynach Jechało się rozdzielnie z kilkoma przystankami po drodze, przy czym mi zachciało się zdecydowanie szarżować, zwalniając głównie przy zakrętach lub nie chcąc oddalić się zbyt daleko.


16:09. Sospel w dolinie rzeki La Bévéra. Z lewej masyw Pointe de Ventabren (1977 m n.p.m.). Z prawej Cima di Basavina (1095 m n.p.m.). W tle obszar Forêt domaniale de la Tête-D'Alpe na granicy z Włochami. Widok ku NE

Początkowy etap to długie proste odcinki z małą serpentyną w pierwszej połowie. Po lewej stronie widziało się dolinę rzeki La Bévéra z miastem Sospel. Początkowo wydawało się nam, że jest to tylko jakieś miasteczko, które zostawiamy z boku, za plecami. Jechało się w kierunku z grubsza południowym, zbliżając się w stronę góry Mont Barbonnet z położoną na jej szczycie twierdzą Fort Suchet z Małej Linii Maginota.


16:24. Fort Suchet na Mont Barbonnet (845 m n.p.m.). Widok ku SEE

Stopniowo okrążało się ową górę. O 17 wjazd do Sospel. Uprzednio obejrzało się z rowerów przydrożny bunkier. Miasto przejechane dość żwawo, drogą poprowadzoną wzdłuż rzeki. Wyprowadziło nas w dolinę ze stosunkowo szerokim, równinnym dnem. Dzięki temu podjazd był łatwy i szybko się oddalało z miasta w kierunku wschodnim. Jak łatwo się domyślić, po trzech kilometrach wygoda się skończyła, a rozpoczął kolejny, żmudny marsz przez serpentyny. Zakrętów było już tylko 11.


17:15. Sospel. Pasmo Mont Grammont (1378 m n.p.m.). Widok od NNE do S ku SE


18:26. Droga z Sospel do Col de Brouis (879 m n.p.m.). W centrum Mont Gros (1272 m n,p.m.). Widok ku N

Po 7 kilometrach od Sosepl mijało sięCol du Pérrus. Takie jakby siodło, dzięki któremu można było przejść na wschodnią stronę jednej z odnóg masywu Mont Gros (1272 m n.p.m.). Pewne odcinki w okolicach tego siodła z powodzeniem się przejeżdżało. Teren był odrobinę bardziej zielony, niż przy części nadmorskiej, ale nadal ubogi w roślinność. W miarę upływu czasu góry nabierały bardziej szarych i błękitnych, wieczorowych barw.


19:08. Droga z Sospel do Col de Brouis (879 m n.p.m.). W centrum francuski fragment Alp Liguryjskich, reprezentowany przez S grzbiet odbiegający od Cima de Marta (2138 m n.p.m), przez który biegnie granica państw. Widok ku NEE

O 20, po kolejnym etapie morderczego podejścia, osiągnęło się przełęcz Col de Brouis (879 m n.p.m.). Opuściło się dolinę potoku Brouis i oczom naszym ukazała się dolina Valle da la Lavina. Powoli zbliżała się noc, więc nie chcąc ryzykować kolejnej trudnej nocy, od razu ruszyło się w dół na poszukiwanie noclegu. Szczęśliwie, po zaledwie kilometrze i 80 metrach wysokości udało się dostrzec dróżkę czy też szlak w las, który zaspokoił nasze (już i tak niskie) wymagania dotyczące jakości noclegów.


20:10. Valle da la Lavina. Po prawej L'Arpette (1611 m n.p.m.). W centrum Cima de Marta (2138 m n.p.m). W tle graniczne pasmo Monte Bertrand (2482 m n.p.m.). Widok ze zjazdu z Col de Brouis (879 m n.p.m.) ku NE
Rower:Zielony Dane wycieczki: 45.00 km (0.00 km teren), czas: 08:00 h, avg:5.62 km/h, prędkość maks: 0.00 km/h
Linkuj | Komentuj | Komentarze(0)